Problemów Igi ciąg dalszy. Belinda Bencic lepsza od Polki

Sebastian Warzecha

11 stycznia 2026, 09:57 • 4 min czytania 8

Niemcy i Stany Zjednoczone. To te ekipy pokonywały Polaków w finałach United Cup w poprzednich latach. W tym pierwszym byliśmy blisko triumfu, dosłownie o punkt. W drugim Amerykanie po prostu nas ograli. Obu tym reprezentacjom zrewanżowaliśmy się już w tym sezonie – pierwszej w grupie, drugiej w półfinale. W meczu o tytuł Polacy mieli z kolei zagrać ze Szwajcarią i być faworytami. A całe to starcie otworzyła Iga Świątek. I, niestety, otworzyła źle.

Problemów Igi ciąg dalszy. Belinda Bencic lepsza od Polki
Reklama

Iga Świątek pokonana. Niewytłumaczalna zapaść

Pierwszy set był bardzo dobry. Jasne, Iga dała sobie ze dwa razy odebrać serwis, ale sama przełamywała Belindę Bencic regularnie. Do tego grała pewnie, głęboko, trafiała piłką na ogół tam, gdzie chciała. Trochę błędów też było, ale przy agresywnym tenisie to naturalna wręcz konsekwencja. Szczególnie jeśli nie jest się w najwyższej formie, a Iga – co pokazywał do tej pory ten turniej – na pewno nie jest. Niemniej: wynik 6:3 dla Polki był zasłużony.

Reklama

To było dobre granie Igi, po prostu.

Traktujemy krótko tego pierwszego seta, bo on niczym nas właściwie nie zaskoczył. Świątek zagrała, co miała zagrać, Bencic podobnie – Szwajcarka prezentowała dobry tenis, stawiała się Idze, dorównywała jej w wielu wymianach, ale w kluczowych punktach jednak pokazywała zbyt mało, by móc ostatecznie wygrać. Zresztą to scenariusz z wielu ich poprzednich meczów, gdy było sporo dobrego grania, gdy trzeba się było namęczyć, ale ostatecznie na ogół (bilans 5:1) wygrywała Iga.

Dziś sytuacja się jednak odwróciła. Bo owszem, obie się namęczyły, ale wygrała Belinda. A najbardziej zmęczyła się pewnie Iga Świątek… własną grą.

Iga chce, a nie może. I to problem

Bo to był mecz z gatunku tych, w których Świątek po raz wtóry przeżywała niewytłumaczalną wręcz zapaść. Jasne, był moment, gdy poprosiła o pomoc medyczną, ale w czasie meczu nie wyglądała, jakby coś większego jej doskwierało, trudno więc szukać w tym wymówki. Zostawmy więc to, skupmy się na samym graniu. Bo poziom Igi – naprawdę dobry w pierwszym secie – w drugim znacząco spadł. Wiecie, to trochę tak, jakby Belinda miała dostęp do ustawień Igi i zmieniła poziom trudności z „eksperta” na „początkującego”.

Szwajcarka zaczęła bowiem seryjnie zdobywać i punkty, i gemy. Jeśli o te drugie chodzi – ostatecznie dobiła do siedmiu z rzędu! Wszyscy dobrze wiecie zresztą, co to oznacza: Iga znów przegrała seta do zera. I był to set, w którym mogła mieć wielkie pretensje do samej siebie. Bencic grała bardzo dobrze, owszem, ale Polka pomagała jej właściwie na wszelkie możliwe sposoby. W tym ten, którym pomaga od jakiegoś czasu rywalkom często: gdy jej nie idzie, nie próbuje niczego zmieniać, zamiast tego stara się grać to, co do tej pory, tylko bardziej.

Wiecie jaki jest efekt? Że jedyne „bardziej” to to, że bardziej jej nie wychodzi.

Trudno uwierzyć, by Wim Fissette – czyli trener z dużym doświadczeniem – tego nie widział. Trudno też uwierzyć, by nie wspominał o tym Idze i by nie próbował wprowadzić jakichś zmian na treningach. Tyle że gdy przychodzi mecz, to nie widać, by nad czymkolwiek pracowali. Świątek ostatecznie się nie rozwija, gra to samo od kilku lat i zdaje się liczyć, że to wystarczy. Jasne, gdy złapie „flow” będą pojawiać się turnieje takie, jak ubiegłoroczny Wimbledon. Ale to kwestia pojedynczych imprez.

Na dłuższą metę Iga jest rozszyfrowana, musi coś zmienić.

Ten mecz to po prostu kolejny dowód na to, że taka potrzeba istnieje. Bo problemów jest sporo: nieregularność; fakt, że rywalkom łatwo jest Polkę przycisnąć; gubienie rytmu w poruszaniu się; problemy z serwisem (a gdy jego nie ma, to przegrywa gemy serwisowe). I tak dalej, i tak dalej. Iga długimi momentami, setami, nawet meczami czy turniejami jest w stanie grać znakomicie.

Ale też często zbiera bolesne porażki. Bolesne tym bardziej, że pierwszego seta w tym meczu grała naprawdę dobrze. Ale w 2025 roku podobnie było z Madison Keys w Australian Open (trzeci set był bardzo wyrównany, ale drugiego przegrała 1:6) i dwukrotnie w finałach WTA – w meczach z Amandą Anisimovą i Jeleną Rybakiną. Zwłaszcza tym drugim, gdy po wygraniu pierwszej partii, kolejne dwie przegrała 1:6, 0:6.

Dziś ugrała o jednego gema więcej. Ale to marne pocieszenie. Problemy Igi są bowiem widoczne gołym okiem i dopóki ich nie naprawi, dopóty takie mecze jak ten będą się zdarzać.

Iga Świątek – Belinda Bencic 6:3, 0:6, 3:6

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie:

8 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama