Iga Świątek poobijana, ale z tarczą. Polka w IV rundzie Australian Open

Sebastian Warzecha

24 stycznia 2026, 11:26 • 7 min czytania 8

Iga Świątek poobijana, ale z tarczą. Polka w IV rundzie Australian Open

Pierwsze spore wyzwanie. Tym miała być Anna Kalinska dla Igi Świątek w tegorocznym Australian Open. Dla Igi – co warto podkreślić – nie grającej do tej pory swojego najlepszego tenisa. Dziś jednak Polka wyszła na mecz z określonym planem i świetnie go egzekwowała, co dało wygranego łatwo seta. A potem sytuacja się skomplikowała. Ostatecznie jednak to Świątek awansowała dalej i zagra w IV rundzie. Tam czeka na nią niespodziewana rywalka.

Reklama

Iga Świątek lepsza od Anny Kalinskiej. Forma falowała

Mieszane były do tej pory mecze Igi Świątek w trwającym sezonie. W United Cup wygrała trzy… ale z rywalkami, z którymi wygrać wręcz musiała. Z kolei gdy przyszło do meczów z przeciwniczkami z topu – Coco Gauff i Belindą Bencic – to okazała się od nich gorsza. W Australian Open zresztą też nie dała nam zbyt wielu argumentów ku temu, by się jej grą cieszyć – o ile z Marie Bouzkovą zagrała dobre spotkanie (choć Czeszka to zawodniczka, której styl gry pasuje Polce idealnie), o tyle w pierwszej rundzie z Yue Yuan miała problemy. I to spore.

Reklama

Finalnie jednak wygrała. A to liczyło się najbardziej.

Bo pierwsze rundy potrafią być zdradliwe. Zwłaszcza w kobiecym tenisie, gdzie gra się do dwóch wygranych setów. Wystarczy, że ktoś jest w nieco lepszej dyspozycji i może zaskoczyć, gdy próbujesz przyzwyczaić się do kortu czy warunków. Przez lata mówiono, że Novak Djoković najsłabiej gra właśnie na starcie turniejów wielkoszlemowych – ale że wtedy ma słabszych rywali, to trudno o to, by odpadł. Podobnie jest z Aryną Sabalenką, która bardzo często im dalej w daną imprezę, tym gra lepiej.

U Igi jest z tym różnie, raczej bez określonej zasady, choć na przykład na wygranym przez siebie Wimbledonie w ubiegłym roku faktycznie grała lepiej w kolejnych fazach turnieju – aż do tego niesamowitego finału, gdy wygrała 6:0, 6:0.

Wiele dalibyśmy, żeby i w Melbourne się właśnie w ten sposób rozkręcała. Mecz z Anną Kalinską nie dał nam jednak odpowiedzi na to, czy tak będzie. Bo owszem, dwa sety Iga zagrała świetnie. Ale równocześnie jeden był fatalny.

Iga w wielkoszlemowym wydaniu… do czasu

Dobra, miejmy to już za sobą: tak, Anna Kalinska miała problemy zdrowotne. Już przed meczem miała na plecach taśmy, po pierwszym secie poprosiła o pomoc fizjoterapeutów. Było też widać, że nie porusza się w normalnym rytmie i problemy sprawiają jej szybsze zagrania. Inna sprawa, że tenis jest na tyle mentalnym sportem, że czasem takie problemy rywala czy rywalki, potrafią wybić z rytmu i ciebie… i wydaje się, że tak po części było z Igą.

Ale po kolei.

Pierwszy set był perfekt. Perfekt. Iga robiła swoje – prezentowała spokojny, opanowany tenis. Serwis działał jak należy i przynosił punkty. W wymianach Polka się nie spieszyła, a odgrywała spokojnie, głęboko, czy to pozwalając Kalinskiej na popełnienie błędów, czy wyczekując okazji do przyspieszenia wymiany. Pojawiały się błędy, owszem, ale były usprawiedliwione. Iga próbowała grać sprytnie: dodawała dużo rotacji, grała dość wysoką piłką, utrudniała zadanie rywalce.

Efekt był taki, że szybko Kalinskiej odskoczyła i bez problemu wygrała seta. Wynik 6:1 w pełni oddawał to, co na korcie się działo.

A potem? Potem pojawiła się Iga Świątek z ostatnich miesięcy.

Czyli Iga przestraszona. Niepewna swego. Iga próbująca skracać wymiany za wszelką cenę. Polka całkowicie porzuciła ten plan, który przynosił jej tyle punktów w pierwszym secie. Zamiast tego zaczęła grać mocniej, szybciej – ale bardzo często na rakietę rywalki. Łatwo domyślić się, jaki przynosiło to efekt: Kalinska korzystała z siły zagrań Polki i sama uderzała coraz więcej winnerów. Przy problemach z plecami i poruszaniem się było to tak, jakby Polka postanowiła spełnić jej życzenie.

Spadły do tego procenty serwisów. I to spadły w w sposób zatrważający. Polka wyglądała trochę tak, jakby przylecieli kosmici i postanowili zabrać jej tenisowe moce. Najpierw sama wpuściła nieco Kalinską do meczu – gemami, które mogła wygrać, może nawet powinna, a finalnie się nie udało. A potem jej reakcją na to była frustracja. Grała tak, jakby wpadła w negatywny trans i była trochę jak byk, szarżujący na czerwoną płachtę. Nie widziała nic, poza piłką, w którą chciała mocno uderzyć.

Nieważne, w którym miejscu kortu się znajdowała. Nieważne, jak wysoko czy z jaką rotacją leciała ta piłka. Po prostu trzeba było przywalić.

Jakie to przyniosło rezultaty – pewnie się domyślacie. Świątek traciła punkty na własne życzenie. Nie wykorzystywała problemów rywalki. Sama oddawała jej kolejne wymiany. Punkt po punkcie i gem po gemie traciła tego seta. Aż się skończył, a Kalinska wygrała tak, jak Iga pierwszego – 6:1.

Napisać, że się w tamtym momencie meczu niepokoiliśmy, to nic nie napisać.

Trzeci set, czyli Iga Świątek znów sobą

W przerwie po drugim secie to Iga poprosiła o interwencję medyczną. Polce chodziło jednak o odciski na palcu i zmianę opatrunku – w tenisie dość standardowy problem. Ale dzięki nieco wydłużonej przerwie Świątek zyskała czas na oddech i przemyślenie wielu spraw. Przede wszystkim jednak przemyślenie tego, jak można było w tak krótkim czasie tak bardzo zjechać poziomem.

I to ostatnio coś, nad czym Iga musi myśleć często.

Bo widać, że coś jest z jej podejściem do tenisa nie tak. Polka często, bardzo często ma problemy po wygraniu pierwszego seta. Łatwo gubi swój plan na mecz, łatwo się frustruje. Iga nie jest też – bo nigdy nie była i nie będzie – najlepszą zawodniczką pod kątem taktycznym, wprowadzania zmian do gry. Trudno jest jej to robić na bieżąco, w trakcie seta. Dlatego te przerwy pomiędzy partiami są tak istotne. To czas na przemyślenia i na porozumienie się ze sztabem.

Ten mecz to pokazał. Bo gdy Iga wyszła na trzeciego seta, znowu była sobą.

Ponownie grała mądrze. Spokojnie. Zmieniała rytm i kierunki. Nie bała się dłuższych wymian, nie bała się dać Kalinskiej okazji do błędu czy poczekać na okazję do ataku. To ona dyktowała warunki: nie tylko rywalce, ale i samej sobie. Trzymała w ryzach swoją chęć przyłożenia piłce i to było kluczem do sukcesu. Frustrować zaczęła się za to – choć ona raczej nie okazuje tego przesadnie – Kalinska. To Rosjanka częściej wyrzucała piłkę, bo zaczęła szukać jak najszybszej okazji do ataku.

A im bardziej przegrywała, tym bardziej się to granie nasilało. Bez większego efektu.

Grać mocno czy grać mądrze? Odpowiedź jest jasna

Iga bowiem odskoczyła.

Najpierw na gema, potem dwa, finalnie pięć. Dopiero wtedy jej rywalce udało się ugrać gema, aczkolwiek za sprawą straceńczej gry, na zasadzie „uderzę i albo wejdzie, albo wyleci dwa metry poza kort”. Akurat wtedy Rosjance wpadało, ale Iga miała świadomość, że niewiele to zmieni. Gema, owszem przegrała, ale w secie prowadziła tak wysoko, że tenisistka jej klasy po prostu nie mogła sobie pozwolić na przegranie tej partii czy meczu.

I faktycznie, nie przegrała go. Choć Kalinska swoją straceńczą wręcz grą, na pełnym ryzyku sprawiła jej jeszcze nieco problemów.

Całe to spotkanie pokazało Polce jednak – i oby wyciągnęła z tego wnioski, zwłaszcza przed meczami z rywalkami z topu – że jest duża różnica w jej wynikach pomiędzy momentami, gdy gra mądrze, a takimi, gdy gra po prostu mocno, bez planu (przy czym to się nie wyklucza, można grać i mocno, i mądrze, ale u Igi w ostatnim czasie często są to pojęcia rozłączne).

Było widać wyraźnie, która taktyka dziś się bardziej opłaciła.

W czwartej rundzie Igę Świątek czeka mecz z Maddison Inglis, czyli… kwalifikantką. To 168. zawodniczka rankingu WTA, reprezentantka gospodarzy. Australijka nie musiała grać meczu III rundy, bo ten walkowerem oddała jej Naomi Osaka, mająca problemy z mięśniami brzucha. Wcześniej jednak zagrała trzy mecze w eliminacjach i dwa bardzo długie spotkania w turnieju głównym – spędziła 3 godziny i minutę na korcie w pierwszej rundzie oraz 3 godziny i 20 minut w drugiej. To więcej niż Iga Świątek w trzech swoich spotkaniach.

Faworytką tego meczu, co jasne, będzie Polka. I oby to pokazała na korcie.

Iga Świątek – Anna Kalinska 6:1, 1:6, 6:1

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie:

8 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Ligue 1

Rosja, Holandia, Turcja… Szymański długo czekał na szansę w lidze TOP5

Michał Kołkowski
3
Rosja, Holandia, Turcja… Szymański długo czekał na szansę w lidze TOP5
Reklama

Polecane

Ligue 1

Rosja, Holandia, Turcja… Szymański długo czekał na szansę w lidze TOP5

Michał Kołkowski
3
Rosja, Holandia, Turcja… Szymański długo czekał na szansę w lidze TOP5
Reklama
Reklama