Mistrz Niemiec nie wygrał w tym sezonie żadnego spotkania ligowego z wicemistrzem. Ani razu nie pokonał też Borussii Dortmund i tracił punkty z Eintrachtem Frankfurt oraz RB Lipsk. Vincentowi Kompanemu udało się jednak sprawić, że rywale średni i słabi porzucali wszelką nadzieję, wchodząc z jego drużyną na boisko. Monachijczycy po półtora roku zdusili tym samym próbę zamachnięcia się na ich panowanie w Niemczech.
Zbyt krótka była przerwa Bayernu Monachium od wygrywania Bundesligi, by wszyscy zdążyli się od tego odzwyczaić. Zbyt długo lider prowadził w tabeli i zbyt rzadko gubił punkty, by można było mówić o emocjach w walce o tytuł. Zbyt mało spektakularne było przypieczętowanie triumfu, na kanapach, dzięki wpadce Bayeru Leverkusen we Fryburgu, by dostarczyło pamiętnych scen radości. Mimo że Bawarczycy tym razem odzyskali mistrzowską paterę, a nie, jak przez poprzednią dekadę, ją obronili, ich tytuł raczej nie jest traktowany jako nieoczywisty sukces. A jednak mistrzostwo mistrzostwu nierówne. I to, nawet jeśli nie wywołuje dzikiej euforii, powinno przynajmniej być docenione. Bo przyszło trudniej, niż może się wydawać.
Bayern Monachium był mocnym kandydatem do mistrzostwa Niemiec
Gdy startował sezon, nie było wcale jasne, że to Bayern jest faworytem. Bayer Leverkusen, wbrew oczekiwaniom, nie osłabił się po bezbłędnych wcześniejszych rozgrywkach. Zatrzymał najważniejsze postaci, na czele z Xabim Alonso i Florianem Wirtzem. Można było przypuszczać, że łączenie Bundesligi z Ligą Mistrzów będzie dla tego klubu wyzwaniem i że nie uda mu się rozegrać dwóch idealnych sezonów z rzędu. Ale racjonalnych przesłanek, by podejrzewać, że projekt nagle runie, trudno było się doszukiwać. Z drugiej strony Bayern wchodził w rozgrywki z nieznacznie tylko przebudowaną kadrą, za to z trenerem, który na tym poziomie nie miał żadnego doświadczenia. Wyjściowo nadal był bardzo mocnym kandydatem do tytułu, mimo trzeciego miejsca sprzed roku. Ale w żadnym razie nie był pewniakiem.
Punkt zwrotny sezonu
Te wątpliwości długo się potwierdzały. Dziś, obserwując powolne dogorywanie fenomenalnej drużyny z Leverkusen, można myśleć, że Bayern nie miał w tych rozgrywkach z kim przegrać. To jednak nieprawda. Do marca ustępujący mistrz rozgrywał fantastyczny sezon. Zanotował w lidze tylko jedną, pechową, porażkę. Skończył fazę zasadniczą Ligi Mistrzów w czołowej ósemce, co Bayernowi się nie udało. Grał w Pucharze Niemiec, z którego wyrzucił Bayern na jego boisku. Kiedy w 1/8 finału Ligi Mistrzów oba kluby wpadały na siebie, to drużyna z Nadrenii była w lepszej formie. Zresztą krótko wcześniej w upokarzający dla Bayernu sposób zdominowała go w meczu ligowym, gdy monachijczycy modlili się o bezbramkowy remis.

