Robert Lewandowski idzie za ciosem – po tym, jak w środku tygodnia strzelił dwa gole Dinamo Zagrzeb, trafił również dziś z Ingolstadt. Bawarczycy po raz piąty z rzędu zostali mistrzem jesieni, Lewy dorzucił istotną cegiełkę, ale… Guardiola zadowolony być chyba nie może. Jego Bayern męczył się niesamowicie.
Jak często zdarza się, by w Monachium częściej na bramkę uderzał zespół przyjezdny? I nie, nie mówimy tu o przeciwniku z Ligi Mistrzów, krajowej elicie pokroju Wolfsburga czy Dortmundu, a Ingolstadt. Zespół skromny i malutki, ze środka tabeli, ale bez jakiegokolwiek respektu czy strachu przed rywalem. Wysoki pressing, doskakiwanie już na połowie rywala, do tego nieduża różnica – jak na mecze Bayernu – w posiadaniu piłki.
Beniaminek postawił się tak mocno, jak tylko był w stanie. Już w 40. sekundzie błąd popełnił Neuer, co mogło i powinno kosztować go bramkę. Ale pod bramką Bawarczyków ciepło było znacznie częściej, za sprawą sensownych akcji gości. Trochę roboty miał Neuer, na tyłkach jeździli obrońcy. Powiedzmy sobie szczerze: to nie zwykło się zdarzać w Monachium.
Bawarczycy rzecz jasna w końcu odpalili. Przez godzinę dwie najlepsze sytuacje miał Lewandowski – najpierw, jak przelobował bramkarza, piłkę tuż przed linią wybił obrońca, potem z bliska uderzał w sam środek piętką, a dobitkę miał niecelną. W końcu trafił za trzecim (czwartym razem), choć wciąż dzięki Neuerowi Bayern nie musiał gonić. Lewy świetnie wyszedł do długiej piłki zagranej przez Boatenga i z ostrego kąta zmieścił ją w siatce, po raz 49. w tym roku. Zaraz potem akcję Coman-Mueller-Lahm wykończył ten ostatni.
2:0, pozamiatane. Mecz do zapomnienia, chociaż… czy aby na pewno? Wiadomo, że Bayern nie jest niepokonany, ale dziś dzielny beniaminek pokazał, że wystarczy się nie przestraszyć, a już można namieszać. I to na tyle, że Guardiola w trakcie meczu przekazał Lahmowi karteczkę z instrukcjami, ten biegał i podawał ją dalej na boisku. Zadziałało.
