Zimowe igrzyska olimpijskie 2026 dobiegły końca. Polacy zdobyli cztery medale, ale momentów, które warto zapamiętać było więcej. I tych pozytywnych, i tych niekoniecznie. Co więc będziemy wspominać, jeśli o igrzyska w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo chodzi? Całe to zestawienie ustawiamy w kolejności – od tych chwil najważniejszych, które na pewno zostaną nam w pamięci, do tych, które mogą ostatecznie z niej wypaść, ale mamy nadzieję, że tak się nie stanie. Bo też są istotne.
Polskie igrzyska, czyli co zapamiętamy z ZIO 2026?
Medalowy hat-trick
Wiadomo, że zacząć trzeba od Kacpra Tomasiaka, bo powodów jest wiele. Kacper to jedna z największych niespodzianek igrzysk… w ogóle. Do tego dopiero czwarta osoba w historii Polski, która na jednych igrzyskach sięgnęła po trzy medale, a dopiero druga zimą (latem udawało się to Irenie Szewińskiej i Otylii Jędrzejczak, zimą Justynie Kowalczyk). Zrobił więc coś, czego nie udało się osiągnąć, czy to Adamowi Małyszowi, czy Kamilowi Stochowi.
Fajne było to, że i jeden, i drugi z tych wielkich skoczków na żywo widzieli narodziny kolejnej – miejmy nadzieję – legendy tego sportu. Jeden jako prezes PZN, stojący wśród kibiców, a drugi wciąż jako zawodnik, żegnając się z igrzyskami.
CZYTAJ TEŻ: DRUGI PO SZEWIŃSKIEJ. KACPER TOMASIAK PRZESZEDŁ DO HISTORII
Kacper, opisując to w dwóch słowach, rozwalił system. Trudno było o lepszy występ na tych igrzyskach. Wykręcił tam jakieś 400% normy. Aż tyle, bo medalu na skoczni normalnej – choć malutka szczypta wiary była – przesadnie nie oczekiwaliśmy. Na dwa kolejne – na skoczni dużej i w duetach – właściwie nie mieliśmy nadziei.
A Kacper siadał na belce, odbijał się od niej, potem z progu i robił swoje, jakby się żadnymi przewidywaniami nie przejmował. Dwa razy sam, raz z Pawłem Wąskiem.
Tak jak medale Adama Małysza z Salt Lake City czy Vancouver, tak jak złota Kamila Stocha z Soczi i Pjongczangu, tak też zapamiętane zostaną te skoki Kacpra Tomasiaka.
I oby to nie były ostatnie takie w jego karierze… która przecież dopiero się zaczyna.

Tomasiak i jego trzy krążki olimpijskie
Wielka chwila łyżwiarstwa
Miały polskie łyżwy na tych igrzyskach sporo pecha. W short tracku upadki, niepowodzenia, a nawet strach o zdrowie i oko Kamili Sellier. Na długim torze trzy razy brakowało nam do medalu kilku czy kilkunastu setnych sekundy. Ostatecznie jednak łyżwiarstwo – w które od kilkunastu lat mocno się inwestuje – doczekało się medalu.
Nie zdobył go zawodnik łyżwiarsko ukształtowany w Polsce, to prawda. Ale wybrał Polskę, bo to nasz kraj mu zaufał i postanowił dać szansę.
Też fajnie.
Srebro Władimira Siemirunnija było pierwszym medalem z łyżew, jaki Polacy zdobyli od 2014 roku. To był szczyt naszych zmagań na lodzie – złoto Zbigniewa Bródki, srebro drużyny kobiet i brąz drużyny mężczyzn. Trzy medale. Teraz tylko jeden, ale jednak naprawdę, ale to naprawdę wyczekiwany. Pokazujący, że opłaca się pokładać w tych łyżwach nadzieje.
CZYTAJ TEŻ: HISTORIA WŁADIMIRA SIEMIRUNNIJA. JAK ROSJANIN UCIEKŁ Z ROSJI DO POLSKI
I oby tak dalej.
Ułamki sekund
Przewinął się ten wątek już przed chwilą. Gdyby podliczyć cztery razy, gdy od medalu byliśmy o nie tyle krok, co kroczek, to wyszłoby nam, że 0,41 s szybsze występy dałyby nam o cztery medale więcej. Wiadomo, to papier, a papier wszystko przyjmie. Ale nie sposób nie zastanawiać się nad tym, jak blisko byliśmy tego, by były to nawet nasze… najlepsze igrzyska.
Wyliczanka, ile zabrakło nam do medali wygląda tak:
- 0,07 s Damiana Żurka na 1000 metrów.
- 0,09 s Damiana Żurka na 500 metrów.
- 0,12 s Kai Ziomek-Nogal na 500 metrów.
- 0,13 s Maryny Gąsienicy-Daniel w slalomie gigancie (od srebra, bo dwie zawodniczki ex aequo zajęły 2. miejsce).
Szkoda zwłaszcza tego miejsca Maryny. Polka i tak osiągnęła historyczny rezultat, bo poprawiła własną życiówkę i skończyła na 7. lokacie. Ale można było sobie mówić, że gdyby nie błąd pod koniec pierwszego przejazdu czy jedna albo druga bramka przejechana nieco szybciej, nieco lepiej, odpowiedniejszą linią, to eeeeeeeeech… byłoby pięknie, po prostu. Tym piękniej, że w narciarstwie alpejskim medalu jeszcze nigdy nie mieliśmy (do czego zaraz wrócimy).
I jeśli Maryna nie dotrwa do kolejnych igrzysk, próbując zdobyć go jeszcze wtedy, to pewnie długo nie będziemy mieć.
Łyżwiarstwo – wiadomo, też było blisko. Ale to jednak sprinty, rozgrywają się zwykle na ułamki sekund. A nawet dłuższe dystanse czasem też – Zbigniew Bródka wygrał przecież złoto o trzy tysięczne! A los zdaje się nam teraz odbierać to, co dał wtedy. No cóż, bywa i tak.
Choć wypadałoby mieć nadzieję, że za cztery lata już odpuści.

Damian Żurek miał wielkiego pecha na tych igrzyskach, ale spróbuje na pewno za cztery lata
Wciąż te same rejony
Pięć sportów. W całej historii występów Polaków na zimowych igrzyskach olimpijskich – która liczy sobie już 102 lata, jesteśmy tam od pierwszej edycji – tylko tyle dyscyplin przyniosło nam medale. Jasne, dawniej było sportów znacznie mniej, trudniej było o krążki w wielu różnych dyscyplinach. Z czasem się jednak rozwinęliśmy. Marzyliśmy o medalach w snowboardzie, narciarstwie alpejskim czy short tracku.
To w sumie dałoby… wciąż stosunkowo mało sportów. A jednak znacznie przyjemniej wyglądałoby takie zestawienie, gdyby któryś z nich dołożyć.
W snowboardzie jednak się nie udaje. Jagna Marczułajtis w Salt Lake City była tego najbliżej – skończyła 4., a na dzisiejszych zasadach (jeden przejazd na parę) najpewniej miałaby medal. Aleksandra Król-Walas i Oskar Kwiatkowski dochodzili do ćwierćfinałów. Też wcale nie tak daleko, ale jednak to konkurencja bezlitosna – najmniejszy błąd zwykle równa się odpadnięciu z walki o medal. Short track? Moment minął zapewne – przynajmniej na razie – w 2022 roku, gdy Natalia Maliszewska nie mogła wystąpić w najlepszej formie na 500 metrów, bo zatrzymał ją w pokoju pozytywny wynik testu na COVID.
Narciarstwo alpejskie dało nam przez lata medale mistrzostw świata i podia czy nawet wygrane w PŚ, ale to odleglejsze czasy. Wtedy na igrzyskach nie udało się zaistnieć. To znaczy: nasz najlepszy wynik – 5. miejsce Andrzeja Bachledy-Curusia – dalej pochodzi z tamtych czasów (Nagano 1998), ale najbliżej medalu była w tym roku Maryna Gąsienica-Daniel, która co prawda zajęła 7. lokatę, ale do podium straciła tylko 13 setnych sekundy.
