Jeden z najwspanialszych skoczków narciarskich w dziejach. Dwie Kryształowe Kule, mistrzostwo świata, trzy triumfy w Turnieju Czterech Skoczni i – to najważniejsze – tyle samo na igrzyskach. Dorobek Kamila Stocha budzi uznanie, a dziś w Planicy żegnali go nie tylko koledzy i polscy fani, ale też rywale – ci obecni oraz z przeszłości. A skoro o przeszłości mowa: przypomnijmy sobie, jakie były w niej najważniejsze momenty. Oto kariera Kamila w dziesięciu punktach.
Kamil Stoch pożegnał się ze skokami. Przypominamy najważniejsze chwile jego kariery
Jest kariera Kamila na tyle bogata, że pewnie można by tych punktów zrobić i 30, przypomnieć konkretne konkursy, wybitne skoki, czasem też rozczarowania. Uznaliśmy jednak, że dziesięć to dobra liczba… nawet jeśli zdarzyło się, że zamiast konkretnego momentu trzeba było opisać kilka tygodni czy wręcz miesięcy.
Jak więc wygląda kariera Kamila Stocha w takim formacie?
Spis treści
- Kamil Stoch pożegnał się ze skokami. Przypominamy najważniejsze chwile jego kariery
- 128 metrów, czyli debiut w telewizji
- Pierwsze punkty? Od razu obficie
- O krok od medalu
- Weekend sinusoidalny
- Pożegnanie mistrza i powitanie nowego
- Pierwsze złoto
- 42 lata i wystarczy
- Największa dominacja
- Ostatni raz na pudle
- Czwarty w Pekinie
- Czytaj więcej o Kamilu Stochu na Weszło:
128 metrów, czyli debiut w telewizji
21 marca 1999 roku. Kamil Stoch ma niecałe 12 lat, Małyszomania jeszcze się nie zaczęła, polskie skoki istnieją, ale mają się jako tako – uprawiających sport jest całkiem sporo, obiekty jednak nieco się sypią, pieniędzy brakuje, no nie jest lekko. Popularna nadal jest też kombinacja norweska, dziś podupadająca. I to właśnie na zawodach w kombinacji norweskiej pojawił się mały Kamil Stoch.
Pojawił, dodajmy, jako przedskoczek. A „mały” to dosłownie – Kamil jako dziecko był niższy, drobniejszy od rówieśników. Jednak czego brakowało mu we wzroście, to – jak wspominali trenerzy – nadrabiał zaangażowaniem i ciężką pracą.
Tych 27 lat temu mógł poczuć, że ta naprawdę wiele daje. Bo jako przedskoczek huknął 128 metrów, zyskując uznanie zgromadzonych pod skocznią kibiców. Tym większe, im dalej było we właściwy konkurs, bo ostatecznie nikt z jego uczestników Stochowi nie dorównał. Ba, żaden nie przekroczył nawet 125 metrów. Najdalszy skok dnia należał więc do 12-latka, który niedługo potem opowiadał i o tym skoku, i o swoich marzeniach dla telewizji.
– Chciałbym wystartować na olimpiadzie, zdobyć złoty medal. Na razie mam jeszcze czas. Ale może za jakieś 5-6 lat wystartuję, jak będę dobrze skakał – mówił młody Kamil. I w sumie to się bardzo nie pomylił. Lat minęło co prawda siedem, ale na igrzyskach w 2006 roku faktycznie się znalazł, to był jego olimpijski debiut.
My jednak zajrzymy na włoskie skocznie olimpijskie, ale… o rok wcześniej.
Pierwsze punkty? Od razu obficie
Wszyscy wiedzą, że Kamil Stoch – choć łatkę wielkiego talentu dostał szybko – rozkręcał się w Pucharze Świata dość długo. Ale pierwsze punkty zdobył jednak dość prędko, bo w swoim czwartym konkursie w karierze. Nie udało mu się to w sezonie 2003/04, gdy w Zakopanem przeszedł kwalifikacje, ale w konkursie był 49. Nie wyszło też w kolejnym sezonie na Wielkiej Krokwi, kiedy był 44. jednego dnia, a drugiego nie wszedł do pierwszej serii.
Ale potem, niespodziewanie, Kamil odpalił w Pragelato, w trakcie próby przedolimpijskiej.
Jasne, były oznaki, że jego forma idzie w górę. W grudniu był po raz pierwszy na podium Pucharu Kontynentalnego. Równocześnie jednak skakał piekielnie nierówno – niedługo potem potrafił nie wejść do drugiej serii zawodów tego cyklu, zresztą ogółem skończył go na 38. miejscu. W końcu jednak udało mu się złapać nieco stabilizacji, w siedmiu konkursach z rzędu punktował i to dość pewnie, nawet jeśli nie było go więcej w „10”.
W nagrodę pojechał na Puchar Świata, do Włoch właśnie. Przebrnął tam kwalifikacje, po czym w konkursie polatał na 118,5 oraz 121,5 metra. W efekcie zajął 7. miejsce. Był to moment znaczący, bo o dwie pozycje niżej wylądował Adam Małysz, którego po raz pierwszy od grudnia 2000 roku wyprzedził w zawodach PŚ inny Polak. Ale czy to była zapowiedź wybuchu wielkiego talentu?
No nie, niekoniecznie. W kolejnym sezonie Stoch zdobył 41 punktów, a w następnych czterech łącznie 674 oczka. Dużo wody upłynęło w każdej z polskich rzek, zanim Kamil zaczął w Pucharze Świata należeć do – choćby szerokiej – czołówki. Ale o konkursie z Pragelato warto pamiętać, bo był przełomem, pokazał Stochowi, że może punktować w rywalizacji z najlepszymi.
O krok od medalu
Rok 2009. Liberec. Mistrzostwa świata. Oczy Polaków zwrócone są na Adama Małysza, który na normalnej skoczni ma bronić tytułu. Są to jednak spojrzenia dość nieśmiałe, bo sezon 2008/09 był w wykonaniu Orła z Wisły stosunkowo słaby. Na tyle, że jeszcze w środku zimy Adam poprosił o pomoc Hannu Lepistoe, zwolnionego ledwie kilka miesięcy wcześniej przez PZN. Z czasem miało dać to piękne efekty, ale tamtej zimy Adam po prostu nie latał.
A Kamil? Latem nabawił się kontuzji obojczyka, stracił nieco przygotowań. Też nie mógł się w pełni rozkręcić, dopiero w Innsbrucku zdobył pierwsze tamtej zimy punkty. Do mistrzostw świata nie zgromadził ich nawet 100.
Generalnie: nadziei na medale raczej nie było. No, przynajmniej w skokach, bo tego samego dnia, co rywalizacja na skoczni normalnej, złoto zdobyła w Libercu Justyna Kowalczyk na trasach biegowych. I może natchnęło to nieco Kamila Stocha, który na półmetku rywalizacji był dziewiąty. Na medal raczej nikt nie liczył… przynajmniej do drugiego skoku młodego Polaka, który odpalił na 100,5 metra.
Krócej skakali Martin Schmitt, Ville Larinto i Anders Jacobsen. Thomas Morgenstern skoczył lepiej, ale zaliczył upadek. I nagle Kamil był już wirtualnie czwarty… po czym niestety tam pozostał. Wyprzedzili go Simon Ammann, Gregor Schlierenzauer i zwycięzca – Wolfgang Loitzl.
– Nie spodziewałem się tego, bo po ostatnich skokach trudno się było spodziewać. Ale wierzyłem, że takie skoki mogą przyjść. Bo z mocą, jaką dziś dysponuję, miałem prawo na takie czekać – mówił potem Stoch na antenie TVP. A Polscy fani przypomnieli sobie tamtego dnia, że jest w tym chłopaku potencjał na wielkie skakanie.
By się o tym przekonać w pełni, musieli poczekać niecałe dwa lata.
Weekend sinusoidalny
W 2011 roku w Zakopanem rozegrano trzy konkursy. Ten dodatkowy odbył się za odwołane zawody w Harrachovie. I dobrze, że był, dobrze, że skakano tam wówczas trzykrotnie. Bo był to jeden z najwspanialszych weekendów w historii polskich skoków. O ile nie najwspanialszy, biorąc pod uwagę, jak historyczne działy się wówczas chwile.
Bo weźmy pierwszy konkurs, 21 stycznia. Goniący od dawna za 39. zwycięstwem w karierze, Adam Małysz wreszcie po nie sięgnął. Może nie w takim stylu jak dawniej, może nie odsadził rywali, ale z tego, że Orzeł z Wisły wygrał, szczerze cieszył się nawet ten, który ostatecznie zajął drugie miejsce – czyli Andreas Kofler. A publiczność zgromadzona pod Wielką Krokwią, to już w ogóle.
Drugiego dnia Polacy nie dali jej jednak powodów do radości, bo żaden nie znalazł się na podium.
A trzeciego? O rany, co to był za konkurs! Padało, momentami wręcz wyglądało to wszystko jak zamieć. Ale skakać trzeba było. I po pierwszej serii cieszył nas ten fakt, bo prowadził w konkursie Kamil Stoch. Odbycia się drugiej jednak żałowaliśmy, bo w gęstym śniegu zgromadzonym na zeskoku odjechała narta Adamowi Małyszowi, który w efekcie się wywrócił. I nie wyglądał ten upadek dobrze, a przecież równy miesiąc pozostawał do początku mistrzostw świata w Oslo.
Wielka Krokiew wtedy zamarła, dopiero po chwili na powrót zaczęła dopingować Adama, którego zabrano na badania. Na belce usiąść tego dnia miał jednak – jako ostatni – jeszcze Kamil Stoch. I w końcu do niego doszło. Wiało, sypało, a Kamil miał walczyć nie tylko o pierwsze podium, ale i o pierwsze zwycięstwo w karierze.
I udało się. Nie poleciał daleko, bo daleko polecieć się w tamtych warunkach nie dało. Ale wystarczająco solidnie, żeby wygrać i doprowadzić do ekstazy Włodzimierza Szaranowicza, który „pamiętał tego 12-latka, co na Wielkiej Krokwi…”, no wy już wiecie, co zrobił. Od tamtego czasu minęło wtedy niespełna 12 lat właśnie.
I Kamil wreszcie był na podium. Od razu na jego najwyższym stopniu.
Pożegnanie mistrza i powitanie nowego
Ostatni skok w karierze Adama Małysza dał mu trzecie miejsce w Planicy. Orzeł z Wisły poleciał wtedy na 216 metrów, o pół metra dalej od Kamila Stocha. Ale wiadomo: przeliczniki, wiatr, różne zmienne – to wszystko sprawiło, że Adam był trzeci. A na najwyższym stopniu podium stanął – w jednoseryjnym konkursie – Kamil Stoch.
To było jego trzecie podium w karierze. I zarazem – trzecie zwycięstwo. Po Zakopanem wygrał jeszcze w Klingenthal. Ale na lotach chyba mało kto się tego po Stochu spodziewał, a ten pokazał, że i tam swoje potrafi.
Przede wszystkim jednak: potwierdził, że nie ma się czego bać. Że następca Adama Małysza już jest. Choć sam Kamil niezmiennie podkreślał, że nie chce być nowym Małyszem, a po prostu Kamilem Stochem.
I w sumie to mu się udało.
W tamtym konkursie wdzięczny był mu zresztą sam Małysz, mówił, że za sprawą Stocha posłuchał sobie jeszcze „Mazurka Dąbrowskiego” ten ostatni raz stojąc na podium. Dodało to trochę do wzruszenia, które i tak było ogromne. A Kamil – jako zwycięzca – był wtedy noszony wraz z Adamem na rękach przez sztab szkoleniowy.

Kamil Stoch i Adam Małysz. Planica 2011. Fot. Newspix
Dziś nosili go na rękach koledzy, a Małysz – jako prezes Polskiego Związku Narciarskiego – wręczał nagrody w ramach uznania całej, wielkiej kariery swojego młodszego kolegi.
Czy w 2011 roku ktoś mógł przewidzieć, że tak się to potoczy?
Pierwsze złoto
Niespełna dwa lata po tamtym pożegnaniu Małysza, nadeszło oficjalne potwierdzenie, że Kamil Stoch zaczyna budować własną legendę. Już sezon 2011/12 był w jego wykonaniu naprawdę dobry – Stoch skończył go jako 5. zawodnik Pucharu Świata, siedmiokrotnie stając w tym czasie na podium.
Dwa z tych konkursów były jego zwycięstwami – w Zakopanem, na Wielkiej Krokwi. I w Predazzo na Trampolino Dal Ben.
Ten drugi był szczególnie istotny. Bo była to próba przed mistrzostwami świata, na które polscy fani bardzo czekali. Naród wierzył, że możemy mieć nowego mistrza, dekadę po tym, jak na tych samych skoczniach Adam Małysz wywalczył złoty dublet. Gdy więc wreszcie nadeszły te mistrzostwa, a Stoch ewidentnie był w formie (w całym sezonie 2012/13 po raz pierwszy stanął na podium klasyfikacji generalnej PŚ – był trzeci), oczekiwania były ogromne.
A w pierwszym konkursie – na skoczni normalnej – ogromne było też rozczarowanie. Bo po pierwszej serii Kamil był drugi, tuż za Andersem Bardalem. Swój drugi skok Polak jednak zepsuł, otrzymał notę wynoszącą ledwie 116,1 punktu, podczas gdy brązowy medalista, Peter Prevc, miał o 9,9 punktu więcej. W efekcie Kamil spadł i to znacznie – konkurs skończył 8.
A więc zawód. Ale na skoczni dużej – zupełnie inaczej. Stoch prowadził po pierwszej serii konkursu po świetnym skoku na 131,5 metra. O 5,1 punktu wyprzedzał wspomnianego Prevca, który z Kamilem nigdy nie miał łatwo. W drugim skoku Stoch lądował o pół metra bliżej od Słoweńca, ale notę i tak miał wyższą – zresztą najwyższą w serii, podobnie jak przy okazji pierwszego skoku.
Wygrał wtedy w wielkim stylu i zdobył pierwsze złoto w karierze. Na mistrzostwach świata – również ostatnie, bo przez lata miał do tej imprezy pecha. Ale ledwie rok później dorzucił kolejne medale tego koloru, nawet cenniejsze.
42 lata i wystarczy
Sezon 2013/14 należał do Kamila Stocha, choć rywalizacja o Kryształową Kulę była zacięta – Polak ostatecznie wygrał o 108 punktów nad Peterem Prevcem i 117 nad Severinem Freundem. A sporo oczek ugrali też Anders Bardal i Noriaki Kasai, z kolei z drugiego szeregu co jakiś czas atakowali Gregor Schlierenzauer czy Simon Ammann. Pokazał się też, wygrywając Turniej Czterech Skoczni, Thomas Diethart, który jednak szybko potem zgasł.
Stoch skakał okresami. Zaczął sezon słabo, w pierwszych czterech konkursach jego najwyższym miejscem był 10. Ale potem nastąpiła nagła przemiana i w kolejnych czterech był odpowiednio drugi, pierwszy, drugi i znowu pierwszy. Później przyszedł Turniej Czterech Skoczni, a wraz z nim – pogorszenie formy Kamila. Stanął co prawda raz na podium (trzeci w Innsbrucku), ale przesadnie nie imponował. I właściwie przez jakiś czas miewał co najwyżej pojedyncze dobre skoki.
A potem – po odpuszczeniu Sapporo i treningach w domu – przyszło Willingen, gdzie Stoch dwukrotnie był najlepszy. I oczekiwania na igrzyska w Soczi wystrzeliły pod sufit.
Bo wszyscy mieli już dość czekania na złoto w skokach. Dość tego, że w historii polski było tylko jedno takie i to z 1972 roku. Kamil więc musiał sobie radzić ze sporą presją. I zrobił to, choć mało brakowało, by na skoczni normalnej w ogóle nie wystąpił.
– Bałem się czy dziś wystartuję, ponieważ rano czułem się fatalnie i zastanawiałem się, czy nie zrezygnować i wyleczyć się na dużą skocznię. Na szczęście z biegiem czasu zaczęło mi się poprawiać. Poszedłem na trening, poruszałem się i osłabienie rozeszło się po kościach i jest w porządku. Być może ból głowy pojawił się w związku ze stresem, miałem stan podgorączkowy. Zmuszałem się do ruchu, żeby nie dać się chorobie i nie położyć się do łóżka. Musiałem się czymś zajmować – mówił Kamil dziennikarzom po pierwszym złocie (cytat za TVP Sport).
