Iga Świątek oddała rywalce trzy gemy. Jest ćwierćfinał Australian Open!

Sebastian Warzecha

26 stycznia 2026, 10:45 • 5 min czytania 5

Iga Świątek oddała rywalce trzy gemy. Jest ćwierćfinał Australian Open!

Podobno Iga Świątek nie chciała dziś grać w sesji wieczornej w Melbourne. Ale że rywalizowała z reprezentantką gospodarzy, Maddison Inglis, to ostatecznie w niej wylądowała. Wyraźnie jednak Polka chciała zejść z kortu szybko – Australijce oddała ostatecznie trzy gemy i poszła do szatni po 73 minutach. Polka jest więc już w ćwierćfinale Australian Open, a tam czeka na nią wyzwanie z najwyższej możliwej półki.

Reklama

Iga Świątek bez problemów. Jest ćwierćfinał!

Po meczu III rundy z Anną Kalinską – wygranym 6:1, 1:6, 6:1 – pojawiło się w naszych głowach nieco więcej obaw o to, jak będzie prezentować się Iga Świątek w kolejnych spotkaniach Australian Open. Polce – na papierze – pomogły jednak problemy zdrowotne Naomi Osaki. Japonka wycofała się z turnieju w Melbourne z powodu urazu i walkowerem oddała swoje spotkanie III rundy z Maddison Inglis. Tym samym Australijka sensacyjnie dotarła do 1/8 finału.

Reklama

Sensacyjnie, bo reprezentantka gospodarzy przechodziła przez kwalifikacje do tej imprezy. Przed jej startem była 168. na świecie. Ostatni raz w drabince głównej turnieju wielkoszlemowego grała na Wimbledonie w 2022 roku, potem albo w ogóle w tych imprezach nie występowała, albo odpadała w eliminacjach.

Teraz w Melbourne wykręciła życiówkę. I na kort w meczu z Igą wychodziła ewidentnie z nastawieniem, by powalczyć, pokazać się, dać trochę radości publice. I zobaczyć, co to jej przyniesie.

Przyniosło dokładnie trzy gemy.

Pierwszy bajgiel w sezonie

Pierwszy set był popisem Igi Świątek. Wiadomo, w teorii różnica klas pomiędzy tymi dwoma zawodniczkami jest taka, że nie powinno to stanowić zaskoczenia. W praktyce? Ostatnio forma Igi jest chwiejna, z kolei Inglis grała całkiem niezły tenis. W III rundzie, owszem, dostała walkowera, ale wcześniej na drodze do niej pokonała pięć rywalek, z czego cztery były notowane wyżej od niej. To był jej turniej, być może najlepszy w karierze.

I naprawdę, ale to naprawdę starała się pokazać to na korcie.

Bo grała całkiem dobrze. Była w stanie wchodzić z Igą w dłuższe wymiany, zdobywała punkty po dobrych akcjach, nieźle serwowała. Ostatecznym pytaniem zawsze jest jednak: co taka dobra gra ci daje? A w przypadku Maddison Inglis i pierwszego seta tego meczu odpowiedź brzmi – absolutnie nic. Iga zgarniała bowiem gema po gemie. Bo na niemal każde zagranie Australijki była w stanie znaleźć odpowiedź. Dobry serwis? To lepszy return. Niezły forehand? To jeszcze lepszy ze strony Igi. I tak dalej, i tak dalej.

Do tego Polka grała tak, jak w pierwszym secie meczu z Kalinską – spokojnie, pewnie, robiąc swoje. Nie przyspieszając wymian, a czekając na odpowiedni moment do ataku. Czasem były w tym wszystkim dwa, nawet trzy czy cztery uderzenia przygotowujące Igę na wykończenie akcji, które potem następowało. Większość tych zagrań lądowała blisko linii, często na niej. Generalnie to była Iga, która wyszła na kort przekonana o swoich możliwościach.

I to przekonanie się w niej – tym razem – nie zagubiło.

Lepsza Inglis, pewna Iga

A obawy były. Już dwukrotnie w tym sezonie Iga traciła formę właściwie z seta na set. Wiadomo, że z lepszymi rywalkami – Belindą Bencić oraz Anną Kalinską – ale jednak. Trudno było tamte mecze zignorować i pomyśleć sobie: tym razem na pewno wszystko będzie dobrze. Tym trudniej, gdy Polka na start drugiej partii… straciła serwis.

Zresztą to przełamanie i Maddison Inglis, i australijska publika świętowały tak, jakby rywalka Igi właśnie wygrała całe spotkanie.

Było w tym sporo uśmiechu, wynikającego z faktu, że Maddison nie przegrała tego meczu do zera. Ale byliśmy ciekawi, jak zareaguje na to Iga i czy w jej grze znów będzie dostrzegalna frustracja. Tym razem jednak – nie była. Świątek szybko zaliczyła przełamanie powrotne i nadal robiła swoje. Nie przejęła się przesadnie też kolejnymi gemami, które zdobyła Inglis, bo ta w drugiej partii meczu wykręciła trzy małe partie. Świątek po prostu utrzymywała potrzebny jej poziom, a sprawę domknęła świetnym forehandem po linii.

Jest więc kolejny wielkoszlemowy ćwierćfinał Igi Świątek. Już szósty z rzędu, a czternasty w karierze.

Wielkie wyzwanie

Teraz przed Igą Świątek przeciwniczka zupełnie innego kalibru. Po drugiej stronie siatki stanie bowiem Jelena Rybakina. Kazaszka przez dłuższy czas była zmorą Polki, potem jednak Iga znalazła na nią sposób i wygrała w zeszłym sezonie aż cztery razy z rzędu. W ich ostatnim starciu – w WTA Finals – lepsza była jednak Jelena, która po przegraniu pierwszego seta, w dwóch kolejnych oddała Świątek… tylko jednego gema.

Rybakina swój poprzedni sezon uratowała niespodziewanym triumfem właśnie w Finałach. Ten zaczęła od ćwierćfinału w Brisbane, gdzie pokonała ją Karolina Muchova. Ale na Australian Open jest na razie bezbłędna – w czterech meczach nie straciła jeszcze seta.

W środę może więc czekać nas tenisowa uczta z udziałem Igi Świątek. I oby była to uczta, po której nie zostanie nam w ustach gorzki posmak.

Iga Świątek – Maddison Inglis 6:0, 6:3

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie na Weszło:

5 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama