Najlepsze sportsmenki w historii Polski [RANKING]

Sebastian Warzecha

08 marca 2026, 18:52 • 15 min czytania 30

Reklama
Najlepsze sportsmenki w historii Polski [RANKING]

Dzień Kobiet to dobry moment, by spojrzeć na osiągnięcia naszych wybitnych zawodniczek. I może wybrać tę najlepszą… choć tak naprawdę każdy z medali czy rekordów trzeba doceniać. Znakomitych zawodniczek było bowiem znacznie więcej niż to grono, które tu prezentujemy, ale oczywistym jest, że rankingi rządzą się swoimi prawami. Natomiast, drogie panie, wszystkim wam życzymy tyle sukcesów w życiu i szczęścia, ile było udziałem wymienionych tu zawodniczek. A teraz przejdźmy do zestawienia.

Ranking na Dzień Kobiet. Najlepsze sportsmenki w historii Polski

Zacznijmy od kilku zawodniczek, które do dziesiątki nie weszły. Choćby po to, żebyście mogli przekonać się, jak wybitne sportsmenki mieliśmy w naszej historii. A zacząć wypada od tej, która jako pierwsza dała nam złoto olimpijskie, czyli Haliny Konopackiej. Wybitna olimpijka, mistrzyni z Amsterdamu z 1928 roku, ma dla polskiego sportu zasługi ogromne… a do tego dokłada i zasługi dla państwa w czasie wojny – ratowała choćby zasoby polskiego złota, wywożąc je poza granice kraju.

W TOP 10 nie zmieściły się też nasze siatkarki – ani Małgorzata Glinka, ani Katarzyna Skowrońska, ani jedna z najlepszych (najlepsza?) rozgrywających świata ostatniej dekady w osobie Joanny Wołosz. Zabrakło również miejsca dla legendy naszej koszykówki w osobie Małgorzaty Dydek, która grała w WNBA, a z kadrą Polski zdobywała złoto mistrzostw Europy. Nie weszły tu również dawne sławy: Elżbieta Krzesińska, czyli mistrzyni, wicemistrzyni i rekordzistka świata w skoku w dal czy Teresa Ciepły, która ma trzy biegowe medale igrzysk na koncie.

Bohaterki ostatnich lat też są poza dziesiątką. W tym Aleksandra Mirosław, którą trudno było z tej dyszki wyrzucić, ale brać pod uwagę trzeba było również popularność konkurencji, nie tylko osiągnięcia. Nie ma również miejsca dla Karoliny Naji i innych bohaterek z wioseł czy kajaków – Klaudii Zwolińskiej czy Marty Walczykiewicz.

Reklama

A dla kogo to miejsce jest?

10. Renata Mauer-Różańska

Co ciekawe, dokładnie to samo miejsce zajęła w naszym rankingu najlepszych letnich olimpijczyków – bez podziału na płeć – w historii Polski. Bo na znalezienie się w obu rankingach zasługuje. Ma dwa złota igrzysk i to wywalczone w dwóch konkurencjach, a do tego brąz, o którym wielu zapomina. W Atlancie wspaniale i w dramatycznych okolicznościach – o złocie zadecydowała ostatnia runda, gdy strzelanie zepsuła Petra Horneber – otworzyła nam medalowo igrzyska. A potem dołożyła jeszcze brązowy medal.

W Sydney z kolei wszystko poszło w jej występie w karabinie pneumatycznym nie tak. Była dopiero 15., nie obroniła złota olimpijskiego. Ale nie był to pierwszy zawód jej w karierze – w 1992 roku fatalnie wyszły jej igrzyska w Barcelonie, załamała się nimi. Wydawało się, że nie odbije tego w Atlancie, bo na początku 1996 roku urodziła córkę. Ale zawzięła się i zdobyła złoto. I tak samo zawzięła się po pierwszym nieudanym występie w Australii.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: NAJLEPSI LETNI OLIMPIJCZYCY W HISTORII POLSKI

W kolejnym, strzelaniu w trzech postawach (to tam wywalczyła brąz cztery lata wcześniej), była najlepsza. Drugi raz w karierze słuchała „Mazurka Dąbrowskiego” na olimpijskim podium.

Dlaczego nie wyszło w pierwszej konkurencji? Wiem, że wzięłam na swoje barki zbyt wielki ciężar, nie udźwignęłam tej presji i oczekiwania kibiców, dziennikarzy, członków ekipy. Padłam przygnieciona tym ciężarem. Ale zdołałam odrzucić złe myśli, stres, przygnębienie. Wiele osób mi w tym pomogło, między innymi mąż Paweł, mówiąc, że on i córeczka Natalka czekają na mnie bez względu na to, co wydarzy się w Sydney. I wtedy zrozumiałam, że to tylko sport. I są jeszcze ważniejsze sprawy w życiu. Postanowiłam jednak walczyć do końca i udowodnić, że jestem w czołówce – mówiła po latach Magdalenie Janickiej.

No i swoje faktycznie udowodniła.

Reklama

9. Natalia Bukowiecka

Natalia Bukowiecka

Kontrowersja? Na pierwszy rzut oka może i tak. Ale trzeba docenić to, co wyprawia na bieżni Natalia Bukowiecka. Jasne, w tym szeregu znakomitych biegaczek z Polski były przed nią inne – Justyna Święty-Ersetic, Iga Baumgart-Witan, nawet Anna Kiełbasińska. Ale gdy Natalia się pojawiła, to najpierw dołożyła się do wspólnych z nimi sukcesów – w tym sztafetowego złota i srebra na igrzyskach w Tokio – a potem poszła po swoje.

To ona przełamała naszą sprinterską suszę na igrzyskach olimpijskich, gdy w Paryżu na 400 metrów zdobyła brąz. Rok wcześniej sięgnęła po srebro mistrzostw świata. Ona też pobijała rekord Polski należący do Ireny Szewińskiej, który przez lata, ba!, przez dekady zdawał się nie do ruszenia.

Bukowiecka wyniosła polskie bieganie na wyższy poziom. I to poziom ścisłej światowej czołówki. A w kraju, który na nadmiar wybitnych biegaczy i biegaczek nie cierpi, to warto to docenić. Bo owszem, byli Adam Kszczot czy Mariusz Lewandowski, blisko medalu olimpijskiego była też na przykład Joanna Jóźwik. Ale nikt przez lata nie zdołał potwierdzić swojej klasy z mistrzostw świata na igrzyskach (medal zdobył Patryk Dobek w Tokio, ale on zrobił to niespodziewanie, sensacyjnie, po zmianie dystansu).

Reklama

A Natalia dźwignęła tę presję. I w Paryżu obroniła honor polskiej lekkiej atletyki. A w dodatku wciąż nie powiedziała ostatniego słowa. Wręcz przeciwnie: przed nią jeszcze dużo biegania.

8. Agnieszka Radwańska

Agnieszka Radwańska

Kto wie, czy gdyby tuż po zakończeniu przez nią kariery, nie pojawiła się pewna inna zawodniczka – o której tu jeszcze przeczytacie – Agnieszka nie byłaby wyżej. Bo nie sposób nie doceniać, nawet z dzisiejszej perspektywy, jej wyników. Oczywiście, nie zdobyła nigdy tytułu wielkoszlemowego, tylko raz była w finale („tylko”, bo miała co najmniej dwie kolejne spore szanse na to, by zagościć tam po raz kolejny), to pewne minusy.

Ale niech nie przesłonią plusów.

Reklama

W czasach, gdy fani tenisa w Polsce cieszyli się z jakiejkolwiek reprezentantki w TOP 100, Agnieszka przebijała kolejne szklane sufity. Wygrywała z rywalkami z TOP 10. Triumfowała w turniejach, również tych największych. Wspięła się na drugie miejsce w rankingu WTA, przez lata była w najlepszej „10”. Regularnie wygrywała głosowania na ulubienicę fanów i zachwycała wspaniałymi zagraniami.

CZYTAJ TEŻ: „POD KONIEC SIĘ TRZĘSŁAM”. AGNIESZKA RADWAŃSKA I TRIUMF W WTA FINALS

Gdyby w jej grze było więcej mocy, gdyby miała większe serwisowe możliwości, pewnie byłaby dziś mistrzynią wielkoszlemową. Gdyby nie urazy, może miałaby na koncie jeszcze więcej sukcesów. Ale 28 finałów turniejów WTA, z czego 20 wygranych? Ale triumf w WTA Finals? Ale wygrany Puchar Hopmana i ciągnięcie za uszy kadry Polski w Pucharze Federacji? Ale ranking? Ale wspaniałe triumfy nad czołowymi tenisistkami świata?

No to wszystko robiło wrażenie. I robi nadal.

Reklama

7. Ewa Pajor

Ewa Pajor - Barcelona Femeni

Zanim zaczną się komentarze o kobiecej piłce nożnej, ustalmy coś niezwykle istotnego: ta, owszem, nadal nie jest przesadnie popularna w wielu krajach. Ale na Zachodzie oglądają ją tłumy. I coraz więcej dziewczyn w tę piłkę gra, ligi się profesjonalizują, a poziom podnosi. Nikomu nie służą porównania do męskiej piłeczki, ale tylko ślepy nie widzi, że ta kobieca to już zupełnie inne granie, wręcz inna dyscyplina niż dekadę temu.

W Polsce jednak… no, standardowo mamy opóźnienie.

Ale nie dotyczy ono Ewy Pajor. Ona wyprzedziła swoje czasy. Pojawiła się jako piekielnie uzdolniona nastolatka, zdobywała mistrzostwo Europy do lat 17. Z jej pokolenia przebiło się kilka dziewczyn, ale żadna tak jak Ewa – blisko jej statusu stoi tylko Katarzyna Kiedrzynek, ale bramkarki nigdy nie będą tak popularne jak napastniczki.

Reklama

A poza tym Pajor robiła cuda, patrząc z tej naszej, polskiej perspektywy. Jeszcze jako nastolatka wyjechała do mocnej Bundesligi. I szybko się tam przebiła. Dwukrotnie zostawała królową strzelczyń ligi, raz też Ligi Mistrzyń. Pięć razy zgarniała z Wolfsburgiem mistrzostwo Niemiec. Jeszcze więcej – krajowy puchar. Właściwie rysą jest tylko wspomniana Liga Mistrzyń, gdzie pięciokrotnie grała w finale (cztery raz z Wilkami, raz z Barceloną), a jeszcze nie wygrała.

CZYTAJ TEŻ: Z MAŁEJ WIOSKI DO NAJLEPSZEGO KLUBU ŚWIATA. ŻYJEMY W ERZE EWY PAJOR

Ale pewnie jej się to uda. Bo od 2024 roku gra dla najlepszej ekipy na świecie, bo taką zdecydowanie jest kobieca Barcelona. Jeśli się tam trafia, znaczy – jesteś jedną z najlepszych piłkarek świata. I Ewa faktycznie jest. I już samo to powinno wystarczyć, by się tu znaleźć. A dodajmy jeszcze ciągnięcie za uszy naszej kadry, status najlepszej strzelczyni w jej dziejach, debiut na mistrzostwach Europy…

I tak dalej, i tak dalej. Obecność Pajor w tym zestawieniu jest uzasadniona.

Reklama

6. Joanna Jędrzejczyk

Joanna Jędrzejczyk

Jedna z postaci, która tworzyła kobiece MMA w świadomości masowego widza. Do UFC weszła jak po swoje, zgarnęła pas mistrzowski, wielokrotnie go obroniła, a potem nawet po utracie dawała świetne walki i długo była w mistrzowskim obrazku. To legenda, absolutna legenda najlepszej federacji świata. I legenda polskiego sportu.

Jasne, można argumentować, że to kobiece MMA było w powijakach, że te najlepsze zawodniczki dopiero się pojawiały. Może i tak. Ale Joanna to jedna z tych postaci, która wznosiła żeńskie bijatyki na wyższy poziom. Jej walki są legendarne.

Szczególnie ta – i wspominamy o niej nie bez powodu, bo dziś nad ranem była jej szósta rocznica, a samo starcie trafiło do Hall of Fame UFC jako pierwsza kobieca walka w historii – z Zhang Weili. Niesamowite starcie, pięć rund pełnych najbardziej jakościowego MMA jakie zobaczycie. Pojedynek, który zakończył się poderwaniem całej hali i owacją na stojąco. Walka, jaką po prostu trzeba raz w życiu zobaczyć, żeby zrozumieć, że to całe kobiece MMA nie jest gorszą odmianą męskiego.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: NAJLEPSZE POJEDYNKI W HISTORII UFC

Jędrzejczyk i Zhang pokazały wtedy, że jest zupełnie inaczej i panie potrafią dać show, które może zostać walką roku, bez podziału na płeć.

Szkoda jedynie, że Asia wtedy nie wygrała. Ale i bez tego jej kariera jest wielka i to ona – wespół z Janem Błachowiczem i kilkoma „mniejszymi” nazwiskami – otworzyła w UFC drzwi dla kolejnych fighterów i fighterek z Polski. Części zresztą dziś sama pomaga i dobrze, bo trudno o bardziej poważane w tamtejszym świecie nazwisko z naszego kraju. JJ to za Oceanem legenda. Warto docenić taki status.

