DRUGI SREBRNY MEDAL! Władimir Siemirunnij wicemistrzem olimpijskim!

Sebastian Warzecha

13 lutego 2026, 17:56 • 7 min czytania 39

DRUGI SREBRNY MEDAL! Władimir Siemirunnij wicemistrzem olimpijskim!

Gdy dojechał do mety – w trzeciej parze – wydawało się, że jego czas może nie wystarczyć na podium. Ale okazało się, że to – jak na dzisiejsze warunki w Mediolanie – fantastyczny rezultat. Lepszy był tylko znakomity Metodej Jilek. Ale poza tym? Nikt nie zagroził Władimirowi Siemirunnijowi! Polak ma srebro, drodzy państwo! 

Reklama

Władimir Siemirunnij wicemistrzem olimpijskim! Zrobił to!

Jeszcze przed igrzyskami wiadomym było, że Władimir Siemirunnij będzie jedną z naszych największych medalowych nadziei. Niestety – tylko na jednym dystansie, a to gość, który i na 5000, i na 10000 metrów jeździć na łyżwach potrafi znakomicie. Piątka we Włoszech mu jednak odpadła, bo był o jedną pozycję za daleko w rankingu olimpijskim. Nie pomogły mu w kwalifikacji również zasady, na jakich się to wszystko odbywało. Paradoksalnie bowiem w ostatnich zawodach, w jakich brał udział, bardziej opłacałoby mu się przegrać z jednym z rywali.

Reklama

Ale wygrał. I nie wszedł na igrzyska.

Została więc dyszka. A na niej Władek jeździ znakomicie. W ubiegłym roku w norweskim Hamar zdobył srebro mistrzostw świata. Mówił nam wtedy: – Zawsze chcę złota. Teraz mam w głowie nieco złości z tego powodu. Bo ja naprawdę chciałem wygrać. Jasne, fajnie, że mam medale, trochę mi to pomaga mentalnie, bo wiem, że mogę zdobyć to złoto. Ale z drugiej strony jestem zły, że jeszcze go nie mam. (śmiech)

CZYTAJ TEŻ: JAK ROSJANIN ZACZĄŁ ZDOBYWAĆ MEDALE DLA POLSKI. HISTORIA WŁADIMIRA SIEMIRUNNIJA

Więc widzicie – ambitny chłopak. Nie dziwi, że zapowiadał, że na igrzyskach chce medali – wtedy mógł mówić jeszcze w liczbie mnogiej – i zrobi wszystko, żeby je zdobyć. Również dlatego, że chciałby się Polsce odwdzięczyć. Bo nasz kraj – gdy Władek, który zdecydował się wyemigrować z Rosji po jej inwazji na Ukrainę i sportowym bojkocie, szukał nowej ojczyzny – bardzo o niego zabiegał. Oficjele mu pomogli, trenerzy i koledzy z kadry przygarnęli.

Władimir jest za to wszystko wdzięczny. I dlatego również zależało mu na tym medalu. Naprawdę zależało.

Jednak jeszcze przed startem zrobiło się zamieszanie. Pierwotnie ustawiono bowiem Siemirunnija z Davide Ghiotto, znakomitym włoskim łyżwiarzem. Ale gdy wycofał się Casey Dawson, to w ostatniej chwili pary pozmieniano – do rywalizacji wskoczył bowiem Viktor Thorup. I Władek ostatecznie bezpośrednio rywalizować miał z Holendrem Stijnem van de Buntem. Trzeba więc było dobrać nieco inną taktykę… o ile Siemirunnij i jego trenerzy w ogóle się tym przejmowali.

Bo kto jak kto, ale on jeździć sam umie. Większość najlepszych rezultatów – w tym życiówkę, 12.28,05, czyli trzeci w historii wynik na tym dystansie! – ustanawiał samemu dyktując własne tempo. Bo też lubi samotnie trenować. Po prostu stanąć na lodzie i jechać, robiąc swoje.

I tak właśnie musiał zrobić. A potem czekać na rywali.

Czas budził wątpliwości

Bardzo szybko Władimir Siemirunnij odskoczył van de Buntowi. Zgubił Holendra, no i – jak wspomnieliśmy – jechał sam. Wyróżniał się, bo na głowie miał aerodynamiczny kask. Lubi tak jeździć, do tego przyciemniane gole. Czasy przed jego parą nie były imponujące – właściwie pewne było, że kto wygra tę parę, ten będzie liderem. A Władek ewidentnie chciał wygrać. W pewnym momencie był o długość prostej przed rywalem. I początkowo naprawdę dobrze jechał.

Do 4400 metrów – niemal połowy dystansu – trzymał się czasów okrążeń poniżej 30 sekund. Kolejne dwa były minimalnie przekroczone.

Potem jednak zaczęło się to lekko załamywać.

Kilka kółek Władek pokonał w czasie 30,2 s – wciąż dobrym, ale szybko zleciał z tego najwyższego tempa. A potem zszedł na 30,5 s i dobił nawet do 30,8. Momentami przyspieszał, momentami zwalniał. Nie udawało mu się – a potrafi to robić genialnie – trzymać równego tempa. Był zresztą o to na siebie nieco zły. – Chciałem olimpijskiego rekordu [12.30,74]. Na treningach było dobrze, na rowerze dobrze. Może za bardzo się denerwowałem. To nie był równy bieg. Było ciężko. Próbowałem się zrelaksować, a była mocna walka – mówił przed kamerą Eurosportu.

