Mówili o nim „Święta Ręka”. Koszykówka żegna prawdziwą legendę

Tomasz Kordylewski

21 kwietnia 2026, 10:37 • 8 min czytania 5

Reklama
Mówili o nim „Święta Ręka”. Koszykówka żegna prawdziwą legendę

W piątek w wieku 68 lat po długiej walce z rakiem mózgu zmarł Oscar Schmidt. Był jednym z największych brazylijskich sportowców w historii i niewątpliwie najwybitniejszym koszykarzem w dziejach południowoamerykańskiego kraju. Uważa się go również za jednego z najlepszych zawodników w historii koszykówki, jacy nigdy nie zagrali w NBA. Dlaczego tak się stało?

Reklama

Oscar Schmidt w trakcie swojej kariery zdobył niemal 50 tys. punktów. Aż do 2024 roku był to absolutny rekord wszech czasów. Pobił go dopiero LeBron James, który zresztą ten rekord cały czas śrubuje. Schmidt ani jednego punktu nie zaliczył jednak w NBA. Do ligi nigdy nie trafił, choć w 1984 roku został wybrany w tym samym drafcie co m.in. Michael Jordan.

Po latach Brazylijczyk wielokrotnie powtarzał jednak, że w NBA znakomicie by sobie poradził. – Byłbym jednym z dziesięciu najlepszych koszykarzy w historii – mówił w 2016 roku dla Yahoo! Sports. To gdybanie człowieka, który od zawsze był niezwykle pewny siebie, ale kariera Schmidta pełna jest wydarzeń, które wyjaśniają, skąd to przekonanie się bierze.

Oscar Schmidt był maszynką do zdobywania punktów i wyprzedził czasy

Brazylia to niekoniecznie kraj wielkich koszykarzy. Oczywiście, w historii znajdziemy kilku świetnych brazylijskich zawodników, którzy prowadzili swój kraj do sukcesów. Jednak Brazylijczycy nigdy światową potęgą w koszykówce nie byli. Siatkówka – tak. Piłka nożna – oczywiście. Schmidt też zresztą zaczynał od futbolu, lecz przy jego wzroście (206 cm) to koszykówka koniec końców wyszła na pierwszy plan.

Reklama

Warunki fizyczne oczywiście mu pomogły, ale Schmidt w koszykówce się po prostu zakochał. Znakomite wyniki były efektem przede wszystkim jego ciężkiej pracy. Był perfekcjonistą. I choć przydomek „Święta Ręka” (Mão Santa) może wskazywać na boskie działanie, to Brazylijczyk sam potem po latach przekonywał, że bez hektolitrów potu wylanych na treningach nic by mu się nie udało.

Schmidt był fantastycznym strzelcem. Maszynką do zdobywania punktów. I na tym się głównie skupiał. Pewny siebie, odważny, czasem wręcz zarozumiały – ale w pozytywnym sensie. Potrafił zdobywać punkty z każdego miejsca na parkiecie i gdyby grał w NBA, to być może gorączka rzutów za trzy punkty zaczęłaby się dużo wcześniej. W wywiadzie u Pablo Torre w 2024 roku sam mówił, że jego celem było rzucać częściej i więcej niż ktokolwiek inny.

A że przy tym Schmidt był skuteczny, to efekty były znakomite. W historii nikt nie zdobył więcej punktów ani na igrzyskach olimpijskich (1093), ani też na koszykarskich mistrzostwach świata (906).

Reklama

Łącznie przez 29 lat kariery (co też jest rekordem wszech czasów wśród zawodowych koszykarzy) Schmidt uzbierał 49973 punktów. Ani jednego nie zdobył jednak w NBA. W drafcie w 1984 roku – w tym samym, w którym do ligi trafili m.in. Michael Jordan (trzeci numer), Hakeem Olajuwon (pierwszy), Charles Barkley (piąty) czy John Stockton (szesnasty) – z 131. numerem, czyli w szóstej rundzie, wybrali go New Jersey Nets.

Ale dla Schmidta ważniejsza była gra dla ojczyzny.

Schmidt wybrał grę dla Brazylii, ale w NBA na pewno by sobie poradził

W tamtych czasach zawodnicy z NBA nie mogli przecież reprezentować swojego kraju na arenie międzynarodowej w meczach pod egidą FIBA. Dopiero pięć lat później zawodowcy zostali dopuszczeni do gry na igrzyskach olimpijskich. W tym Schmidt też miał zresztą swój udział, jednak o tym zaraz. Brazylijczyk mimo wszystko dołączył do Nets na obóz przygotowawczy, choć uważał, że wybór z 131. numerem w szóstej rundzie draftu to zwykła zniewaga.

Grał nawet w meczach przedsezonowych i dostał ofertę kontraktu. Sęk w tym, że pod względem finansowym propozycja nowojorskiej drużyny była dużo mniej atrakcyjna niż zarobki Schmidta we Włoszech. Znakomity strzelec odpuścił więc sobie NBA. Aż do 2003 roku seryjnie zdobywał punkty i kolekcjonował trofea w Europie, a potem w Brazylii.