Vincent Kompany, trener Bayernu
Punkt zwrotny w walce o mistrzostwo nie nastąpił wcale w Bundeslidze. To porażka 0:3 w pierwszym meczu Ligi Mistrzów w Monachium wyznaczyła kres półtorarocznych harców Bayeru. Wieczór, w którym wszystko poszło z perspektywy klubu z Leverkusen źle, kiedy Alonso pierwszy raz przegrał z Bayernem, odarł obrońców tytułu z aury nietykalności, obciął im włosy. Kilka dni później w meczu ligowym z Werderem Brema stracili jeszcze na kilka tygodni Floriana Wirtza. Przegrali drugi raz w sezonie, gdy równolegle Bayern przegrywał u siebie z VfL Bochum. W jednym tygodniu Bayer stracił dwa fronty: europejski i ligowy. Gdy jeszcze na domiar złego 1 kwietnia odpadł z III-ligową Arminią Bielefeld w półfinale Pucharu Niemiec, praktycznie zakończył sezon, pozwalając Bayernowi spokojnie dojechać do mety.
Mocny wicemistrz
Nie można jednak zapominać, że Bayer wciąż ma szansę skończyć z 74 punktami na koncie, co w niektórych sezonach, na przykład poprzednim mistrzowskim Bayernu, wystarczyłoby do mistrzostwa. Że rozegrał drugi wśród najlepszych sezonów w historii klubu. Że może okazać się punktowo najsilniejszym wicemistrzem od sześciu lat. Że nawet będąc od marca na leżakach, piłkarze z Leverkusen wciąż przegrali w tym sezonie ligowym tylko dwa mecze na 32, co jest godnym odnotowania wynikiem. Bayern nie dostał mistrzostwa dzięki słabości konkurencji. Musiał je sobie wywalczyć.
Wrażenie, że nie było w tym roku w Niemczech walki o tytuł, monachijczycy zawdzięczają wyłącznie własnej nieomylności. Strzelili ponad 90 goli, czyli ćwierć setki więcej niż najgroźniejszy rywal, równocześnie tracąc najmniej bramek. Na czoło wskoczyli po trzeciej kolejce i nie dali się z niego strącić nawet na moment. Przegrali tylko dwa razy – pod koniec jesieni w Moguncji, gdy brakowało Harry’ego Kane’a i w marcu z Bochum, gdy trener Kompany przesadził z rotacjami, a Joao Palhinha w pierwszej połowie wyleciał z boiska. Pięciokrotnie strzelali rywalom przynajmniej pięć goli. Byli uosobieniem odwiecznej prawdy, że tytułów nie zdobywa się w bezpośrednich meczach z konkurencją, lecz w regularnym goleniu średnich i słabych w każdy weekend.
Średniacy bez złudzeń
Bayern nie wygrał w lidze żadnego spotkania z Leverkusen i Borussią Dortmund. Stracił punkty z Lipskiem i Eintrachtem Frankfurt. Z aktualnej czołowej piątki jedynie na S.C. Freiburg udało się Bawarczykom zgarnąć komplet punktów w dwumeczu. Jednocześnie jednak z dolnej części tabeli tylko Union i Bochum zdołały urwać Bayernowi jakieś punkty. Podczas gdy Leverkusen trwoniło punkty z Holsteinem, Bochum, St. Pauli, Wolfsburgiem czy Unionem, Bayern znów był kombajnem do zbierania kur po wioskach. Większość rywali, wchodząc na boisko z Bayernem, porzucała wszelką nadzieję. Także dlatego pościg Bayeru z góry był skazany na niepowodzenie: jeśli nie odrobił strat do Bayernu w bezpośrednim meczu, wiedział, że już ich nie odrobi.
Sezonu Bayernu nie da się rozpatrywać tylko przez pryzmat Bundesligi, w oderwaniu od pozostałych frontów. Zdobycie tytułu to dla tego klubu minimum przyzwoitości. Najmniejsze osiągnięcie pozwalające uniknąć trzęsienia ziemi. Można honorowo odpaść w ćwierćfinale Ligi Mistrzów i świat się nie zawali. Można nawet kolejny rok z rzędu wcześnie pożegnać się z Pucharem Niemiec. Ale gdyby jednocześnie nie udało się zdobyć tytułu mistrza kraju, Vincent Kompany nie mógłby ot tak wejść w nowy sezon. To, że zrobił to tak pewnie, pozwala mu, nawet mimo niepowodzeń na innych frontach, rozwijać projekt dalej, czekając na letnie wzmocnienia i przebudowę kadry. Dla Belga pierwszy tytuł w trenerskiej karierze to glejt do wejścia w drugi sezon w Bayernie, gdy oczekiwania będą już większe. Za rok obrona tytułu będzie już traktowana jako formalność, nie jako sukces, także wobec nieuniknionego końca cyklu w Leverkusen. A to oznacza, że plusy będzie trzeba zbierać lepszymi wynikami na innych frontach.

