Sierp, młot i flagi Izraela. Hapoel Tel Awiw i jego kibice

Sebastian Warzecha

06 sierpnia 2026, 13:51 • 16 min czytania 2

Reklama
Sierp, młot i flagi Izraela. Hapoel Tel Awiw i jego kibice

Przez lata ich głównym hasłem było „Reprezentujemy Hapoel, nie Izrael”, a na trybunach powiewały flagi z Che Guevarą. Ostatnio… zaczęło się to jednak zmieniać. Od skrajnej lewicy kibice Hapoelu Tel Awiw – ale i innych klubów o tej nazwie – gładko przeszli w okolice centrum i choć nadal stoją naprzeciw nacjonalistycznej prawicy reprezentowanej na przykład przez Beitar, to jednak wiele ich wartości wyginęło. Na tyle skutecznie, że inne lewicowe ugrupowania kibicowskie zarzucają im: „Milczycie w temacie Gazy”. A w przeszłości przecież potrafili się w podobnych sytuacjach wypowiedzieć. Gdzie stoją więc fani ekipy z Tel Awiwu? Jakie wartości wyznają? I czego spodziewać się po trybunach w czasie meczu z GKS-em Katowice?

Reklama

Hapoel Tel Awiw. Fani spod znaku sierpa i młota

Hapoel, czyli robotnik. Tradycje z fabryk

11. Tyle jest w tej chwili w pierwszej i drugiej lidze Izraela klubów, których nazwa składa się z miasta i słowa „Hapoel”. To ostatnie z hebrajskiego oznacza „robotnika” i żeby zrozumieć fanów klubów noszących tę nazwę – z Hapoelem Tel Awiw, tym najbardziej utytułowanym i przez lata największym na czele – warto rozpocząć właśnie od zrozumienia, dlaczego tak to w Izraelu wygląda.

A w zasadzie nie tylko tam – kluby o tej nazwie pojawiały się też w innych krajach. Nawet w Polsce, w przedwojniu, istniało ich kilka, podobnie Maccabi (w naszej pisowni: Makkabi lub Makabi, najsłynniejszy przykład to Makkabi Kraków).

Skąd więc się to wzięło?

Reklama

Hapoel powstał w latach 20. XX wieku. Był odnogą Histadrutu, największej organizacji zrzeszającej izraelskich robotników (właściwie napisać można: związku zawodowego), która przez lata stanowiła znaczącą siłę polityczną – najpierw w nieistniejącym jeszcze kraju, a po II wojnie światowej w nowo utworzonym państwie. Histadrut dzielił się na wiele odnóg, które zajmowały się swoimi działami – kulturą, zdrowiem, ekonomią i tak dalej. Odnogą sportową – a po części zdrowotną – był właśnie Hapoel.

Początkowo chodziło o rozrywkę dla mas, robotników właśnie. Sport więc powszechny, uprawiany dla zdrowia. Szybko jednak w tej rzeczywistości upowszechnienia aktywności fizycznej zaczęły powstawać kluby. W Tel Awiwie na raty – dwie pierwsze próby powołania drużyny kończyły się jej szybkim upadkiem, ale się udało. Sami fani Hapoelu uznają jednak pierwszą z dat za początek swojej drużyny, a więc rok 1923.

Ten Hapoel, jak i wiele innych, przyjął więc nazwę swojej organizacji-matki. A że ta wywodziła się z ruchu na wskroś robotniczego, to wziął i inne elementy – do dziś jego kolorem jest czerwony, a w herbie znajduje się sierp i młot, zapożyczony z loga właśnie Hapoelu-organizacji. Zresztą w herbach innych klubów o tej nazwie też się ten symbol znajduje. Nawet jeśli niektóre z nich wcześniej odbiły w stronę politycznego i światopoglądowego centrum, bardziej umiarkowanego od pierwotnych, mocno lewicowych zapędów.

Reklama

Herb Hapoelu Tel Awiw. Fot. Twitter/Hapoel

Hapoel, ten nadrzędny, dbał o wspomniany sport powszechny. Budował – jeszcze, gdy była to Palestyna, nie Izrael – baseny, korty do koszykówki czy boiska do siatkówki. Te piłkarskie również. Powoływał kolejne mniejsze lub większe kluby sportowe, które miały zrzeszać członków w różnych dyscyplinach. Niektóre (jak Tel Awiw) do dziś pozostały wielosportowe (na papierze, w rzeczywistości często sekcjami zarządzają różne podmioty – koszykarski Hapoel Tel Awiw ma na przykład innego właściciela od piłkarskiego), inne z czasem się wyspecjalizowały, zwykle w piłce nożnej.

Powołano też wielkie zawody dla klubów zrzeszonych w Hapoelu, czyli Hapoel Games. Rywalizowały one – cała impreza – z drugą taką, czyli Olimpiadą Machabejską, organizowaną przez Maccabi (one przetrwały do dziś). Maccabi-organizację, bo i tu kluby o tej nazwie miały nad sobą takie ugrupowanie. Z niego wywodzi się na przykład Maccabi Tel Awiw. Tyle że to nie lewica, a konserwatywno-liberalna część politycznego spektrum, która z czasem skręciła jeszcze mocniej ku prawicy (częściej też przyciągała przedstawicieli klasy średniej, w kontrze do „hapoelskich” robotników).

Jak można się domyślić – temat tych różnic obecny jest w świecie izraelskiej piłki do dziś. Zostawmy jednak tę historię, bo ostatecznie nie jesteśmy tu po to, by opowiadać o żydowskich ugrupowaniach i ich działaniach przed stworzeniem państwa Izrael.

Reklama

Nam chodzi o jeden klub.

Hapoel, ten z Tel Awiwu. Tytuły i upadki

I tu jednak szczypta historii. Hapoel tę ma bowiem bogatą. Jak już ustaliliśmy: oficjalnie przyjmuje się, że trwa ona 103 lata. Już po pięciu latach istnienia ekipa z Tel Awiwu zdobyła Puchar Palestyny… ale ostatecznie podzieliła się nim z rywalami, którzy zgłosili protest wobec wystawienia przez Hapoel nieuprawnionego zawodnika. Trofeum jednak nie odebrano, a po prostu uznano, że obie ekipy to zwycięzcy.

Salomonowy wyrok.

Dalej było jeszcze lepiej, bo w 1934 roku łupem Hapoelu padł dublet, oczywiście nie były to jednak mistrzostwa Izraela (którego nadal nie było na mapie), a Brytyjskiego Mandatu Palestyny. Z tego też powodu i z uwagi na napięcia żydowsko-arabskie, rozgrywki ligowe czasem przerywano. Do dziś sprawia to, że statystycy mają zagwozdkę – w Izraelu bowiem z czasem uznano niektóre z tytułów wywalczonych przez Hapoel w przerwanych rozgrywkach (biorąc pod uwagę fakt, że w momencie przerwania to ta drużyna była liderem tabeli), ale nie robią tego federacje nadrzędne, czyli UEFA czy FIFA.

Reklama

Idźmy jednak dalej. W 1948 powstało państwo Izrael, a Hapoel pozostał w tej nowej rzeczywistości jednym z czołowych klubów. W1967 roku został nawet pierwszym, historycznym zwycięzcą Pucharu Azji, który z czasem przekształci się w tamtejsza Ligę Mistrzów. Na krajowym podwórku zdobywał z kolei trofea co kilka lat – w zasadzie nigdy nie dominował, ale stale pozostawał w górnych rejonach tabeli. Aż do końca lat 80. Cała ta dekada była w zasadzie najlepszym okresem Hapoelu, który zdobył w jej trakcie trzy tytuły mistrzowskie.

