Arsenal królem kornerów! Wygrał drugie z rzędu derby Londynu

Patryk Idasiak

01 marca 2026, 19:36 • 6 min czytania 0

Arsenal królem kornerów! Wygrał drugie z rzędu derby Londynu

Arsenal i stały fragment gry? Już od dłuższego czasu to połączenie niczym najlepszy filmowy romans. No i powstał kolejny sequel, całkiem udany, doceniony przez krytyków. Taki na wysoką notę. Kanonierzy strzelili trzy gole po rzutach rożnych – jednego do swojej siatki, ale najważniejsze, że dwa przeciwnikowi i pokonali Chelsea 2:1. Nie dają się więc dogonić Manchesterowi City. 

Reklama

Arsenal musi oglądać się cały czas za plecy, bo depcze mu po piętach Manchester City. Po kilku stratach punktów – w tym przede wszystkim w absolutnie kompromitującym stylu z Wolverhampton – przyszło przełamanie przeciwko Tottenhamowi. Tam bohaterem był Eberechi Eze, autor hat-tricka i znów dostał on szansę na pozycji numer dziesięć.

Chelsea także w ostatnim czasie pogubiła punkty z ligowym dołem – remisując z Leeds oraz Burnley, ale całkiem nieźle gra gdzieś od połowy stycznia i zdaje się, że przezwyciężyła kryzys, który przytrafił się na przełomie grudnia i stycznia. Od kilku spotkań Liam Rosenior może liczyć na Cole’a Palmera, który z Wolves (hat-trick) i Leeds (gol i asysta) pokazał, jakim bywał pięknym piłkarzem w najlepszej formie.

Reklama

Arsenal i rzuty rożne? Ten romans trwa

Arsenal raczej przyzwyczaił nas do dość nudnego futbolu, wyczekiwania na przeciwnika i stałych fragmentów gry. Ale nie powiedzielibyśmy, że Kanonierzy wyszli na to spotkanie przeczekać Chelsea i uderzyć w odpowiednim momencie. Otóż nie. Tu od początku narzucili swoje reguły gry.

O emocje postanowił od razu zadbać Robert Sanchez, który zgubił piłkę pod stopą, ale potem wybił ją wślizgiem spod nóg Eberechiego Eze. Kilkanaście minut później golkiper The Blues znów „podpalił” niecelnym zagraniem na własnej połowie. Często zwlekał do samego końca, można było mieć obawy, że zaraz coś odstawi.

Chyba nie będzie nikogo dziwić sposób, w jaki Arsenal zdobył bramkę – a jakże – po rzucie rożnym, choć nie zabrakło w tym odrobiny pinballa – Saka wrzucił, Gabriel Magalhaes wygrał główkę na dalszym słupku i w zasadzie trafił w swojego kolegę – Williama Salibę. Piłka odbiła się jeszcze od Mamadou Sarra i wpadła do siatki. Ale że był to strzał celny Saliby, to jemu zaliczono gola.

Arsenal dobrze wyczuwał momenty, kiedy zaatakować, ale ciągle czegoś brakowało w ostatniej fazie. Dwukrotnie Eze stracił piłkę na linii szesnastki tuż przed uderzeniem, innym razem Hincapie wdarł się w pole karne, lecz nie znalazł nikogo dośrodkowaniem. Declan Rice też miał dobrą pozycję do strzału, ale mocno przekopał. Raz też Timber się trochę zakiwał i oddał piłkę Sanchezowi. Kanonierzy sprawiali wrażenie lepszej drużyny, ale w tym ostatnim momencie im czegoś brakowało.

Chelsea w pierwszej połowie nie zrobiła za wiele. Strzał Cole’a Palmera w kosmos i jeden stały fragment, po którym skiksował Mamadou Sarr. To było wszystko, raptem dwa strzały. Goście wyglądali jakby byli o kilkanaście pozycji niżej w tabeli, nie tylko kilka. Gdybyśmy podsumowali posiadanie piłki, to rzeczywiście mieli ją częściej przy nodze, tylko że z tych ataków pozycyjnych nic nie wynikało.

Chelsea i rzuty rożne? Też potrafimy

No dobra, nie wynikało z gry pozycyjnej, to wyniknęło z kornera. Arsenal może i bardzo dobrze atakuje przy stałych fragmentach, ale to nie oznacza, że nie można go zaskoczyć tą samą bronią. Przecież Brentford strzeliło wyrównującego gola po wrzucie z autu. Chelsea też wykorzystała okazję ze stojącej piłki. Reece James dograł ciętą piłkę z rzutu rożnego, a Piero Hincapie wpakował swojaka. The Blues mogą więc zbić piątkę Legii – nie potrzebowali nawet strzału celnego, a mieli na koncie bramkę.

Goście przebudzili się po tym trafieniu, ale David Raya konsekwentnie pracuje na miano najlepszego bramkarza Premier League. Najpierw nie dał się zaskoczyć Enzo Fernandezowi, a chwilę później trochę na notę rzucił się do strzale z główki Joao Pedro. Warto dodać – to był kolejny groźny korner, który bił James. Anglik prezentował niesamowitą wręcz powtarzalność, kiedy tylko dorzucał piłkę, czy to z gry, czy ze stałego fragmentu. Niczym Kevin De Bruyne w najlepszych czasach.

O nie, nie, to my jesteśmy lepsi w rzuty rożne!

Ile znaczy stały fragment gry w piłce nożnej! Na gola z rożnego Chelsea odpowiedziała tym samym, no to Kanonierzy… odpowiedzieli na odpowiedź także trafieniem z kornera. Mocno pomógł w tym Robert Sanchez, który w tym meczu sprawiał wrażenie przestraszonego, że musi grać. Miał jakieś dziwne pretensje o wymyślony faul. Może i kontakt jakiś tam był, ale znowu bez przesady… nie takie rzeczy przy kornerach przechodziły.

Chelsea była w tym meczu jak w tym memie, w którym rowerzysta sam sobie wkłada kij w szprychy i się przewraca. A to babol Sancheza, a to chwilę później pokaz inteligencji Pedro Neto, który najpierw wykonał rzut rożny w pierwszego obrońcę, a potem popędził bronić kontry. No i tak ją obronił, że sfaulował głupim wślizgiem Martinelliego. A, że miał już żółtą kartkę, to wyleciał z boiska.

Cóż za żenujący i nieudolny wślizg… Brazylijczyk podniósł się i pobiegł dalej. The Blues mieli szczęście, że Darren England nie miał kompletnie wyczucia do gwizdania. Po raz kolejny przerwał bowiem kontrę Arsenalu, bo nie poczekał z gwizdkiem na rozwój sytuacji.

To praktycznie „zabiło” mecz. Przynajmniej na dłuższy moment. Bliski podwyższenia prowadzenia był Eberechi Eze, ale akurat Robert Sanchez w grze na linii jest dość dobry i popisał się niezłą paradą.

Jednak zawsze może paść tzw. gol z niczego. Tak było z Wolverhampton i omal tak samo nie było teraz w derbach Londynu. Alejandro Garnacho posłał takie ni to dośrodkowanie, ni to strzał z lewej strony, ale piłka dokręcała się niebezpiecznie do bramki. Na miejscu był David Raya, na którego zawsze w takich momentach można liczyć.

W samej końcówce Arsenal dość rozpaczliwie się bronił, ale dociągnął korzystny wynik. Chelsea nawet strzeliła gola i serce do gardeł musiało wtedy podejść fanom na stadionie. Dramat z Molineux się jednak nie powtórzył. Sędzia boczny uniósł chorągiewkę. Joao Pedro znajdował się na pozycji spalonej.

Kontrowersje, kontrowersje…

Aha, jeszcze warto wrócić, bo w meczu była taka sytuacja:

A w spotkaniu Menchesteri City taka:

Sorry, to są dwa rzuty karne. Za rękę Nunesa i za rękę Rice’a. W obu przypadkach piłka leci dość długo i trafia piłkarza w nienaturalnie ułożoną rękę. A nie było karnego ani tutaj, ani tutaj…

CZYTAJ WIĘCEJ O PREMIER LEAGUE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

0 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Ekstraklasa

Media: Śledź odchodzi z akademii Legii. Jest następca

Jan Broda
0
Media: Śledź odchodzi z akademii Legii. Jest następca
Reklama

Piłka nożna

Ekstraklasa

Media: Śledź odchodzi z akademii Legii. Jest następca

Jan Broda
0
Media: Śledź odchodzi z akademii Legii. Jest następca
Reklama
Reklama