Harry Kane po jednym z wygranych meczów
Przywrócony porządek
Zeszłoroczną utratę tytułu mistrzowskiego udało się Kompanemu zamienić w wypadek przy pracy, a nie w początek niebezpiecznej dla Bayernu tendencji, w której krajowa konkurencja zaczyna mu podskakiwać zbyt wysoko. Usadzeniem Bayeru Leverkusen w 1/8 finału Ligi Mistrzów Bayern upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu: oprócz wywalczenia awansu, nie pozostawił też wątpliwości wszystkim niemieckim piłkarzom, że jeśli chcą zdobywać trofea, muszą grać w Monachium. Florian Wirtz do tego momentu mógł kalkulować, że ma czas na wyprowadzkę z komfortowego otoczenia w Leverkusen, skoro jest w stanie z tym klubem wojować w Lidze Mistrzów i sięgać po trofea. Aktualnie piłkarz tej klasy musi już jednak myśleć, że każdy kolejny rok spędzony w Niemczech, ale poza Monachium, będzie dla niego stracony. Zgodnie z powiedzeniem: jeśli nie możesz ich pokonać, dołącz do nich.
Trudno wyrokować, czy tegoroczne mistrzostwo to początek aż tak długiej dominacji, jaką Bayern rozpoczął w 2013 roku, detronizując Borussię Dortmund Juergena Kloppa. W futbolu pewne rzeczy potrafią dziać się nagle. Biorąc jednak pod uwagę spodziewane odejście Xabiego Alonso, prawdopodobny transfer Wirtza, nieuniknione pożegnanie Jonathana Taha i jeszcze kilku innych ważnych postaci, można zakładać, że Bayerowi Leverkusen trochę zajmie lizanie ran. Borussia, dyżurny pretendent z ostatnich lat, na razie bohatersko zwalcza problemy, które sama stworzyła. Sam awans do Ligi Mistrzów byłby dla niej wielkim sukcesem po sezonie pełnym turbulencji. Walka z Bayernem nikomu tam nawet nie w głowie. RB Lipsk z kolei, jako projekt, dotarł do ściany i potrzebuje wymyślić się na nowo na wszystkich szczeblach.
Perspektyw wzlotu na takie poziomy próżno upatrywać wśród pozostałych klubów. Eintracht Frankfurt rozgrywa najlepszy sezon ligowy od trzydziestu lat, ale to jeszcze długo nie będzie klub zdolny wytrzymać na dłuższym dystansie tempo Bayernu. Wygląda więc na to, że monachijczycy znów zaprowadzili porządek na krajowym podwórku i w najbliższym czasie nikt im nie podskoczy. Mistrzostwo w tym sezonie wymagało od nich jeszcze dużego wysiłku i niemal perfekcyjnego sezonu. 82 punkty, do których wciąż mogą dobić, to wynik, który przebili w Monachium tylko Pep Guardiola i Jupp Heynckes. Ale wydaje się, że w kolejnych latach nie będą musieli skakać tak wysoko, by zgarniać kolejne patery.
WIĘCEJ TEKSTÓW MICHAŁA TRELI NA WESZŁO:
- Puchar wygrała Legia. I wygrał futbol
- Najsilniejsi beniaminkowie Ekstraklasy w XXI wieku
- Tylko Kroczek do przodu. Co dalej z trenerem Cracovii?
MICHAŁ TRELA
Fot. Newspix.pl