Tyle że rok po ostatnim… spadł z ligi. I wtedy zaczęły się problemy. Histadrut nie miał już takich środków, zaczynało też brakować mu politycznych wpływów. Zmieniał się futbol, wiele klubów w Izraelu – zarządzanych wcześniej „społecznie” – przechodziło przez ten proces. Hapoel Tel Awiw też musiał, w końcu wszedł tam wielki biznes, bo 1997 roku klub sprzedano prywatnym inwestorom.

To ważny moment, po to właściwie ta opowieść o historii całej drużyny.

Wtedy bowiem zaczyna się okres przemian. Hapoel oddala się od swoich robotniczych korzeni, od społeczności, choć wiele wartości pozostanie czy to na trybunach, czy w działaniach dookoła. Właściciele zmienią się zresztą jeszcze kilka razy, a każda taka sprzedaż jakoś na klub wpłynie. Te ostatnie również sportowo – w XXI wieku Hapoel kilkukrotnie spadał z ligi, po czym do niej wracał. W sezonie 2009/10 został nawet – po raz ostatni – mistrzem kraju.

Reklama

Dawna potęga jednak jest dziś daleko. Dla fanów z Tel Awiwu to pierwszy sezon od 2014/15, gdy mogą oglądać swój zespół w Europie (choć nie na swoim stadionie), a przecież jeszcze w 2010/11 Hapoel grał w fazie grupowej Ligi Mistrzów, po udanych kwalifikacjach! Splotło się tu jednak wiele czynników, a ostatnie przejęcie (w 2023 roku), gdy klub wykupiła amerykańska grupa Mintzberg, inwestująca też na przykład w Plymouth Argyle, w pierwszym sezonie przyniosło kolejny spadek. Hapoel szybko jednak wrócił, no i na koniec poprzednich rozgrywek wszedł do Ligi Konferencji.

Ten powrót został odnotowany w niektórych europejskich mediach, gdzie tradycyjnie pisano szczególnie o trybunach i lewicowych tradycjach Hapoelu.

A więc: jak to z nimi jest?

Czerwone trybuny i opozycja do rasizmu

Skrajnie lewicowi. Tak się ich określa. Fakt, łatwo ich tak zaszufladkować, szczególnie w rzeczywistości Izraela, gdzie przeważającym nurtem na trybunach i w medialnej rzeczywistości jest jednak nacjonalizm. Fani Hapoelu – nie tylko tego z Tel Awiwu, ale ten, jako klub z tych wszystkich przez lata największy, stał się głównym reprezentantem dawnych tradycji – stoją do tego w opozycji.

Reklama

A więc tak: w herbie jest sierp i młot, na trybunach często „gościł” Che Guevara. To wszystko prawda. Do dziś zresztą tak to funkcjonuje. W badaniach – wykonanych w formie ankiet – sprzed kilku lat, które przeprowadził Daniel Regev, izraelski socjolog, a prywatnie kibic Hapoelu, pytał tamtejszych kibiców, jakimi słowami by się określili i opisali ważne dla nich (i klubu) wartości. Najczęstsze odpowiedzi?

Tolerancja. Społeczność. Koegzystencja (z Arabami). Antyrasizm. Samych siebie fani charakteryzowali właśnie jako antyrasistowskich, ale też lewicowych, rodzinnych czy antyestablishmentowych. Ustawiali się więc – do czego jeszcze przejdziemy – w kontrze.

Ważny jest tu wątek antyrasistowski. Hapoel to pierwszy klub w Izraelu, którego kapitanem był Izraelczyk o arabskich korzeniach. Przez lata otwarcie przyjmował Arabów, w badaniach z pierwszej dekady tego wieku był drugim najpopularniejszym wśród arabskiej społeczności w Izraelu zespołem – wyżej znalazło się tylko Maccabi Haifa (Haifa jest miastem o najbardziej zróżnicowanej etnicznie społeczności w Izraelu).

To postawienie się w opozycji do rasizmu stało się wręcz podstawą funkcjonowania kibiców na trybunach Bloomfield Stadium, domowego obiektu Hapoelu. Anonimowy ultras mówił innemu badaczowi, Tamarowi Sorekowi, że „większość z nas jest lewicowa, ale to nie jest wymóg. Wymogiem jest nie być rasistą”. Widać więc, że już wtedy (w okolicach 2019 roku, wtedy została wydana książka „Sport, Politics and Society in the Middle East) nieco się ta lewicowa tradycja przerzedzała.

Reklama

I faktycznie, jak mówił na łamach Middle East Eye Ouriel Daskal, dziennikarz sportowy z Izraela:

Hapoel nie jest skrajną lewicą, to raczej socjaldemokracja.

Reklama

Z takim postawieniem sprawy zgadzali się też na ogół i inni oceniający tę sprawę. Owszem, fani z Tel Awiwu sprzeciwiali się wielu reformom czy ogółem rządom Benjamina Netanjahu. To już jednak nie czasy, gdy niemal całe trybuny były tam skrajnie lewicowe – teraz taka jest co najwyżej grupka najbardziej zagorzałych sympatyków, a do tego jednostki porozrzucane po stadionie.

Reszta przybliżyła się do politycznego centrum… i to w sumie proces stosunkowo naturalny. Tel Awiw stał się bowiem z czasem centrum komercyjnym i ekonomicznym Izraela, a wiele osób wywodzących się z rodzin robotniczych dziś stało się członkami klasy średniej. Nadal kibicują Hapoelowi, ale czerwone są tylko barwy ich klubu, niekoniecznie oni sami.

Natomiast ultrasi wciąż się z tą lewicą – a często i Antifą – utożsamiają. Widać to tym dobitniej, gdy stawia się ich naprzeciw największych rywali.

Maccabi i Beitar. Hapoel w kontrze

Maccabi Tel Awiw to, powiedzmy, umiarkowana (jak na izraelskie standardy) prawica. Ale to też derby, a więc – emocje. Zdarzało się, zresztą nawet niedawno, że dochodziło wręcz do ich przerwania albo w ogóle się nie odbywały. W 2014 roku na przykład miało miejsce to pierwsze wydarzenie, gdy na boisko wtargnęła grupa fanów Hapoelu, wściekłych na Erana Zahaviego. Ten był kiedyś graczem właśnie tej ekipy, nawet wychowankiem, ale wtedy występował już jako piłkarz Maccabi.

Reklama

Szalę przeważył fakt, że strzelił gola na stadionie Hapoelu. I wykonał swoją cieszynkę – pistolety – skierowaną w dodatku w stronę fanów miejscowej ekipy.

Na boisku najpierw pojawił się jeden, starł się z Zahavim (ten za kopniaka posłanego w jego stronę został wyrzucony z boiska), a potem większa grupa. Meczu nie dokończono, ostatecznie żadnej z drużyn nie przyznano punktów. W zeszłym roku za to – z zalecenia policji – spotkanie w ogóle się nie odbyło. Policjanci obawiali się starć, do których zresztą doszło… ale bezpośredni świadkowie wprost przyznawali, że to policja prowokowała fanów Hapoelu.

Zresztą napięta atmosfera na linii Hapoel-policja to nie nowość. Jakiś czas temu ci drudzy zakazali nawet fanom z Tel Awiwu wejścia na stadion, bo ci mieli na sobie koszulki z hasłami wymierzonymi między innymi w funkcjonariuszy. Napis na nich głosił: „Ultra Hapoel against the scum”, a jako przykłady tego były podane izraelska policja, skrajnie prawicowa, suprematystyczna partia Kach (której działalność oficjalnie jest zakazana) oraz… Maccabi Tel Awiw.

Policjanci się oburzyli, nie pozwolili wejść na stadion (a kibice Hapoelu, którzy już tam byli, wyszli), ale potem przegrali sprawę w sądzie, który uznał, że fani mają prawo do wolności słowa. I w jej ramach mogą nosić takie koszulki.