Reklama
Oscar Schmidt

Pięć razy – od 1980 do 1996 roku – reprezentował Brazylię na igrzyskach. Karierę zakończył jako 45-latek, a w swoim ostatnim sezonie zagrał nawet u boku syna, co potem określił jako swoje największe osiągnięcie.

Gdyby w 1984 roku trafił do NBA, to miałby wysoką zawieszoną poprzeczkę. To był czas absolutnych gigantów jak Jordan, Larry Bird czy Magic Johnson, którzy potem w 1992 roku stworzyli „Dream Team” i jak walec rozjechali wszystkich w drodze do olimpijskiego złota na turnieju w Barcelonie. Jednak Schmidt w 1987 roku udowodnił, że w NBA miałby ogromny potencjał.

Jak Oscar Schmidt pomógł stworzyć „Dream Team”

To właśnie wtedy amerykańscy koszykarze doznali jednej z najbardziej szokujących porażek w swojej historii. Po 34 zwycięstwach z rzędu przegrali z Brazylią na własnej ziemi w Indianapolis w ramach igrzysk panamerykańskich, które w tamtych czasach znaczyły dużo więcej niż teraz.

Reklama

To była zresztą pierwsza w historii porażka USA u siebie w meczu międzynarodowym (!) i jeden z największych sukcesów brazylijskiej kadry w dziejach, który Schmidtowi zapewnił w Brazylii status legendy już za życia.

Skrzydłowy zdobył w tym spotkaniu 46 punktów (35 po zmianie stron), pomagając Brazylijczykom odrobić ponad 20 punktów straty.

Po latach Michael Wilbon – komentator ESPN, a ówcześnie dziennikarz The Washington Post – wspominał, że amerykańscy dziennikarze przy wysokim prowadzeniu swojej kadry opuścili już nawet miejsca w loży prasowej na długo przed końcową syreną, bo byli przekonani, że nic złego się tutaj im już nie stanie. Amerykanie co prawda nadal nie mieli wtedy w swoich szeregach zawodników z NBA, ale w tamtym finale zagrali m.in. David Robinson, Rex Chapman czy Danny Manning, czyli ówcześni najlepsi zawodnicy akademiccy i przyszli gracze najlepszej ligi świata.

Reklama

Udowodniliśmy całemu światu, że można ich pokonać – mówił o tym meczu Schmidt, który wprost nazwał tamte chwile jednymi z najlepszych w życiu, nawet jeśli po spotkaniu wraz z kolegami musiał długo czekać na ceremonię medalową, gdyż organizatorzy… nie przewidzieli, że może być im potrzebny brazylijski hymn.

Baliśmy się, że przegramy 50 punktami. A gdy ich pokonaliśmy i wszyscy to zobaczyli, to pomyśleli: jak oni mogli z nimi wygrać, to my też. Dlatego Amerykanie musieli stworzyć „Dream Team” – dodał z nieskrywaną dumą brazylijski skrzydłowy.

Nie da się ukryć, że Schmidt przyłożył rękę do powstania amerykańskiej „Drużyny Marzeń”. Był niemal jak pierwsza kostka domino… Rok później Stany Zjednoczone na igrzyskach w Seulu zdobyły bowiem tylko brązowy medal, a w 1992 roku na igrzyska wysłały już największe gwiazdy NBA, gdyż FIBA zniosła zasady dot. gry zawodowców na igrzyskach (te same, przez które Schmidt w NBA nie zagrał). W fazie grupowej Amerykanie rozbili m.in. Brazylię, która odpadła na etapie ćwierćfinałów po porażce z Litwą.

Młody Kobe Bryant, porównania do Larry’ego Birda i Hall of Fame

Schmidt przyznawał zresztą, że oddałby wszystkie swoje punkty za olimpijski medal. Trzy razy zajmował z Brazylią piąte miejsce. W 1988 roku na koreańskich igrzyskach ustanowił rekord punktowy w jednym meczu (55 przeciwko Hiszpanii), a w przekroju całego turnieju notował średnio fantastyczne 42,3 punktu, ale w ćwierćfinale z ZSRR spudłował rzut na remis w ostatniej minucie.

Reklama

Mimo braku olimpijskiego krążka Schmidt niewątpliwie był jedną z największych gwiazd światowej koszykówki. We Włoszech regularnie zdobywał po 50 punktów i stał się idolem młodego… Kobego Bryanta, którego ojciec też część kariery spędził w Italii.

Był jak Larry Bird, zanim jeszcze zobaczyłem prawdziwego Larry’ego Birda – stwierdził nawet kiedyś Bryant.

Na włoskich parkietach Brazylijczyk ogrywał nie tylko ojca Kobego, ale też m.in. Jeffa Turnera, którego New Jersey Nets wybrali w pierwszej rundzie draftu w 1984 roku – dokładnie 114 miejsc przed Schmidtem, czego ten nie zapomniał nawet po kilku dekadach.

Reklama

Schmidt z sukcesami grał też w Hiszpanii, a w 1995 roku wrócił do Brazylii i dalej zdobywał punkty. Aż do 2003 roku, kiedy to jako 45-latek zakończył karierę. Łącznie ma na koncie aż 20 koron króla strzelców rozgrywek ligowych. 10 lat po zakończeniu kariery trafił do Hall of Fame, gdzie wprowadził go nie kto inny jak Larry Bird.

Całe życie marzyłem, żeby tu trafić. To największy honor, jaki mogę sobie wyobrazić – mówił Schmidt w swoim płomiennym przemówieniu. Z ogromną dumą nosił potem zresztą pierścień, który otrzymał właśnie jako członek Galerii Sław.

Zawsze podziwiałem Oscara i uważałem go za przyjaciela. Bez wątpienia był jednym z najlepszych zawodników w historii gry. To był zaszczyt mojego życia, kiedy poprosił mnie, abym wprowadził go do Hall of Fame, na co absolutnie zasłużył – przekazał Bird w oświadczeniu po śmierci Schmidta, cytowany przez The Indy Star.

Reklama

Odszedł Oscar Schmidt – legenda nie tylko Brazylii

W 2013 roku Schmidt przeszedł operację guza mózgu po tym, jak dwa lata wcześniej wykryto u niego raka. A w 2017 roku wrócił na amerykańskie boisko! I jako 59-latek trafił dwa rzuty w pokazowym meczu celebrytów w ramach Weekendu Gwiazd NBA. Żartował, że gdyby częściej dostawał w tym spotkaniu piłkę, to miałby więcej punktów. Pewnie miał rację.

Dla wielu fanów może być ciekawostką, miejską legendą, historią typu „co by było gdyby”. Albo nieco zapomnianym już gigantem, którego nazwisko wypłynęło ostatnio przy okazji rekordów strzeleckich LeBrona Jamesa.

Schmidt odszedł jednak nie tylko jako legenda brazylijskiego sportu, ale również jeden z największych koszykarzy swojej ery. Tak, nigdy nie zagrał w NBA, ale swoją decyzją, by najlepszą ligę na świecie odpuścić, niejako przetarł drogę dla wszystkich zawodników spoza Stanów Zjednoczonych, którzy potem święcili w USA wielkie sukcesy. No bo w jakimś sensie pomógł także stworzyć „Dream Team”, który w 1992 roku był tak dobry, że spopularyzował koszykówkę na całym świecie, dzięki czemu NBA krok po kroku stawała się coraz bardziej globalną ligą.

Właśnie dlatego można dziś stwierdzić, że Oscar Schmidt dołożył do rozwoju NBA swoją „świętą” rękę, nawet jeśli nigdy w niej nie zagrał.

Reklama

Największe sukcesy Oscara Schmidta:

  • 3x mistrzostwo Brazylii (1977, 1979, 1996)
  • 3x złoty medal Mistrzostw Ameryki Południowej (1977, 1983, 1985)
  • 2x srebrny medal Mistrzostw Ameryki Południowej (1979, 1981)
  • 1x Puchar Włoch (1988)
  • 1x złoty medal Igrzysk Panamerykańskich (1987)
  • 1x brązowy medal Igrzysk Panamerykańskich (1979)
  • 1x brązowy medal Mistrzostw Świata (1979)
  • Najlepszy strzelec w historii igrzysk olimpijskich
  • Najlepszy strzelec w historii mistrzostw świata
  • Najlepszy strzelec w historii reprezentacji Brazylii
  • Wybrany do 50 najlepszych graczy w historii FIBA (1991)
  • Wybrany do Hall of Fame FIBA (2010)
  • Wybrany do koszykarskiej Hall of Fame (2013)
  • Zastrzeżona koszulka z numerem 18. (JuveCaserta – 1990)
  • Zastrzeżona koszulka z numerem 11. (Pavia – 1993)
  • Zastrzeżona koszulka z numerem 14. (C.R. Flamengo – 2003)

CZYTAJ WIĘCEJ O KOSZYKÓWCE NA WESZŁO:

fot. Newspix/Wikimedia Commons

5 komentarzy
Tomasz Kordylewski

Zakochany w koszykówce, odkąd w 2008 roku jako 13-latek zobaczył w akcji Rajona Rondo. Dumny fan Boston Celtics. Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. O NBA pisał dla newonce, Rzeczpospolitej i Kanału Sportowego. Od 2022 roku co roku na start sezonu wydaje "Przewodnik NBA". Za największy życiowy sukces uznaje jednak wygraną z rakiem jądra. I teraz niemal każdego faceta potrafi zapytać, czy badał sobie ostatnio jaja.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Koszykówka

Reklama
Koszykówka

Gra w kometkę kontra awans ŁKS-u do elity. Nierówna walka w Łodzi

AbsurDB
6
Gra w kometkę kontra awans ŁKS-u do elity. Nierówna walka w Łodzi