Mimo choroby skakał jednak genialnie. Nie było wątpliwości, że gdy wylądował po drugiej próbie, jest mistrzem olimpijskim. Peter Prevc, lider przed tym skokiem, też zdawał sobie z tego sprawę, tylko pokiwał głową. Bliżej było na skoczni dużej, gdzie Stoch minimalnie wygrał z Noriakim Kasaim. Głównie przez to, że koszmarnie spóźnił – jak to on – wyjście z progu. Wyciągnął jednak ten skok, ile tylko mógł, wylądował… i zaczęło się liczenie.
Szczęśliwe dla nas. Kamil poszedł w ślady Simona Ammanna – też zdobył złoty dublet.
Największa dominacja
Każdy wielki skoczek ma momenty, gdy dominuje tak, że inni mogą się temu przyglądać i prosić los, by pozwolił im z nim porywalizować. Jakiś podmuch wiatru, jakiś gorszy skok. Cokolwiek. Kamil Stoch miał tak w sezonie 2017/18 przy dwóch różnych okazjach. Ta pierwsza to Turniej Czterech Skoczni. To wtedy Stoch wygrał wszystkie cztery konkursy i odsadził drugiego Andreasa Wellingera o niemal 70 punktów.
Dla porównania: Sven Hannawald w sezonie 2001/02, gdy też był najlepszy czterokrotnie, triumfował z przewagą 56,6 punktu.
Po Turnieju Stoch zgarnął srebro na mistrzostwach świata w lotach, potem była jeszcze drużynowa wygrana w Zakopanem, a potem nieco spuścił z tonu. Dalej był w czołówce – wygrał miniturniej Willingen Five, choć w dwóch konkursach tylko raz stał na podium, był drugi – ale nie był najlepszy. W Pjongczangu miał więc być tylko jednym z faworytów do medali. I było tam trochę jak pięć lat wcześniej na mistrzostwach świata.
Na skoczni normalnej tuż poza podium, ale to był dziwny konkurs, warunki przeszkadzały, a wszyscy do dziś pamiętają smutek Stefana Huli, który liderował po pierwszej serii. Na skoczni dużej Kamil jednak wygrał. Choć znów: trzeba było liczyć. Polak liderował po pierwszej serii, gdy jednak wylądował w drugiej, wydawało się, że przegrał złoto. Lądował o 5,5 metra bliżej od Andreasa Wellingera, który atakował z trzeciej pozycji.
Kamil miał jednak przewagę z pierwszej serii. Liczyły się też noty, do tego przeliczniki. I co? I udało się!
Stoch wygrał, do tego z całkiem sporą przewagą – 3,4 punktu. A potem dołożył jeszcze brąz w drużynie. Po czym trzeba było wrócić do Pucharu Świata, w którym zaczęła się dominacja.
Wygrana w Lahti. Triumfy w Lillehammer i Trondheim. Wycięty został nieco w Vikersund, nie powiodło się też w Oslo. Ale Raw Air 2018 wygrał z dużą przewagą nad drugim Robertem Johannsonem, bo były konkursy, gdy rywali zostawiał o lata świetlne za sobą. Choćby zawody w Lillehammer, kiedy zgromadził 306,4 punktu, a drugi Dawid Kubacki – 278,7. Właściwie w każdym skoku Kamila można było wtedy wyczekiwać lotu za HS.
I to było piękne. Do tego – wcale nie skończyło się w Norwegii, bo w Planicy, na zakończenie sezonu, Stoch był dwukrotnie najlepszy. Ogółem był to sezon, w którym Kamil wygrał niemal wszystko. Zgarnął Puchar Świata, Turniej Czterech Skoczni, Willingen Five, Raw Air i Planica 7. Był wielki. Największy w karierze.
