Wiadomo, piłka może dostać rotacji, zatańczyć na murawie, skręcić w powietrzu. W Tychach odwaliła jednak taki numer, o którym będzie można rozmawiać przez dobrych kilka dni. Jakub Mądrzyk broniący dostępu do bramki gospodarzy pewnie nie ma nawet pojęcia, co się właściwie stało.
A stało się… dużo. GKS Tychy i tak był spisywany w tym meczu na straty, bowiem radzi sobie w ostatnich tygodniach katastrofalnie, a Śląsk walczy o awans do Ekstraklasy. Przyznać jednak należy, że nikt nie spodziewał się takiego scenariusza, w którym rywale Tyszan wychodzą na dwubramkowe prowadzenie dzięki dwóm trafieniom samobójczym.
Autorem obu jest zresztą ten sam piłkarz, Kasjan Lipkowski. Pechowy stoper GKS-u najpierw skierował piłkę do własnej siatki niezłym strzałem głową, a potem postanowił zagrać na nosie swojemu bramkarzowi i przedziwnym strzałem kompletnie go zmylił. Zresztą – sami zobaczcie:
𝐊𝐀𝐓𝐀𝐒𝐓𝐑𝐎𝐅𝐀 𝐭𝐨 𝐦𝐚ł𝐨 𝐩𝐨𝐰𝐢𝐞𝐝𝐳𝐢𝐚𝐧𝐞…
🔴📲 OGLĄDAJ #TYCŚLĄ 👉 https://t.co/VIRXlnSCya pic.twitter.com/Qh2DVaFSAH
— TVP SPORT (@sport_tvppl) March 15, 2026
GKS Tychy pokonał się sam. Kuriozalne gole samobójcze
Niedługo później zrobiło się już 0:3, ale to, co najbardziej niedorzeczne, wydarzyło się w między jedenastą, a trzynastą minutą. Tyszan przed spadkiem mógłby uratować już tylko cud, ale to chyba żadna nowina. Kiedy nie sprzyja ci nawet ślepy los, to trudno o pozytywne myślenie.
Trener Rene Poms ma więc w Polsce bardzo twarde lądowanie. Dwa gole samobójcze w debiucie na ławce GKS-u, solidne lanie już do przerwy, katastrofalna sytuacja w tabeli. Austriak nie ma lekko.
Co innego Ante Simundża i jego Śląsk, który pnie się w górę w tabeli Betclic 1. Ligi. Zgarniając trzy punkty w Tychach – a jesteśmy właściwie pewni, że gospodarze nie odrobią strat po przerwie – piłkarze z Wrocławia wskoczą na drugie miejsce. A ono jest przecież premiowane bezpośrednim awansem do Ekstraklasy.
[AKTUALIZACJA]
GKS rzeczywiście tego nie odrobił. Zdołał co prawda strzelić dwa gole i wpuścił jeszcze jednego, więc wynik wyglądał już trochę lepiej.
Najpierw trafił Igor Łasicki, wygrywając pozycję przy rzucie rożnym, a w końcówce rozmiary porażki zmniejszył Damian Kądzior. Zero punktów to jednak zero punktów. Śląsk Wrocław w drugiej połowie grał już w taki sposób, jakby był pewny, że może sobie dopisać zwycięstwo, ale mimo wszystko jakieś dwie-trzy szanse sobie wykreował. No i miał rację, że nie trzeba było się tutaj pocić w drugich 45 minutach.
GKS Tychy – Śląsk Wrocław 2:4
- 11′ Lipkowski (samobój) – 0:1
- 14′ Lipkowski (samobój) – 0:2
- 34′ Matsenko – 0:3
- 67′ Łasicki – 1:3
- 87′ Banaszak (karny) – 1:4
- 90′ Kądzior – 2:4
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Walkower na niekorzyść Wisły. Nie mogło być inaczej
- Ile miejskie spółki przelewały na Śląsk Wrocław? Szokujące kwoty
- Jarosław Królewski: Oczekuję najwyższej kary dla Śląska [WYWIAD]
fot. Newspix