5. Otylia Jędrzejczak

Otylia Jędrzejczak

Reklama

Miała Otylia Jędrzejczak stosunkowo krótki szczyt kariery. Tak naprawdę to trzy lata: 2003-2005. I na nasze, polskie szczęście nałożył się on na igrzyska olimpijskie w Atenach. Tam Otylia była faworytką rywalizacji na 200 metrów stylem motylkowym. Ale łącznie zdobyła trzy medale – dołożyła bowiem srebro na 100 metrów motylem i drugie na 400 metrów stylem dowolnym.

To jednak były tylko dodatki. Piękne, ale dodatki. Polskie pływanie chciało bowiem, pragnęło złota. Nigdy go jeszcze nie miało.

A Otylia złoto zdobyła już rok wcześniej, na mistrzostwach świata w Barcelonie. Jeszcze rok przed tym, w Berlinie, poprawiła w tej właśnie konkurencji rekord świata. Oczekiwania były ogromne. Presja też. Jędrzejczak musiała jej sprostać, jeśli chciała przejść do historii. Musiała też pokonać Petrię Thomas.

Australijka, doświadczona, bo 29-letnia pływaczka, była w Atenach znakomita. To ona zdobyła złoto na 100 metrów motylem, gdy Otylia dopływała druga. Ona też zdobyła dwa kolejne złota, w sztafetach. Ale na 200 metrów stylem motylkowym miała przegrać. Tego chcieli wszyscy Polacy. Na to czekali.

Reklama

I się doczekali.

Jędrzejczak znakomicie rozłożyła siły na dystansie, świetnie finiszowała. Wygrała z Australijką o 31 setnych sekundy. Zdobyła historyczne złoto. I do dziś to, niestety, ostatni medal Polaków na basenie. A Otylia wciąż odpowiada za połowę naszego dorobku w pływaniu w ogóle. Choć złota nie ma. Zlicytowała je, zgodnie z obietnicą, jak mówiła tuż po wygranej w rozmowie z TVP.

To było uwieńczenie mojej pracy. Będąc na próbie przedolimpijskiej obiecałam sobie, że zlicytuję zdobyty medal. To była moja motywacja na igrzyskach. Chciałam zrobić coś dla innych. Tak było w całej mojej karierze.

4. Anita Włodarczyk

Anita Włodarczyk

Może być trudno uwierzyć, że Anita Włodarczyk jest dopiero czwarta, ale im wyżej w tym rankingu, tym konkurencja naprawdę osiąga sportowe szczyty. A Anita przy całej swojej wybitności, wielkości ma jeden minus w takich zestawieniach – uprawiała konkurencję chyba najmniej popularną ze wszystkich tu wymienionych. Jasne, w Polsce rzut młotem – między innymi przez jej sukcesy – to instytucja.

Ale na świecie? No, tam patrzy się na to trochę inaczej.

Niemniej: osiągnięcia Włodarczyk mówią same za siebie. To trzykrotna mistrzyni olimpijska, rekordzistka świata, z wciąż obowiązującym wynikiem. Omal nie zdobyła czwartego medalu na igrzyskach w Paryżu, choć jechała tam niedługo przed 39. urodzinami. Nadal rzuca i nadal na poziomie, który pozwala jej walczyć z rywalkami przynajmniej o wysokie lokaty. To znak wielkości.

Lista jej osiągnięć jest zresztą niezwykle długa, a pamiętajmy – ona miała szansę zawsze na tylko jeden medal. Nie więcej. Są więc trzy złota olimpijskie. Cztery tytuły mistrzyni świata i cztery mistrzyni Europy. Jest też sześć rekordów świata, ale wrażenie robi bardziej to, jak wyśrubowała ten rezultat – jej pierwszy rekord, z Berlina z 2009 roku, to 77,96 m. Ostatni, rzucony w 2016 roku w Warszawie, wynosi 82,98 m.

CZYTAJ TEŻ: MOGŁABY LEŻEĆ NA PLAŻY, A WCIĄŻ RZUCA. NA ŚWIATOWYM POZIOMIE

Sześć najlepszych wyników w historii to nadal rzuty Anity Włodarczyk. Druga najlepsze zawodniczka w dziejach – Camryn Rogers – rzuciła 80,51 m. Fenomenalny wynik w skali świata. Blisko w skali Anity Włodarczyk. Zresztą za 80 metr rzuciły w historii cztery zawodniczki: Rogers, DeAnna Price i Brooke Andersen. Wszystkie po jednym razie.