Blisko, a daleko. Tak to w sporcie bywa.
Oczywiście, przy każdych igrzyskach trwa ogólnonarodowa dyskusja na temat tego, czy nie lepiej byłoby – wzorem Holendrów – postawić na specjalizację. I pewnie tak… ale my już w dużej mierze to robimy. Skoki to nasza specjalność, kolejny raz dały nam medale. Mocno rozwijamy się w łyżwach i po 12 latach przerwy wskoczył i z nich kolejny krążek.
Nie istnieje aktualnie kombinacja norweska (nasz pierwszy w historii medal był właśnie z niej), a biegi narciarskie cierpią katusze i od czasu do czasu coś nam się w nich uda (jak najświeższe, sensacyjne 8. miejsce Elizy Ruckiej-Michałek), ale to nie „uda” na medal. Biathlon? Tam jest ożywienie. Ale nadal do medali trochę nam brakuje.
CZYTAJ TEŻ: POLSKIE MEDALE ZIMOWYCH IGRZYSK. CZĘŚĆ I, CZYLI PIONIERZY
Dziś więc mamy skoki i łyżwy. Tyle.
A specjalizacja w naszym przypadku musi zakładać jednak więcej niż dwie dyscypliny, jeśli chcemy się na zimowych igrzyskach rozwijać. Stąd miło byłoby zobaczyć tych medalowych dyscyplin nieco więcej. Może za cztery lata?
Chorążowie warci zapamiętania
Jeśli wierzymy w klątwę chorążego, to jest pewna logika w naszych wyborach na te igrzyska – postawiono na osoby, które na medal nie miały większej szansy, a mogły się pięknie pożegnać. Na ceremonii otwarcia polską flagę nieśli bowiem Kamil Stoch i Natalia Czerwonka. I fajnie, że nieśli. Bo naprawdę warto dawać weteranom taką możliwość, jeśli tylko kalendarz igrzysk na to pozwala.

Kamil Stoch w czasie ceremonii otwarcia igrzysk. Fot. Newspix
Stoch, wiadomo – olimpijska legenda. Jeden z najlepszych olimpijczyków z Polski, a zimowo w sumie najlepszy (więcej medali ma Justyna Kowalczyk, ale trzy złota Kamila stawiają go na czele). Dokładając lato, pod względem liczby medali wygląda to tak:
- 7 medali: Irena Szewińska:
- 6 medali: nikt.
- 5 medali: Justyna Kowalczyk, Jerzy Pawłowski.
- 4 medale: Robert Korzeniowski, Adam Małysz, Karolina Naja, Kamil Stoch, Witold Woyda.
Ale gdyby ułożyć tę klasyfikację tak, jak układa się ją normalnie – pierwsze złota, drugie srebra i tak dalej, no to wygląda to następująco:
- Robert Korzeniowski (4-0-0).
- Irena Szewińska (3-2-2).
- Kamil Stoch (3-0-1).
- Anita Włodarczyk (3-0-0).
Jest więc Stoch naszym najlepszym zimowym olimpijczykiem, jedynym, który zimą zdobył trzy złota. Jest też jednym z najlepszych bez podziału na zimę i lato. A do tego jedną z zaledwie czterech osób w historii Polski, która co najmniej trzykrotnie zostawała mistrzem olimpijskim i jedną z dwóch – obok Korzeniowskiego – która zdobyła złoty dublet na jednych igrzyskach (choć warto podkreślić, że na przykład Anita Włodarczyk nigdy takiej szansy nie miała).
No jeśli ktoś miał zasłużyć na to, żeby pożegnać się z igrzyskami rolą chorążego, to właśnie on.
Natalia Czerwonka to zresztą też dobry wybór.
Jasne, to nie ten kaliber sukcesów, ale w najlepszym okresie naszej drużyny panczenistek była jej podporą. Zdobyła srebro na igrzyskach w 2014, a brązu z Vancouver nie ma tylko dlatego, że była tą czwartą, która akurat nie startowała, ale wspierała koleżanki. Poza tym to były jej piąte igrzyska, robiła za prawdziwą weterankę kadry. Do tego chorążą miała być już cztery lata temu, ale uniemożliwił jej to wynik covidowego testu.
Teraz faktycznie szła z flagą i świetnie, bo jeszcze na igrzyskach ogłosiła, że kończy karierę. A to naprawdę miły sposób na pożegnanie. Do tego dochodzi jeszcze przykra życiowa historia, kiedy uległa strasznemu wypadkowi. No i podniosła się po tym.
Polski pieróg podbił igrzyska
„Czy to naprawdę ważne?” Możecie zapytać. A my odpowiemy: tak, ważne. Dlaczego? Bo igrzyska to impreza sportowa, owszem. Ale to też impreza służąca promocji – ideałów, sportowców, ale i krajów, które w niej uczestniczą. Kacper Tomasiak mógł odnieść sukces w skokach, ale w wielu krajach nikt nie zwróci na to większej uwagi. Ot, sportowiec jakich wiele, sięgnął po medale, ale nie zdobył nawet złota.
Co dla nas wielką sprawą, dla innych niekoniecznie.
A Pieroguszka? Urocza maskotka, którą trzymali nasi łyżwiarze figurowi? Kurczę, to już zupełnie inna sprawa! Pieróg niespodziewanie podbił bowiem serwisy w wielu krajach, w tym na tym największym rynku – w USA. Chodził za nim Snoop Dogg (w końcu go zresztą dostał), pokazywano go w newsach, a twórcy mówili nam, że nagle mają zamówienia ze Stanów i Kanady właśnie.
CZYTAJ TEŻ: PIEROGUSZKA GWIAZDĄ IGRZYSK. ODWIEDZILIŚMY JEJ TWÓRCÓW
Do tego fakt, że trzymali go nasi łyżwiarze, sprawiał, że automatycznie następowało połączenie na linii maskotka-Polska. A to bardzo sympatyczne skojarzenie i miło, gdy kraj kojarzy się właśnie z takimi rzeczami. Jest całkiem możliwe, że poza granicami Polski najbardziej pamiętać nas będą właśnie za sprawą tej maskotki, serio. Jest też całkiem możliwe, że Pieroguszka zostanie zapamiętana bardziej od tysięcy sportowców.
Generalnie: to w pewnym sensie nasz, polski sukces. Tym większy, ze to maskotka, którą tworzą osoby z niepełnosprawnościami, a cała sprawa to ogółem szczytny cel. Do tego ta promocja wyszła oddolnie, organicznie, nie była planowana.
A coś takiego nie zdarza się wcale tak często. Warto zaznaczyć, że tym razem stało się polskim udziałem.

Nasza łyżwiarska ekipa i wyeksponowana na pierwszym planie maskotka – Pieroguszka
Walka z hejtem…
Okej, zaraz wyskoczą tu osoby, które powiedzą, że obrona Poli Bełtowskiej poszła za daleko i tylko prowokuje kolejnych hejterów. Ale jeśli tego typu akcje kogoś prowokują do hejtu, to znaczy, że… tym bardziej są potrzebne. I zaznaczmy: hejt to nie krytyka, krytyka to nie hejt. O ile jest konstruktywna. Pola zapewne nie obraziłaby się za stwierdzenie, że skoczyła słabo i nie jest w formie, bo sama to przyznawała.
Hejt to jednak innego typu komentarze. Wyzwiska, groźby, uderzanie w zawodniczkę, a nawet jej rodzinę.
I nie tylko w nią. Bo dotyka to wielu, naprawdę wielu sportowców. Blisko mi przy tym do zdania Justyny Kowalczyk, która nie była przekonana do całej akcji nakręconej po tym, co powiedziała Pola, a zamiast tego nawoływała do działań przygotowujących zawodników do radzenia sobie z takimi rzeczami. Tak, to potrzebne. Ale potrzebne jest też bardziej zdecydowane działanie wobec osób, które pozwalają sobie na takie działania w sieci.
Bo Internet sprawił, że to ludzie odważniejsi. A gdyby więcej z nich ponosiło konsekwencje swoich działań, pewnie byłoby inaczej.
Często – obok Poli – pojawiał się przykład Roberta Matei, który miał się hejtem nie przejmować. Sęk w tym, że sam Mateja w wielu wywiadach mówił, że do niego komentarze na temat jego skoków – i różnorakie wyzwiska – właściwie nie docierały. Nikt nie powiedział mu tego nigdy prosto w twarz, więc miał spokój. To były też trochę inne czasy.
CZYTAJ TEŻ: POLA BEŁTOWSKA OFIARĄ HEJTU. PUKNIJCIE SIĘ WE ŁBY [KOMENTARZ]
A dziś? Dziś w sumie też mało kto mówi takie rzeczy face to face. Może za to wejść do social mediów, poświęcić pół minuty na „przekopę” kogoś, komu po prostu nie wyszły zawody, nazwać go turystą, a potem wrócić do swojego życia.
I wiecie, gdyby to była jedna osoba, pewnie łatwo byłoby to zignorować. Ale sportowcy czasem otrzymują takich wiadomości po kilkadziesiąt czy nawet kilkaset. Jasne, muszą sobie umieć z tym radzić… ale to smutna rzeczywistość, że w ogóle muszą. Lepiej byłoby, gdyby po prostu takie sytuacje się nie zdarzały.
Dlatego mówienie o tym głośno – jak to zrobiła Pola Bełtowska – jest istotne.
…i walka o swoje
Kilkukrotnie w czasie tych igrzysk zdarzyło się, że nasi sportowcy narzekali na warunki, sprzęt i inne składowe tego, co się działo w trakcie przygotowań. Regularnie pojawiały się też pytania: „ale czemu mówią o tym teraz?”, „czemu nie narzekali wcześniej?”. I tak dalej, i tak dalej. A odpowiedź tak naprawdę jest bardzo, ale to bardzo prosta. W sumie można i do niej użyć pytania:
Ilu z was słyszało wcześniej o problemach – dajmy na to – saneczkarzy?
Bo to nie pierwszy raz, gdy się mówi o starym sprzęcie. O braku toru. O problemach z treningami. O opłakanych finansach związku. Właściwie każda z tych spraw poruszonych podczas igrzysk czy to przez saneczkarzy, czy przez bobsleistki, czy przez innych sportowców, była omawiana w środowisku już wcześniej. Tyle że to aspekty, które rzadko wychodzą poza rzeczone środowisko, a nawet jeśli – nie mają wielkiego oddźwięku.
Gdy jednak powie się to przy okazji igrzysk – znacznie bardziej medialnej imprezy – to już nieco rusza opinię publiczną. A o to chodzi. Bez ogólnego oburzenia czy wsparcia wiele się zapewne nie zmieni. Nasi saneczkarze mają właściwie jedną szansę na cztery lata, by trafić do świadomości ludzi. I ciągle próbują to robić. Pomogło, że mieli całkiem dobre wyniki, zwłaszcza saneczkarska dwójka kobiet, oczywiście. Ale nawet bez tych rezultatów pewnie by powiedzieli, co leży im na wątrobie.
W dodatku wiecie – po starcie są już w miejscu, gdy osiągnęli punkt docelowy. Gdyby powiedzieli to wszystko po drodze, można by im jeszcze rzucić kłody pod nogi. Gdy mówią to po osiągnięciu zakładanego celu, sytuacja radykalnie się zmienia. Dlatego nie ma co się dziwić, że robią to właśnie w czasie igrzysk.
I ostatecznie dobrze, że robią. Bo jeśli nic nie powiedzą, sytuacja na pewno się nie zmieni. A tak – jest przynajmniej promyk nadziei.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix