Jeszcze niedawno nasi panczeniści rywalizowali w igrzyskach olimpijskich, a teraz, 5 marca, w holenderskim Heerenveen ruszają mistrzostwa świata w wieloboju. To specyficzna impreza, w której liczy się wszechstronność i sumują się czasy w biegach na różnych dystansach. Gdyby mistrzostwa świata były rozgrywane w normalnej formule, mielibyśmy szanse nawet na pięć medali. A tak wydaje się, że naszą największą nadzieją medalową jest Damian Żurek, który będzie walczył w tzw. wieloboju małym.
To ważna impreza dla zawodnika z Tomaszowa Mazowieckiego, który w igrzyskach był dwa razy czwarty i musiał sobie poradzić z tym, że dwukrotnie był o włos od spełnienia marzenia. Ma on szansę na szybką rehabilitację.
Łyżwiarskie mistrzostwa świata. Damian Żurek powalczy o medale
W sezonie olimpijskim mistrzostwa świata rozgrywane są w formie wieloboju, co ma zwiększyć rangę igrzysk i jest w sumie logiczne. Na czym to polega? Wielobój sprinterski to cztery biegi: po dwa na 500 i 1000 m. Liczy się łączny wynik. W przypadku Żurka oznacza to naprawdę dużą szansę na medal, bo jest bardzo silny na obu dystansach i nie będzie tu sytuacji, w której jeden drobny błąd może przekreślić wszystko. Obok niego w wieloboju sprinterskim wystartują: Marek Kania, Karolina Bosiek, Zofia Braun i Kaja Ziomek-Nogal. Tę ostatnią typowano do walki o podium igrzysk. W Holandii Ziomek-Nogal będzie trudniej, bo nie jest tak mocna na 1000 m.
W Heerenveen odbędzie się również wielobój na dłuższych dystansach. Tu oczywiście reprezentuje nas srebrny medalista z Mediolanu, czyli Władimir Siemirunnij. On będzie rywalizował na 10 000 m, 5000 m, 1500 m i 500 m. W pierwszych dwóch konkurencjach jest świetny, w trzeciej stosunkowo przyzwoity (w igrzyskach wypadł na 1500 m całkiem nieźle, był dziesiąty), a 500 m to zupełnie nie jest bajka. Jeśli na krótszych dystansach „Władek” nie straci za wiele, też może włączyć się do walki o pierwszą trójkę. Ale największe szanse ma Żurek, czyli wielki pechowiec z igrzysk.
Damian Żurek: Z psychologiem pracujemy nad koncentracją
Sprinter z Tomaszowa od dłuższego czasu podkreślał, że stał się zawodnikiem ścisłej światowej czołówki m.in. dlatego, że zaczął mocniej pracować nad sferą mentalną. Ma psychologa w kadrze, ale też indywidualnego, którym jest Joanna Misiakowska. Rozpoczęli współpracę w maju 2025 roku. To zawodnik zgłosił się do Misiakowskiej, która miała już doświadczenie z pracy z łyżwiarzami. – Pracowaliśmy głównie nad koncentracją i nad rzeczami, na które nie miałem wpływu, a które na mnie oddziaływały – mówił nam Żurek po powrocie z igrzysk.
– Nie chcę zdradzać szczegółów naszej pracy, ale koncentrowaliśmy się na regulacji pobudzenia, pracy nad interpretacją sytuacji startowej oraz utrzymaniu zadaniowości w kluczowych momentach. Na tym poziomie kluczowe nie jest to, czy presja się pojawia, ale to, jak zawodnik ją rozumie i jak na nią reaguje – tłumaczy Misiakowska w rozmowie z Weszło. A gdy pytam ją, w jakich aspekt Żurek się zmienił, dodaje:
– Damian od początku prezentował bardzo wysoki poziom sportowy. Różnica dotyczy obszaru mentalnego – większej świadomości, stabilności i sposobu reagowania pod presją. Dziś inaczej interpretuje sytuację startową i koncentruje się na procesie. To daje mu większą elastyczność psychiczną i świadome decyzje wtedy, gdy stawka jest najwyższa.

Jedną z technik, jakie stosuje Żurek przed treningami, ale i startami, jest żonglowanie małymi piłkami lub łapanie ich. Można to zauważyć też m.in. u Igi Świątek przed wyjściem na kort. Ma to pobudzić i zwiększyć koncentrację na zadaniu. Podczas igrzysk sprinter wyglądał na niezwykle skupionego, ale zabrakło mu bardzo niewiele. Najpierw na 1000 m był o 0,07 s od podium, a na 500 m do trzeciego miejsca zabrakło mu niewiele więcej, bo 0,09 s.
Pytam Misiakowską, czy czwarte miejsce jest na takiej imprezie najgorsze dla sportowca. Niektórzy przekonują, że niekoniecznie, że gorsza psychologicznie jest np. druga pozycja, bo jesteś wtedy o krok od triumfu. Pokonał cię w końcu tylko jeden zawodnik.