No i Anita Włodarczyk, która posłała ten młot tak daleko siedmiokrotnie.

3. Justyna Kowalczyk

Justyna Kowalczyk. Vancouver 2010

Królowa polskich nart. Na pewno najlepsza zimowa olimpijka w naszej historii, a i bez podziału na płeć zimą można argumentować, że to postać największa. Więcej złotych medali (trzy do dwóch) ma co prawda Kamil Stoch, ale pod względem ich liczby wygrywa Kowalczyk (pięć do czterech). Przede wszystkim jednak: Justyna ma ogromną, niemierzalną wręcz zasługę.

Czyli złoto z Vancouver.

Bo w sporcie jest tak, że czasem bywa granica do przebicia. I gdy komuś się uda tego dokonać, to zaraz trafiają się następni, którzy idą w jego ślady. Sam Kamil Stoch to przeżył, gdy dorównał Svenowi Hannawaldowi i wygrał wszystkie cztery konkursy Turnieju Czterech Skoczni. I co? I rok później zrobił to też Ryoyu Kobayashi. Ot, siła dowodu, że się da, że to możliwe. Taki dowód w naszym zimowym olimpizmie dała Justyna Kowalczyk.

Bo było złoto Wojciecha Fortuny z 1972 roku, a po nim… lata marazmu. Adam Małysz w Salt Lake City przełamał medalową suszę, ale złota nie zdobył. W 2006 roku bliski był Tomasz Sikora, ale jednak sięgnął po srebro. I trzeba było czekać do 2010, gdy też się nie udawało. Małysz był dwa razy srebrny, znowu przegrywał z Simonem Ammannem. Kowalczyk zgarnęła srebro i brąz. Ale zostawała jej koronna konkurencja, czyli 30 kilometrów stylem klasycznym.

CZYTAJ TEŻ: POLSKIE MEDALE ZIMOWYCH IGRZYSK. CZĘŚĆ II: GRUBE I CHUDE LATA

I wiecie co? Ten bieg nie mógł się potoczyć lepiej. Bezpośredni pojedynek, po 30 kilometrach, Justyny i największej biegaczki w dziejach, w osobie Marit Bjoergen. Ostatnie metry, ba, nawet centymetry, wielka obrona Polki, bo to Norweżka goniła, próbowała na finiszu odmienić losy tego złota, zawiesić je – kolejny raz na tych igrzyskach – na swojej szyi. Ale nie dała rady. Justyna zdobyła, wygrała historyczny medal.

Cztery lata później dołożyła drugie złoto. A wraz z nią sięgali po takie Kamil Stoch (dwukrotnie) i Zbigniew Bródka. Kowalczyk przebiła ten mur, otworzyła nas na te wielkie zimowe sukcesy.

A poza tym to wiecie – pięć medali igrzysk, siedem mistrzostw świata, cztery wygrane w Pucharze Świata, tyle samo w Tour de Ski.

Legenda. Po prostu.

2. Irena Szewińska

Nie da się stworzyć jakiegokolwiek zestawienia dotyczącego wielkich postaci polskiego sportu i nie umieścić tam Ireny Szewińskiej. To jedyny raz w tym zestawieniu, gdy cofamy się w całości do XX wieku – na przełomie stuleci sukcesy odnosiła jeszcze tylko Renata Mauer-Różańska, poza tym jesteśmy w XXI wieku – ale musimy to zrobić. Nikt w historii polskiego olimpizmu nie zdobył bowiem więcej medali od Ireny Szewińskiej.

Ta ma ich siedem. W pięciu (!) różnych konkurencjach.

Najpierw była genialną nastolatką, która w Tokio w 1964 roku zdobywała srebra w skoku w dal i biegu na 200 metrów, a do tego złoto w sztafecie 4×100 metrów, w której Polki pobiegły genialnie i pokonały faworyzowane Amerykanki. Potem przyszły meksykańskie problemy, bo choć zdobyła tam złoto na 200 metrów i brąz na 100, to Polki zgubiły pałeczkę w sztafecie i straciły szansę na kolejny medal. Winę zrzucono na Szewińską, połączono to z wydarzeniami z marca 1968 roku i w efekcie wplątano w nastroje antyżydowskie, wymierzone w wybitną biegaczkę.

– Ja już wtedy w Meksyku byłam dosyć rozbiegana, i kiedy na ostatniej zmianie ruszyłam, to taka była różnica szybkości, że koleżanka podała mi pałeczkę za sam koniec, a ja przy kolejnym ruchu uderzyłam o biodro i pałeczka wypadła. Niestety potem była taka audycja telewizyjna, zrobiona przez Pana Eugeniusza Pacha, który nagrywał oddzielnie nasze wypowiedzi,  a potem tak to zestawiał, że w efekcie tej manipulacji wychodziło, jak gdybym była przez koleżanki atakowana. 

CZYTAJ TEŻ: TOKIO 1964. WYBITNE IGRZYSKA POLSKIEJ REPREZENTACJI

W reakcji na to wszystko, Szewińska zrobiła sobie przerwę, zaszła w ciążę, opuściła sezon 1969. W 1970 roku nie biegała wybitnie, ale w 1971 powoli wracała. Na igrzyskach w Monachium zdobyła kolejny brązowy medal, tym razem jedyny. Prasa wieszczyła, że to już schyłek jej kariery, a ona przecież miała ledwie 26 lat i uznała, że ma jeszcze co nieco do powiedzenia na bieżni. Tyle że zrobiła to zmieniając dystans.

Postawiła na 400 metrów. I co? I okazało się to strzałem w dziesiątkę. Cztery lata później, w Montrealu, nikt nie był w stanie jej dopaść. Przewaga Szewińskiej nad rywalkami była tam OGROMNA. Ale nic dziwnego, bo pobiła tam – zresztą po raz trzeci – rekord świata na tym dystansie, śrubując go do 49,29 s, czyli rezultatu, który potem przez lata pozostał niedoścignionym wzorem dla kolejnych biegaczek z naszego kraju. Aż do Natalii Bukowieckiej.

Ogółem rekordów świata na różnych dystansach miała w karierze 10. To wybitna postać polskiej lekkiej atletyki i polskiego sportu. Ale zaryzykujemy stwierdzenie, że nie jest już największą sportsmenką w naszej historii.

I po ponad czterech dekadach od zakończenia przez nią kariery wreszcie nastąpiła zmiana na szczycie.

1. Iga Świątek

Iga Świątek. Wimbledon

Jeszcze rok temu pewnie można by dyskutować. Teraz? Teraz wydaje się to niemożliwe. Iga Świątek podbiła jeden z najbardziej globalnych sportów świata. Jest sześciokrotną mistrzynią wielkoszlemową. Przez wiele tygodni była liderką rankingu WTA. Wygrała WTA Finals. Ma na koncie 25 tytułów w głównym cyklu.

I ledwie 24 lata na karku. Jasne, ostatnio nieco spuściła z tonu.

Tyle że to „ostatnio” to też wygrany Wimbledon. Iga w kryzysie – bo miała taki – nagle wyszła na trawiaste korty, gdzie jej się na ogół nie wiodło. I co? I wygrała w genialnym, fantastycznym stylu, w finale nie oddając Amandzie Anisimovej ani gema, a przy tym kompletując Szlemy na każdej nawierzchni. Jeśli Świątek potrafi to robić w swoim słabym sezonie, to pozostaje tylko czekać na jej powrót do tej najlepszej dyspozycji. Bo wierzymy, że taki wreszcie nastąpi.

A nawet jeśli nie… to w sumie co z tego? Iga w pięć lat – od pierwszego wielkoszlemowego triumfu – osiągnęła rezultaty, o jakich marzyła i nadal marzy większość zawodniczek w historii. Jeśli chodzi o wywalczone Szlemy, to na historycznej liście WTA jest 11. w erze open (o Szlema od Venus Williams, Justine Henin i Evonne Goolagong), a doliczając też czasy amatorskiego tenisa, to 17. W zestawieniu liderek rankingu WTA jej łączny okres panowania daje jej 7. miejsce.

Iga Świątek to równocześnie najwybitniejsza zawodniczka ostatniej dekady w światowym tenisie – a „all time” są przed nią wyłącznie absolutne legendy – a więc równocześnie okresu „po sukcesach Sereny Williams”. Gdybyście w 2018 roku, gdy karierę kończyła Agnieszka Radwańska, powiedzieli nam, że obejrzymy Polkę z takimi osiągnięciami w ciągu niespełna dekady… no to trudno byłoby w to uwierzyć.

A jednak taka jest rzeczywistość. Piękna, wspaniała rzeczywistość.

Najlepsze sportsmenki w historii Polski

SEBASTIAN WARZECHA

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

30 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Igrzyska Olimpijskie