Reklama

To jednak temat poboczny. Wróćmy do starć z innymi klubami. Te są częste, bo przy okazji wspomnianej ankiety na popularność wśród arabskich fanów pytano też o najbardziej nielubiany przez fanów inny klub. Hapoel wygrał, w zasadzie można by napisać, że wśród tych największych ekip z Izraela stoi momentami „sam przeciwko wszystkim”. Ale to nie tak, że to jakiś jedyny sprawiedliwy – tamtejsi fani potrafią szokować.

Jak wtedy, gdy o kibicach Maccabi śpiewali, że ci „powinni zginąć w zagładzie” (użyli słowa Shoah, o szerszym znaczeniu, ale domyślnie: w Holokauście), za co zostali ukarani. Gdy były bramkarz Maccabi Aleksander Uwarow przeżył rodzinną tragedię po tym, jak jego żona wyrzuciła z okna ich dziecko, fani Hapoelu w czasie meczu derbowego rzucali na murawę lalki z wypisanym imieniem syna Uwarowa.

Reklama

To tyle z „rodzinnych” wartości, przynajmniej jeśli chodzi o trzymanie się ich, gdy można uderzyć w rywali.

Maccabi to jednak i tak przykład prawicy umiarkowanej. Skrajnie po prawej stronie stoi Beitar i to w zasadzie od początku swojego istnienia – historycznie kluby o tej nazwie były sportowym odłamem Herutu, a potem Likudu, prawicowych partii. Co prawda tę przynależność z czasem odrzuciły, ale tamtejsi fani – najbardziej znana grupa to La Familia – z czasem się w zasadzie tylko zradykalizowali. To ten klub, gdzie nie akceptuje się Arabów czy w ogóle wyznawców islamu (grał tam przez chwilę między innymi znany z Lecha Poznań Zaur Sadajew, a fani w odpowiedzi rozpoczęli bojkot). Klub, który ma pozostać „czysty”.

Nic dziwnego, że Beitar często ściera się z antyrasistowskim Hapoelem. Fani tego klubu, podobnie fani Maccabi, zarzucają też kibicom z Tel Awiwu, że ci nie są z Izraela. I fakt, przez lata – i nadal tak jest – na stadionie Hapoelu wisiał baner, że fani „reprezentują Hapoel, nie Izrael”.

Tyle że to już nie do końca prawda…

Reklama

Flagi Izraela, czyli polityczny odwrót

Popularna przyśpiewka, napisana w roku 2000 przez Gala Sokolovsky’ego, brzmi tak:

Umieśćcie Jerozolimę w Jordanii
Podzielcie ją na dwa
Umieśćcie Jerozolimę w Jordanii
Podarujcie ją Palestyńczykom
Umieśćcie Jerozolimę w Jordanii
W granicach sprzed ‘67
Bo nie ma powodu dla Teddy’ego
I dla Beitaru
Nie ma powodu dla Ściany Płaczu
I dla Knessetu
Bo wszystko w tym mieście jest niepotrzebne

Teddy to w tym przypadku stadion Beitaru. Granice z 1967 to tak zwana „Zielona linia”, gdy Jerozolima po części leżała na terytorium zarządzanym przez Jordanię. Knesset – parlament Izraela, znajdujący się właśnie w Jerozolimie. Do głosu dochodzi tu więc nie tylko niechęć do Beitaru, ale też do symboli państwowości i religii (Ściana Płaczu). W dodatku przyśpiewka ta śpiewana na stadionie jest na melodię pieśni, która… Jerozolimę wychwala, a powstała po 1967 roku, gdy miasto (w sensie faktycznym) trafiło w całości w izraelskie ręce, które okupują też jego wschodnią część.

Reklama

Chodzi więc nie tylko o konflikt Hapoel-Beitar, ale też Tel Awiw-Jerozolima. Łatwo przy tym dostrzec, że fani Hapoelu faktycznie stawali w opozycji do izraelskiej państwowości, z jego nierzadko nacjonalistycznym, prawicowym rządem. Fani innych ekip nie musieli nawet takich zarzutów wymyślać, same się pojawiały. Ci z Maccabi wywieszali więc na przykład transparenty takie jak: „Fuck Hamas, fuck St. Pauli, fuck Hapoel”. Niemiecka ekipa pojawiła się tu dlatego, że to ziomkowie Hapoelu.

Co jednak oburzyło kibiców z Tel Awiwu? Zrównanie ich z Hamasem, który – jak podkreślali – zamordował też wielu ich braci po szalu. Do tego jeszcze wrócimy, jednak warto zauważyć, że retoryka rywali to często hasła o tym, że kibice Hapoelu „nie są Żydami” i powinni „emigrować z Izraela”. W swoim czasie zrównywano ich też z Hezbollahem czy innymi ugrupowaniami terrorystycznymi. Obrywało się też wielu arabskim graczom (nawet jeśli mieli obywatelstwo Izraela), którzy występowali w barwach Hapoelu.

Przez lata zdawało się, że z wielu tych zarzutów na trybunach Bloomfield Stadium czerpie się nawet dumę.

Zmieniać zaczęło się to szczególnie po konflikcie izraelsko-palestyńskim z 2014 roku. Znów warto odwołać się do Daniela Regeva, który temat badał, ale i obserwował na własne oczy. Jak pisał – na początku sezonu 2014/15 zaskoczyły go na stadionie flagi Izraela, rozrzucone po różnych miejscach na trybunach, a jedna nawet w okolicy Gate 5, miejsca, gdzie siedzieli ultrasi. Postanowił zgłębić temat, zagadał więc do ludzi, którzy przynieśli jedną z nich:

Reklama

– Byłem ciekaw ich motywów, zaangażowałem się więc w rozmowę z jednym z nich. Według niego flagi wieszano głównie po to, by skontrować obraz fanów Hapoelu, którzy nie są lojalni wobec swojego kraju. „Idioci [z Gate 5] wieszają swoje śmierdzące banery i tworzą nam gówniany obraz” powiedział mi. Problem złego wizerunku politycznego klubu i fanów powracał w naszej rozmowie. Gdy zapytałem, czemu baner [chodzi o „Reprezentuję Hapoel, nie Izrael” – przyp. red.] nie przeszkadzał mu przez 13 lat, a przeszkadza teraz, nawiązał do walk w Gazie: „Wszędzie na świecie fani machają flagami swojego kraju po wojnie. Wszyscy jesteśmy Żydami, a ci uchylający się od poboru tego nie zmienią”. Kiedy przypomniałem mu, że nie wszyscy fani Hapoelu są Żydami, zabrakło mu słów. Jego przyjaciel, stojący obok, wyraził nieco bardziej pokojową postawę: „Wszyscy jesteśmy fanami Hapoelu – następnym razem weźmiemy czerwone flagi”.

Regev twierdził, że faktycznie, na kolejnym meczu domowym czerwonych flag w barwach Hapoelu znów było więcej. Ale te Izraela nie zniknęły, a z czasem zaczęło ich przybywać. Nawet na trybunach tego stadionu powoli rodziła się pewna narodowa duma. Możliwe, że w opozycji do tego, jak Izrael postrzegano (i postrzega się, zresztą słusznie, nadal) na całym świecie.

Hapoel nie zwrócił się może w stronę nacjonalizmu, ale mimo lewicowych, ponadnarodowych tradycji, tamtejsze trybuny przyjęły postawę co najmniej patriotyczną. To sprawiło z kolei, że osłabły inne wartości.

Cisza. Hapoel też nie mówi o Gazie

Raport Fundacji Hind Rajab, jednej z wielu monitorujących sytuację w Palestynie, nazwanej od imienia sześcioletniej dziewczynki zabitej w strefie Gazy. Raport tyczy klubów piłkarskich wobec ludobójstwa, jakie Izrael popełnia na ludności palestyńskiej. Nie chodzi o reakcje samych drużyn – tej raczej nikt się nie spodziewał – ale o fakt, jak używane są one w celach propagandowych, już na terenie Palestyny.

Reklama

Podawane są więc przykłady znalezione po prostu w mediach społecznościowych: żołnierzy-kibiców, którzy weszli tam właśnie z flagami czy szalikami ukochanych klubów. Zwykle to Beitar, często Maccabi Tel Awiw, czasem inne ekipy. Wśród tych ostatnich – również Hapoel.

Jest na przykład taka połączona: częściowo Hapoelu, częściowo Izraela. Trzymają ją żołnierze stojący na balkonie nad zrujnowanym Chan Junus. Podpis głosi: „Znów tu jesteśmy”. Zdaniem Fundacji to żywy dowód na to, że w wielu przypadkach „nacjonalizm przewyższa ideologiczne etykiety”, w tym przypadku – lewicowe, tradycyjne dla fanów Hapoelu. Flaga tego klubu znalazła się też na przykład na opancerzonym samochodzie w strefie Gazy.

To tylko dwa przykłady, oczywiście, a fanów Hapoelu są dziesiątki tysięcy. Pokazują one jednak, że na tamtejszych trybunach nastąpił pewien odwrót – jeszcze na początku tego stulecia, gdy IDF atakowały Zachodni Brzeg, kibice w Tel Awiwie zaprezentowali baner: „Pokój jest możliwy”, a klub też się do tego w pewnym sensie dokładał (do działań, które często podkreślano, należało między innymi utrzymywanie akademii piłkarskiej na tymże Zachodnim Brzegu).

Reklama

Prawda jest jednak taka, że obecnie dużo trudniej o tym mówić. W Izraelu narracja jest nadal jasna: cała ta wojna to wojna przeciw terroryzmowi, przeciw Hamasowi. Ofiary cywilne wynikają z działań Hamasu. A przecież Hamas – jako się rzekło – zabił też, 7 października, kibiców Hapoelu. Czyli to sprawa słuszna… choć słuszną dawno już przestała być dla opinii międzynarodowej, nawet tej stojącej pierwotnie po stronie Izraela. Coraz mniej osób czy instytucji wspiera ten kraj w jego działaniach.

Robi to oczywiście Beitar, wiele innych klubów wspiera po cichu, a Hapoel się nie sprzeciwia, część jego kibiców zapewne nawet jest z tych działań zadowolona – pojawiały się nawet graffiti wspierające IDF. Oczywiście, trudno oskarżać pojedynczych fanów o to, że brakuje głosu sprzeciwu – w tak silnie zradykalizowanym społeczeństwie jego publiczne wyrażenie nie może być łatwe. Jednak Hapoel jako społeczność odszedł od swoich korzeni, to akurat pewne.

Widzą to też inne grupy kibicowskie o lewicowym charakterze. Hapoel wciąż mocno trzyma z proizraelskimi (czy też prożydowskimi) ultrasami z St. Pauli, ale już na przykład fani z Gate 9, związani z cypryjską Omonią, zerwali wszelkie więzi z Hapoelem, właśnie ze względu na ten brak sprzeciwu. Inne podobne grupy poszły w ich ślady.

Hapoel nie jest już wyraźnie czerwony, a coraz częściej bliżej mu do bieli i niebieskiego, z gwiazdą Dawida pośrodku. Nawet jeśli na tamtejszych trybunach wciąż często powiewa podobizna Che Guevary.

Reklama

SEBASTIAN WARZECHA

Wykorzystane główne źródła: DW.com, ESPN, FT.com, Guardian, Hind Rajab Foundation,  Jewish Virtual Library, JPost.com, Lever News, Middle East Eye, New Arab, Progressive Israel, Times of Israel, UltrasHapoel.com, YNetNews oraz „Representing Hapoel, Not Israel”: Hapoel Tel Aviv Fans Alternate Between Local and National Identification (w: Doing Fandom. Lessons from Football in Gender, Emotions, Space) i Sport, Politics, and Society in the Middle East.

Fot. Newspix

Reklama
2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne ligi zagraniczne

Reklama