Psycholog Damiana Żurka: Czwarta lokata sprzyja myśleniu „gdybym tylko…”
– Wszystko zależy od kontekstu oczekiwań i historii zawodnika. Badania pokazują, że drugie miejsce bywa trudne, bo uruchamia porównania „w górę” – zawodnik myśli, jak blisko był złota. Czwarta lokata działa podobnie – medal jest tuż obok, co sprzyja myśleniu „gdybym tylko…”. Ostatecznie jednak kluczowe nie jest samo miejsce, ale znaczenie, jakie zawodnik mu nada i to, co zrobi z tym doświadczeniem dalej – mówi psycholog, współpracująca z Żurkiem.
Po powrocie z igrzysk panczenista udzielił dużego wywiadu serwisowi Przegląd Sportowy Onet. Opowiedział w nim o kulisach pracy z psychologiem podczas igrzysk. Fragment:
– Podczas samych igrzysk także byłem w kontakcie z moją psycholog. Rozmawialiśmy w przeddzień moich startów. Tej presji było na mnie sporo. Zasypiałem z myślą o medalu. Chciałem spełnić swoje marzenie. Nie mówiłem głośno, że na pewno go zdobędę, ale w swojej głowie myślałem o tym. Psycholog wytłumaczyła mi, że przecież mam ku temu podstawy ze względu na dotychczasowe wyniki, więc nie jest to sztuczne pompowanie balonika.
Żurek opisywał też, jak wyglądał jego powrót do wioski olimpijskiej po drugim starcie, tym na 500 m. Gdy był czwarty na 1000 m, w rozmowie z dziennikarzami zachowywał spokój, patrzył optymistycznie w przyszłość. Ale po kolejnym czwartym miejscu emocje puściły. – Kiedy nie udało mi się stanąć na podium po raz drugi, wróciłem do wioski i dałem ujście tym wszystkim emocjom. Wykrzyczałem się, wypłakałem, zdołałem zasnąć dopiero około 4:00 nad ranem. Trzy godziny później już wstałem, bo nie mogłem spać. Dzień po ostatnim starcie byłem przez to jak wrak człowieka – mówił.
Misiakowska: – Powtórzenie takiej sytuacji naturalnie może wywoływać inne, często silniejsze emocje – zwłaszcza gdy dotyczy dystansu, który jest dla zawodnika szczególnie ważny. W sporcie wyczynowym, nie chodzi jednak o to , by nie czuć rozczarowania, ale o to czy potrafi się je konstruktywnie wykorzystać (…) Jest różnica między myśleniem pozytywnym, a wyciąganiem konstruktywnych wniosków z trudnego doświadczenia. Nie chodzi o to, by na siłę szukać plusów, ale by najpierw pozwolić opaść emocjom, a dopiero potem spokojnie przeanalizować sytuację. Takie doświadczenie może stać się konkretną lekcją i ważnym elementem przygotowania do kolejnych startów.
I teraz ten kolejny, bardzo ważny start, nadchodzi.
Władimir Siemirunnij myśli o pobiciu rekordu świata
Gdy myślisz: „Władimir Siemirunnij” i dokładasz do tego Heerenveen, przypomina się grudzień ubiegłego roku. „Władek” wystartował wtedy w zawodach Pucharu Świata w tym holenderskim mieście i zrobił coś niezwykłego. Poprawił należący już wówczas do niego rekord Polski na 10 km o ponad 23 sekundy. Uzyskał czas 12:28.05, co oznaczało rekord toru i trzeci wynik w całej historii łyżwiarstwa szybkiego. To był wynik tylko o dwie sekundy gorszy od rekordu świata, należącego do Włocha Davide Ghiotto. Jakie ma teraz ambicje?
– Chcę bronić rekordu toru. Wtedy bardzo mało mi zabrakło do rekordu świata. Na treningach przed igrzyskami bardzo szybko jeździłem dychę. Zawody to oczywiście co innego, ale wiem już, jaki jest lód w Heerenveen i jak trzeba tam jeździć. Chciałbym poprawić rekord świata, to byłoby super. Ale to będzie wielobój, przed tym dystansem przejadę 500, 1500 i 5000 m. Zobaczymy, jak to będzie – mówił mi w rozmowie wideo z cyklu „Face2Face”.
Obejrzyj wywiad Face2Face z Władimirem Siemirunnijem:
Rywalizacja w Heerenveen potrwa od czwartku 5 marca do niedzieli 8 marca. Wielobój sprinterski odbędzie się w dwa pierwsze dni, a ten na dłuższych dystansach – w weekend.
JAKUB RADOMSKI
Fot. Newspix
Czytaj więcej o sportach zimowych:
- Kacper Tomasiak vs Stephan Embacher. Czas na wielki pojedynek na MŚ juniorów
- Wielki bieg Polaka! Został mistrzem świata juniorów
- Punkt widzenia zależy od chwili urodzenia? O zadowoleniu z igrzysk
- Co zapamiętamy z występów Polaków na igrzyskach?