Reklama

Zyba pogrzebał szanse Legii na mistrzostwo? Nie. Zrobił to pion sportowy

Szymon Piórek

Autor:Szymon Piórek

08 kwietnia 2024, 16:57 • 10 min czytania 40 komentarzy

Legia Warszawa nie zdobędzie mistrzostwa Polski przez Qendrima Zybę? Tak w dużym uproszczeniu można byłoby zinterpretować pierwszą część wypowiedzi trenera Kosty Runjaicia przed kamerami Canal+. W końcu remis z Jagiellonią Białystok niemal pozbawia nadziei Wojskowych na zajęcie pierwszego miejsca. Prawdę o tym, dlaczego stołeczny klub nie wygra Ekstraklasy, szkoleniowiec przekazał jednak chwilę później. I trudno się z nią nie zgodzić.

Zyba pogrzebał szanse Legii na mistrzostwo? Nie. Zrobił to pion sportowy

A chodzi dokładnie o tę wypowiedź.

Nie mówmy tylko o jakości, Zyba ma potencjał, to młody zawodnik, potrzebuje czasu. Przyszedł w połowie sezonu ze słabszej ligi, zetknął się z innym sposobem grania, my też trochę się zmieniliśmy, nie graliśmy wszystkich meczów tak, jak chciałem, czyli z utrzymaniem przy piłce, atakiem pozycyjnym. Dziś straciliśmy gola nie przez Zybę, ale ze względu na proste błędy – stwierdził Kosta Runjaic przed kamerami Canal+, po czym dodał:

Jeśli tracisz reprezentanta kraju pokroju Bartosza Slisza, który z Walią rozegrał niesamowite spotkanie, nie da się zastąpić takiego piłkarza graczem, który przychodzi z takiego poziomu jak Zyba. To oczywiste. Wy to wiecie, on to wie, każdy to wie.

Nowy garnitur pełen dziur

Ale czy rzeczywiście każdy to wie? Bo ruchy pionu sportowego Legii zupełnie na to nie wskazują.

Reklama

Sprzedajemy za 3,5 mln euro jednego z najważniejszych zawodników, na kluczowej pozycji, reprezentanta Polski, z ogromnym doświadczeniem. Kogo bierzemy? 23-letniego reprezentanta Kosowa, który nigdy nie grał poza ojczyzną. Do tego na półroczne wypożyczenie z opcją wykupu.

Sprzedajemy za 10 mln euro jednego z najbardziej kreatywnych ofensywnych pomocników, umiejącego zrobić coś z niczego. Kogo bierzemy? Nikogo.

A to przecież mowa tylko o dwóch zimowych transferach. Legia sprzedała piłkarzy z wyjściowej jedenastki, licząc, że uda się ich zastąpić graczami, którzy znajdowali się dotychczas w składzie. Do tego należy również dorzucić Igora Strzałka, który obok Kacpra Tobiasza, był w największym stopniu odpowiedzialny za zbieranie minut młodzieżowców. A cofając się do letniego okna transferowego i doliczając rozstania z Maikiem Nawrockim oraz Filipem Mladenoviciem, w ekipie Wojskowych doszło do wymiany blisko połowy pierwszego garnituru. Problem w tym, że nowy frak jest pełen niedociągnięć i dziur.

Bilans zysków i strat

Bez względu na to, czy nazwiemy to rewolucją, czy naturalnym tokiem ewolucji zespołu, to kwiecień wydaje się już odpowiednim czasem, by podsumować wszystkie zmiany. A było ich co niemiara. Na razie wypiszemy zawodników, którzy odeszli i kto w teorii miał ich zastąpić.

Maik Nawrocki – Radovan Pankov

Filip Mladenovic – Patryk Kun

Reklama

Carlitos – Marc Gual

Joel Abu Hanna – Steve Kapuadi

Mattias Johansson – Gil Dias

Ernest Muci – Juergen Elitim

Bartosz Slisz – Qendrim Zyba

Lindsay Rose – Marco Burch

Makana Baku – Ryoya Morishita

Igor Charatin

Patryk Sokołowski

Igor Strzałek

Gabriel Kobylak

Cezary Miszta

Część z zestawień nie jest symetryczna, tzn. jeden zawodnik przyszedł wcześniej, niż drugi odszedł. Mowa tu choćby o Juergenie Elitimie, który w naszym zestawieniu zastępuje Ernesta Muciego, ale w praktyce Kolumbijczyk wypełnia lukę po Igorze Charatinie i Patryku Sokołowskim, którzy zostali zesłani do rezerw. Celowo jednak połączyliśmy Muciego i Elitima, czy daliśmy Zybę do Slisza, by zachować odpowiednią proporcję jakości i wpływu na zespół, a także żeby nie pokazywać, że realnie nikt za Slisza i Muciego nie przyszedł. To też mały plus dla pionu sportowego, że udało się oczyścić – trochę późno, ale jednak – skład ze zbędnych piłkarzy.

Samozaprzeczenie

Drugi pozytyw dla Legii to bilans transferowy. Tylko w tym sezonie zarobiła na transakcjach kupna-sprzedaży blisko 17 mln euro. W dziale finansów na pewno się cieszą, bo kolejne tysiące euro przyoszczędzono w związku z rozstaniem się z Charatinem. Trzeba jakoś wypełniać dziurę w budżecie, która na czerwiec zeszłego roku wynosiła przeszło 200 mln zł, zgodnie z raportem finansowym opublikowanym w styczniu. W tymże dokumencie pojawił się również komentarz zarządu dot. sytuacji finansowych, który stoi w sprzeczności z obecną sytuacją klubu.

Jeżeli cele budżetowe postawione na obecny sezon zostaną zrealizowane, to klub osiągnie drugie rekordowe przychody z historii, znacznie przebijając wynik sprzed dwóch lat. Z drugiej strony Legia niezmiennie inwestuje największą część swojego budżetu kosztowego w utrzymanie i podnoszenie jakości pierwszej drużyny, mierzy się również cały czas w wielu obszarach ze wzrostami wynikającymi z sytuacji makroekonomicznej i pośrednio geopolitycznej – wzrostem stóp procentowych, inflacji, kosztów mediów, utrzymania obiektów czy kosztów pracy. Spółka podejmuje jednocześnie wiele inicjatyw mających na celu ograniczenie kosztów, koncentrując się przede wszystkim na obszarach pozasportowych – napisano.

Szczególnie po oczach bije treść o utrzymywaniu i podnoszeniu jakości pierwszej drużyny. Przeczy temu model biznesowy zastosowany przez Legię, czyli reinwestycja zarobionych pieniędzy w zespół. Tylko 7% zysków zostało przeznaczonych na transfery do klubu. Przykłady z Zachodu nie są miarodajne dla polskiego rynku, ale Dinama Zagrzeb, który pozycjonuje się jako klub promujący piłkarzy, już tak. W ostatnich sześciu latach Chorwaci puścili w obieg średnio 21% przychodów (przed nawias wyciągnęliśmy jeden sezon, gdy niemal 100% przychodów rozeszło się na rynku transferowym), czyli trzy razy więcej niż Legia.

Oświadczeniu o utrzymaniu i podnoszeniu jakości pierwszej drużyny przeczą również słowa Runjaicia. Przeczy też temu gra nowych zawodników.

Chimeryczni stoperzy

Pankov to tykająca bomba. Nigdy nie wiesz, kiedy wybuchnie. Z jednej strony potrafi zagrać perfekcyjne zawody w defensywie, ogrywać rywali, wygrywać pojedynki szybkościowe i świetne wprowadzać piłkę do gry, ale jednym, nieodpowiedzialnym zagraniem umie w mgnieniu oka zburzyć cały swój pomnik. I widać to po jego notach: 6, 3, 6, 6, 4, 6, 3, 2, 2, 7, 6, 5, 6, 5, 3, 5, 4. Wszystko układa się sinusoidę występów bardzo dobrych i fatalnych, ale średnia pozostaje o pół oceny niższa niż Nawrockiego.

Tę samą zależność możemy odnieść do Burcha. Szwajcar nie dość, że jest chimeryczny – tydzień po tygodniu potrafi zagrać mecz na 6/7, by później otrzymać od nas 1 – to jeszcze dość często łapie kontuzje. Teraz właśnie leczy się po urazie mięśnia dwugłowego uda, a nabawił się go w spotkaniu Pucharu Polski ekipy rezerw. Nawet jeśli w teorii jest lepszy od Rose’a, to w praktyce tego nie pokazuje.

Kapuadi to piłkarz zdecydowanie lepszy niż Abu Hanna, z tym się nie będziemy kłócić, ale czy to zawodnik lepszy niż był w Wiśle Płock, jakby nie było spadkowiczu Ekstraklasy? Można mieć wątpliwości. Francuz dopasował się do towarzystwa w obronie i potrafi zawalić mecz. Zaliczył już trzy występy z oceną 2 lub niższą. W całym poprzednim sezonie zanotował dwa takie spotkania, a sama średnia spadła z 4,58 na 4,00. A grał w trzeciej najgorszej defensywie ligi, a nie o mistrzostwo Polski.

Wahadła co najwyżej solidne

Pozostając dalej w defensywie, na lewym wahadle wiele mówiło się o zastąpieniu Mladenovicia Kunem. Transfer zapowiadał się obiecująco, szczególnie że osłabiał rywala w walce o tytuł, ale summa summarum większym osłabieniem było odejście Mladenovicia z Legii niż Kuna z Rakowa. Serb odchodził w kontrowersyjnych okolicznościach, ale na boisku dawał mnóstwo jakości, zarówno w ofensywie, jak i defensywie. 28-latek to natomiast solidność i nic więcej. Potwierdziło się zatem to, o czym wieszczono przed sezonem, czyli na ligę wystarczy, na Europę będzie to za mało i z wyjątkiem września, kiedy to Kun prezentował się rewelacyjnie, się to sprawdza.

Jakość w pojedynczych meczach i dużo większy wachlarz możliwości w ofensywie, a także na obu wahadłach miał zagwarantować Gil Dias. Jednak Portugalczyk dużo lepiej niż na boisku, czuje się w szatni obok Josue, żartując z nim i Yurim Ribeiro, a także przy ladzie warszawskich pubów, wychylając kolejne drinki. Pod względem sportowym Dias do stołecznego zespołu nie wniósł niemal nic. W 21 rozegranych meczach spędził na murawie łącznie 786 minut, notując asystę. Zupełnie odstawiony od składu wiosną zeszłego roku Johansson, mógł pochwalić się podobnymi statystykami: jeden gol w trakcie 776 minut w Ekstraklasie, a mowa przecież o nominalnym prawym obrońcy, a nie wahadłowym. Na tej pozycji Szwed zupełnie sobie nie radził, czego efektem było rozstanie z nim.

Dias nie rozwiązał problemu deficytu zawodników na wahadłach, co również można odnieść do Baku. Niemiec otrzymał jesienią kolejną i ostatnią szansę odbudowy. I choć początek wyglądał dość obiecująco asysta drugiego stopnia z Ordabasami Szymkent, asysta z Austrią Wiedeń, gol z Koroną Kielce, to z biegiem czasu grał coraz mniej, w wyniku czego wypożyczono go do OFI Kreta. Baku przede wszystkim nie był wahadłowym i nie potrafił się dopasować do tego stylu gry. Z tym w teorii problemów nie powinien mieć Morishita. Z przyjściem Japończyka wiązano duże nadzieje, ale również oczekiwania. Rozegrał już nawet o 19 minut więcej niż Baku, ale po stronie bramek i asyst wciąż widnieje u niego zero. 26-latek sprawia wizualnie bardzo dobre wrażenie, jest dynamiczny, potrafi napędzić akcje Legii, ale nie daje żadnych konkretów.

Na plus Elitim i Gual

Przypadek Zyby omówił już Runjaic, dlatego przejdźmy do dwóch ostatnich wzmocnień, które obecnie jawią się jako jedyne trafione. I w tym też spora zasługa niemieckiego trenera. Mowa bowiem o Elitimie i Gualu.

Kolumbijczyka nie będziemy porównywać do Muciego, bo to inny typ zawodnika. Niemniej jednak środkowy pomocnik wniósł wiele dobrego do zespołu. Jest przebojowy, dynamiczny, ma wizję i nawiązał wspólny język z Josue. Problem w tym, że odstawał fizycznie, co widać było szczególnie w drugiej części rundy jesiennej. Pod koniec roku Elitim zupełnie zgasł. Runjaic przeprowadził jednak odpowiednio okres przygotowawczy z Kolumbijczykiem i wiosną 23-latek znowu wyrasta na jednego z kozaków.

Rękę Runjaicia widać również po Gualu. Od połowy września do końca roku Hiszpan zupełnie zaciął się w lidze. Mimo to Niemiec dalej na niego stawiał i nawet jeśli szybko ściągał, mimo protestów zawodnika, to później bronił go w mediach. Napastnik i szkoleniowiec dotarli się w przerwie zimowej. Wciąż aktualny król strzelców Ekstraklasy przepracował odpowiednio okres przygotowawczy i teraz oglądamy tego efekty. Pięć goli i dwie asysty w ośmiu tegorocznych meczach to wynik bardzo dobry.

Muci i Slisz jak Kimmich i Musiala

Jeśli Runjaic miał na coś wpływ, zwykle to robił. Kacper Tobiasz zawodził? Wstawił Dominika Hładuna, który pokazał m.in. w meczu z Górnikiem Zabrze, że potrafi bronić na wysokim poziomie. Rafał Augustyniak rozczarowywał jako defensywny pomocnik? Cofnął go do obrony, gdzie znowu wygląda solidnie, a do drugiej linii odkurzył Juergena Celhakę. Strzałek został oddany Stali Mielec? Minuty do klasyfikacji młodzieżowców łapie, choć równie rzadko, co Strzałek, Filip Rejczyk.

Nie na wszystko Runjaic ma jednak wpływ, a to że nie dostał nawet w połowie tak jakościowych piłkarzy jak Muci i Slisz, jest tylko tego najdobitniejszym przykładem. Co mu pozostało? Albo się z tym pogodzić i pracować dalej z wiadomymi z góry rezultatami, albo zacząć głośniej domagać się swoich racji, bo każdemu może się znudzić kręcenie bata z gówna, a to dało się wyczuć w wypowiedziach po meczu z Jagiellonią Białystok.

Brak Ernesta Muciego oraz Bartosza Slisza to jak wyjęcie Joshui Kimmicha i Jamala Musiali z Bayernu Monachium? Wydaje mi się, że nie chodzi tylko o wspomniany zespół, spoglądając na topowe drużyny. Jeżeli one tracą czołowych piłkarzy w trakcie rozgrywek, to z drugiej strony też jest to część biznesu. Znam opinie ludzi i moją, wiem, jakie są cele klubu. Oczywiście, że brakuje nam tych zawodników, potrzebujemy czasu, by się dostosować. Pozostali gracze się rozwijają.

Auf wiedersehen czy Do widzenia?

Z Mucim i Sliszem mielibyśmy więcej punktów? Myślę, że nie powinniśmy wchodzić teraz w głębokie analizy. Każdy zdaje sobie sprawę, że straciliśmy kluczowych piłkarzy – to nie jest tylko moja opinia, nie trzeba być ekspertem, by tak stwierdzić. To jedna kwestia. Możemy także wejść głębiej – mogliśmy też awansować w dwumeczu LKE z Molde. To moja praca, by mierzyć się z takimi sytuacjami, dostosowywać się, utrzymywać zespół na odpowiednim poziomie, lecz łatwo nie było. Drużyna również nie lubi się osłabiać.

Szkoleniowiec nie mówi o problemach wprost, ale wiele da się wyczytać między wierszami, dlatego pytanie, czy transparent kibiców nie powinien przypadkiem zmienić treści z „Auf Wiedersehen” na „Do widzenia” skierowany w pion sportowy, który nie dźwignął zbudowania drużyny, będącej w stanie rywalizować o mistrzostwo Polski. No chyba że był w stanie, ale klub nie dźwignąłby tego finansowo, ale to już opowieść na kolejny artykuł, bo jak widać po ligowej tabeli kolejny rok z rzędu, jechanie na milionowych minusach idących w setki, w związku z posiadaniem 100% akcji klubu jednemu człowiekowi, nie wychodzi na dobre.

WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:

Fot. FotoPyk

Urodzony z piłką, a przynajmniej tak mówią wszyscy w rodzinie. Wspomnienia pierwszej koszulki są dość mgliste, ale raz po raz powtarzano, że był to trykot Micheala Owena z Liverpoolu przywieziony z saksów przez stryjka. Wychowany na opowieściach taty o Leszku Piszu i drużynie Legii Warszawa z lat 80. i 90. Były trzecioligowy zawodnik Startu Działdowo, który na rzecz dziennikarstwa zrezygnował z kopania się po czole. Od 19. roku życia związany z pisaniem. Najpierw w "Przeglądzie Sportowym", a teraz w"Weszło". Fan polskiej kopanej na różnych poziomach od Ekstraklasy do B-klasy, niemieckiego futbolu, piłkarskich opowieści historycznych i ciekawostek różnej maści.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

40 komentarzy

Loading...