Dodawał też jednak coś ważnego: że lód jest trudny, nie tak szybki, jakby się mogło wydawać. A do tego jest ciepło – jak na tor do łyżwiarstwa bardzo, ale to bardzo ciepło. I to też nie ułatwia sprawy, łyżwiarze niekoniecznie są do takich warunków przyzwyczajeni.

Tego jeszcze nie wiedzieliśmy, gdy Władek wjeżdżał na metę. Wygrał z Holendrem – choć ten przez moment się zbliżał – i dojechał z rezultatem 12.39,08. Czyli zdecydowanie wolniej od tego, co planował i wolniej od oczekiwań. Równocześnie był to czas, który budził – bo musiał budzić – nasze wątpliwości. Bo złoto przy takim rezultacie wydawało się nierealne.

Medal? Możliwy. Ale raczej – jeśli już – brązowy.

Jeden gorzej, drugi lepiej. I zostało dwóch

Czwarta para ruszyła do rywalizacji po czyszczeniu lodu. A w niej – ten, który miał rywalizować z Siemirunnijem, czyli Davide Ghiotto. Na Włocha zwracaliśmy tu baczną uwagę, ale ten jednak dość szybko zaczął tracić do Władka dystans. Co prawda utrzymał równiejsze tempo od Polaka, ale strata była za duża, by mógł z nim rywalizować.

W przeciwieństwie do Jorrita Bergsmy, niesamowicie doświadczonego rywala, 40-latka, który jechał z nim w parze.

Holender odpuścił pierwszą połowę dystansu, początkowo tracił dużo nie tylko do Siemirunnija, ale i sporo do Ghiotto. Potem jednak zaczął przyspieszać. I to naprawdę przyspieszać. Pod koniec wykręcił – gdy Władek robił 30,8 s – kilka kółek poniżej 30 sekund. I z wielkim niepokojem zaczęliśmy obserwować to, co robi Holender. Bo ten się zbliżał i zbliżał, i zbliżał… ale nie na tyle! Na czterech łyżwiarzy przed końcem rywalizacji Siemirunnij pozostawał liderem.

Dwóch mogło go jeszcze wyprzedzić. Dwóch nie.

Nie obawialiśmy się o Teda-Jana Bloemena. I słusznie, bo Kanadyjczyk pojechał o setną sekundy ponad 13 minut. Odstawał wyraźnie od fenomenalnego Metodeja Jileka, ledwie 19-letniego Czecha, jednego z faworytów tego dystansu. Ten jechał bowiem po mistrzowsku. Na całym dystansie 10000 metrów – a to, przypomnijmy, 25 okrążeń – przejechał jedynie 9 kółek w czasie powyżej 30 sekund. W tym otwierające – które zawsze takie jest – i trzy ostatnie, gdy minimalnie osłabł.

Nie pobił rekordu olimpijskiego, ale w porównaniu do Siemirunnija był to rezultat znakomity. I to utrzymanie równego tempa, o które czepiał się sam siebie Władek, zdecydowanie było tu najistotniejsze.

Pozostała więc ostatnia para. Dwóch gości. Jeśli żaden z nich nie wyprzedziłby reprezentanta Polski – mielibyśmy srebro. Jeśli jeden – brąz.

A jeśli obaj… nie, o tym nie chcieliśmy myśleć.

Jest, jest, jest! Srebro dla Polski!

Pierwsze okrążenia w ostatniej parze – gdzie jechali Sander Eitrem i Timothy Loubineaud – budziły nasze spore wątpliwości. Ale od połowy dystansu, może nawet nieco wcześniej, coś zaczęło się zmieniać. I Norweg, i Francuz zaczęli pękać. Okrążenie po okrążeniu, wiraż po wirażu jechali gorzej. Najpierw powyżej 30 sekund. Potem powyżej 30,5 s. A na końcu – powyżej 31 sekund. I wyszło tak, że choć początkowo obaj sporo zyskiwali nie tylko nad Polakiem, ale i nad Czechem, to potem w ekspresowym tempie to tracili.

I obaj nie tylko nie sięgnęli po złoto czy srebro, ale i wypadli za podium.

Ale to nas mało co w tamtym momencie obchodziło. My mieliśmy srebro! Po 12 latach przerwy łyżwiarstwo szybkie przywiozło do Polski kolejny medal. I o to chodziło, bo w Polsce w ostatnich latach na lodowym torze przeżyliśmy fantastyczny rozwój. W dodatku Władek dał nam pierwszy w historii medal na długim dystansie. Nigdy wcześniej nie zdobywaliśmy ich na żadnym dłuższym niż 1500 metrów.

A teraz Polska to ma! Władek to ma!

To już są lepszy igrzyska niż te w Salt Lake City czy Turynie, drodzy państwo! A to przecież wciąż nie koniec.

Czytaj więcej o igrzyskach olimpijskich na Weszło:

Fot. Newspix

39 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Reklama