Ostatni raz na pudle
Nikt nie mógł przewidzieć, że 11 grudnia 2021 roku Kamil Stoch po raz ostatni w karierze znalazł się na podium zawodów Pucharu Świata. W Klingenthal był wtedy trzeci, 5,1 punktu za Stefanem Kraftem. Następnego dnia w Niemczech jednak nie wystartował, przeszkodziła choroba. Potem było jeszcze całkiem nieźle – 6. i 16. miejsce w Engelbergu.
Ale w niemieckiej części Turnieju Czterech Skoczni przyszło załamanie, Stoch dwa razy odpadł w pierwszej serii imprezy, którą jeszcze sezon wcześniej w wielkim stylu wygrał po raz trzeci w karierze. W austriackiej już nie wystartował. Podobnie w kolejnych konkursach, w tym w Zakopanem. Zamiast tego – trenował, ale też zmagał z drobnym urazem, dopadł go też COVID.
Mimo takich problemów jednak – na drugą połowę sezonu udało się go nieco ożywić.
Ale nie na tyle, by ponownie stanął na podium. I to niepozorny konkurs w Klingenthal, w pierwszej części sezonu 2021/22 pozostał tym ostatnim przypadkiem. Ostatnia wygrana Kamila to z kolei zawody w Titisee-Neustadt, niespełna rok wcześniej, tuż po dwóch innych triumfach – w Innsbrucku i Bischofshofen.
Kariera Stocha uczy więc jednego: nigdy nie wiadomo, który moment będzie twoim ostatnim na szczycie. Dlatego warto każdy taki celebrować.
Czwarty w Pekinie
Miał Kamil Stoch pecha do czwartych miejsc w tym swoim skakaniu. Na mistrzostwach świata zajmował takie w 2009 roku w Libercu, w 2017 w Lahti i w 2023 w Planicy, w swoim ostatnim występie na tej imprezie (zresztą skakał wtedy bardzo dobrze, bo w drugim konkursie indywidualnym był 6.). Drużynowo – w 2009, 2011 i 2019 roku.
Ale był też czwarty na igrzyskach. W 2018 roku przydarzyło mu się to na skoczni normalnej. A cztery lata później – na dużej.
To był zresztą występ identyczny do tego, co rok później w Planicy – szóste miejsce na jednym obiekcie, czwarte na drugim. Stoch skakał wtedy świetnie, co było zaskoczeniem. Jasne, jako się rzekło – udało się go ożywić na drugą część tego sezonu, to prawda. Ale w Pucharze Świata raczej z rzadka wspinał się do „10”, nie był skoczkiem na walkę o podia. A w Pekinie nagle był tuż za nim, zabrakło mu wtedy bardzo, ale to bardzo niewiele.
Dokładnie: 4,1 punktu.
To czwarte miejsce to jeden z ostatnich momentów bliskich wielkości w karierze Kamila Stocha – kolejny, już definitywnie ostatni, to wspomniana Planica. Ale to ten mógł być definiującym jego karierę. Sam Polak przyznawał potem, że gdyby zdobył wówczas medal, to pewnie skończyłby wtedy karierę. Nie zdobył, nie skończył, skakał kolejne cztery lata. Wyniki jednak już, niestety, nie przyszły.
CZYTAJ TEŻ: OSTATNIE LATA? ZAPOMNIJMY. NIECH KAMIL STOCH BĘDZIE TYLKO WIELKI
Choć Stoch pojechał jeszcze na kolejne igrzyska. Cieszył się z medali Kacpra Tomasiaka i duetu, jakby były jego własnymi. Doczekał się potencjalnego następcy w osobie Kacpra właśnie. I odszedł, owszem, po kilku sezonach mniejszych lub większych męczarni na skoczni.
Ale odszedł wtedy, kiedy chciał. I dobrze, o to ostatecznie chodzi.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix
Czytaj więcej o Kamilu Stochu na Weszło:
- Kamil Stoch po ostatnim skoku: „Stoczyłem największą batalię”
- „Mistrz, legenda, autorytet”. Znany skoczek docenił Stocha
- Kamil Stoch i historia. Gdzie jest Polak wśród największych?
- Krzyk na parkingu, Pepe Reina i kolarstwo. Tego możecie nie wiedzieć o Stochu