Reklama

Prezent od miliardera. Dlaczego Molde jest nielubiane w Norwegii? [REPORTAŻ]

Dominik Piechota

Autor:Dominik Piechota

15 lutego 2024, 14:20 • 10 min czytania 6 komentarzy

Molde i Legia mają przynajmniej jedną cechę wspólną: krzywo patrzą na nich w całym kraju. To mieszanka zazdrości i nienawiści, która sprawia, że rywale specjalnie nastawiają się na rywalizację z nimi. Położony tuż nad wodami Romsdalsfjordu Aker Stadion z pewnością widzieliście już w zestawieniach obiektów o najbardziej malowniczym otoczeniu. I to właśnie hojny prezent od Kjella Inge Røkke, norweskiego lidera przemysłu morskiego. Molde trochę takich upominków dostało, a zaangażowanie lokalnych biznesmenów sprawia, że innym skacze gul. Witajcie w krainie fiordów i bogatych wujków.

Prezent od miliardera. Dlaczego Molde jest nielubiane w Norwegii? [REPORTAŻ]

Korespondencja z Portugalii

Możecie się dziwić na starcie: jaka Portugalia? Tak jak ekstraklasa rusza jak jeden mąż w zorganizowaną wycieczkę do Belek, tak Skandynawia przygotowuje się do trudów sezonu w Hiszpanii i Portugalii. W jednym miejscu znajdziemy Kopenhagę, Brøndby, Klaksvik, Silkeborg, Midtjylland, Göteborg i wielu innych. I przede wszystkim Molde, które próbuje tam naprawiać błędy przeszłości.

LOKALNY PROJEKT, MIĘDZYNARODOWE AMBICJE

– Przyjechali szpiedzy – śmiał się na powitanie Erling Moe w portugalskim Albufeira.

Reklama

Nie ma człowieka, który o Molde mógłby powiedzieć nam więcej i który zarazem byłby ważniejszy dla tej drużyny. 53-latek jest trenerem Norwegów od pięciu lat, lecz w rzeczywistości jest w strukturach klubu od 2002 roku. 22 lata! – Niektórzy liczą mi mniej, bo pracowałem na mniej eksponowanych stanowiskach, ale ja zawsze przypominam, że to już ponad dwadzieścia lat – dodaje.

– Jest ktoś, kto zna klub lepiej od pana? – pytamy.

– Mój asystent. Trond Strande. On tu jest od założenia klubu. No dobra, przynajmniej odkąd pamiętam, ale na pewno całe swoje życie – tłumaczy Moe.

Molde to bardzo lokalny projekt, ale trudno o inne nastawienie, skoro miasto ma 25-30 tysięcy mieszkańców. Na tym tle średnia frekwencja 7 tysięcy widzów wygląda imponująco, bo pokazuje, jakby 1/4 miasta przychodziła na Aker Stadion. Nie chodzi o to, że trudno tam o inne rozrywki, po prostu zbudowała się mocna więź w miasteczku z półwyspu Romsdalshalvøya. Nie byłoby tego fenomenu, gdyby nie zaangażowanie lokalnej społeczności, a także miejscowych biznesmenów.

– Jesteśmy swojscy, ale znamy swoje wady, zalety i limity. Tworzymy lokalny projekt o międzynarodowych ambicjach, chociaż akurat sztab szkoleniowy mamy bardzo tutejszy. Poznaliśmy klub od każdej strony – wyjaśnia szkoleniowiec Erling Moe.

Reklama

Trond Strande urodził się w Molde. Grał w juniorach Molde. Całą seniorską karierę spędził w Molde – od 1991 do 2008 roku. Strzelacie, co dalej? Tak, dołączył do sztabu szkoleniowego i od lat pełni funkcję asystenta. Oddał życie niebiesko-białym, ale dzisiaj nie ma mieszkańca miasta interesującego się futbolem, który nie kłaniałby się 53-latkowi.

Jego rówieśnik Erling Moe poszedł w te same ślady. Był asystentem czterech różnych szkoleniowców, uczył się fachu przy Ole Gunnarze Solskjaerze, przejmował drużynę w awaryjnych sytuacjach, aż sam został szkoleniowcem, gdy Manchester United zadzwonił po legendę klubu. Gdy maszeruje po klubie, kucharki zapraszają go do siebie: – Erling, pomożesz nam, to chyba jedyna funkcja, jakiej tu nie pełniłeś.

Przychodząc na świat w Molde, chcesz zagrać w lokalnej drużynie, jednym z dwóch gigantów Norwegii obok Bodo/Glimt. Chociaż najlepszy czas przeżywają dopiero w ostatnich kilkunastu latach, to ten lokalny pierwiastek zdecydowanie ich wyróżnia. Jakby wszyscy czuli, że mają coś do oddania temu klubowi i powinni zaprowadzić go wysoko.

– W piłce brakuje cierpliwości, więc ta stabilizacja zdecydowanie nam służy. Mamy ambitne cele, ale też możemy pracować względnie spokojnie w naszych warunkach. Nawet jak na Norwegię jesteśmy małym miastem, ale myślę, że pracujemy na europejskim poziomie. Ja sam dużo nauczyłem się przy Solskjaerze, bo miał doświadczenie z elitarnego futbolu. Pokazał mi, jak ważne jest zaufanie i siła spokoju. Gdy Haaland zdobył u nas historyczne cztery bramki w jednym meczu, w treningu w poprzednich dniach wyglądał źle. Ale kto lepiej czuje napastnika niż inny napastnik, który budował go cierpliwością w trudnych momentach i mówił: spokojnie, strzelisz – wspomina Erling Moe.

BOGACI WUJKOWIE I ICH KIESZONKOWE

I chociaż drużyna z miasta róż (jest tak nazywane przez dość łagodny klimat jak na tamte rejony i rosnące kwiaty w mieście) ma bardzo lokalną tożsamość, przez wielu w Norwegii i tak jest uznawana jako przeciwieństwo romantyzmu. Jak wspominaliśmy: zarówno Molde, jak i Bodo/Glimt odjeżdżają reszcie stawki pod względem możliwości. Gdy rzucamy trenerowi hasło rike onkler, czyli bogaci wujkowie, Moe nie może opanować śmiechu. – Nawet do was to dotarło? Niemożliwe! – śmiał się.

– Słuchajcie, mamy bardzo dobrego właściciela, jak i grupę ludzi z Molde oraz okolic, którym zależy na naszym rozwoju. Dorobili się w różnych dziedzinach i chcą wesprzeć drużynę, jak tylko mogą, aby wieść o Molde mogła się rozwijać. To nie jest powód, aby narzekać, tylko wręcz przeciwnie: cieszyć się, że są ludzie, którzy chcą inwestować w piłkę – tłumaczy.

Zdarzały się opinie w Norwegii, że Molde jedzie na konkretnym „dopingu ekonomicznym”, jakby co najmniej chodziło o petrodolary czy kluby-państwo. Pojawiały się już banery na krajowych stadionach: „Obóz w kraju niewolnictwa, bogaci wujkowie i przemocowiec. Molde jest wstydem norweskiej piłki”. Były też głośne lamenty, że robią zakupy na „skalę Chińczyków”. W oczach wielu stali się zespołem jadącym dla dopingu i będącym absolutnym przeciwieństwem romantycznej wizji piłki.

Nie ukrywajmy, że gdyby nie Kjell Inge Røkke nie byłoby silnego Molde. W ciągu 30 lat wpakował w drużynę 800 milionów koron norweskich, czyli mocno ponad 70 mln euro. Niektórzy uważają, że nawet więcej. To największy darczyńca na rzecz lokalnej piłki, który chciałby swoimi inwestycjami popchnąć do przodu cały region. On sam po odebraniu szwajcarskiego obywatelstwa musi ograniczyć pobyt w Norwegii, stąd już nie tak często odwiedza rodzinę w Asker czy zafundowany przez siebie Aker Stadion.

Obiekt Molde pewnie jest jednym z najbardziej malowniczo położonych na świecie, a jego nazwa pochodzi od Aker ASA, czyli potężnej firmy magnata Røkke. Rynek ropy, gazu, energii odnawialnej, ryb czy owoców morza, biotechnologii morskiej – to chleb powszedni Kjella Inge. Nic dziwnego, że chciał wstrzyknąć trochę dopingu finansowego lokalnemu Molde.

 – On nie wpływa na decyzje sportowe ani nie chce być na pierwszym planie. Chodziło mu też o większą ideę, czyli zjednoczenie wszystkich ludzi w regionie wokół czegoś większego. A jak można jednoczyć lokalną społeczność, jak nie poprzez sport? Chodzi o to, aby wszyscy czuli przynależność i poczucie misji – tłumaczy nam Erling Moe.

Røkke założył specjalną fundację, której celem było wyłączenie finansowanie Molde. 1/4 środków zainwestowanych w klub to właśnie pieniądze na budowę i urządzenie Aker Stadion. Chce też, aby konkretne środki trafiały na piłkę kobiecą oraz amatorskie drużyny w regionie, więc Molde ma napędzać cały eko-system i funkcjonować „samemu”. Oczywiście regularnie dostaje kieszonkowe w postaci choćby opłaty za korzystanie z nazwy stadionu. Røkke dogląda klubu z daleka, lecz chciałby, aby z czasem on zasłynął z akademii, skautingu i promowania młodych graczy.

Erlingowi Haalandowi otworzyli drzwi do wielkiego świata, chociaż Erling Moe śmieje się, że trudno było zepsuć taki talent. I gdy pytamy go, czy widzi kolejnego Haalanda w swojej ekipie, najpierw mocno przewraca oczami, a później szuka poprawnej odpowiedzi w głowie:

– Czemu nie? Skoro jemu się udało, dlaczego mamy nie wypuścić kolejnych graczy do Premier League? Oni marzą o jego karierze, a mamy masę zdolnych nastolatków – odbija piłeczkę trener.

Dla przeciwników Molde i tak pozostanie jednak klubem bogatych wujków. Takich jak norwescy miliarderzy jak Kjell Inge Røkke czy Bjørn Rune Gjelsten. Dla jednych darczyńcy, dla innych dopingowicze finansowi.

ZA DUŻO HAALANDÓW, ZA MAŁO STOPERÓW

Co by nie mówić, jest to imponujące, że z gminy Møre og Romsdal w świat wypłynęło dwóch tak wybitnych snajperów jak Ole Gunnar Solskjaer oraz Erling Haaland. Ten pierwszy przynosił pierwsze większe sukcesy Molde już jako trener, a także trenował i rozwijał bestię z Bryne (koniecznie przeczytajcie reportaż Szymona Janczyka z tego miejsca!).

– Coś dobrego dodają do naszej wody, jest wyjątkowo bogata w minerały, nie mam na to innego wyjaśnienia – żartował w swoim stylu Erling Moe.

Jest to środowisko sprzyjające napastnikom i przede wszystkim pod baczną obserwacją Premier League, bo stąd Chelsea wypatrzyła Davida Datro Fofanę, a lata temu Manchester United dostrzegł coś w Mame Dioufie.

– Nie sądzę, że będzie trzeba czekać kolejne 25 lat na wielkie talenty, bo pracujemy coraz sensowniej z młodzieżą i generalny poziom naszej piłki zaczyna się podnosić. Poprzeczka idzie w górę. Jeśli mówimy o całej Norwegii, to kiedyś wchodziliśmy do Europy i graliśmy na przetrwanie. Defensywa, szukanie swojej szansy, niskie ustawienie, wybijanie. Dzisiaj staramy się grać we własnym stylu, mieć tożsamość i dyktować warunki. Nie mówię, że grać superofensywnie, ale po swojemu. Ćwiczymy własny styl, a nie dostosowujemy się wiecznie do innych – wyjaśnia szkoleniowiec Molde.

Z Erlingiem Moe przerobiliśmy mnóstwo tematów:

– Wspomnienia z Legii? Najlepsi kibice. „Do dzisiaj bolą mnie uszy. Żałuję, że ich nie będzie”.

– Jak gra Legia? Nieistotne. Oni chcą grać po swojemu, rozgrywając od tyłu, a nie poświęcać aż tyle uwagi rywalowi.

– Najlepszy w Legii? Josue. Perełka. Mają na niego sztuczki, ale nie ma też co przesadzać w przyklejaniu plastrów, bo to zaburza drużynę.

– Ich priorytet? Grać o mistrzostwo Norwegii. Europa jest przyjemnym dodatkiem.

– Polski rynek? Śledzą regularnie, bo stąd można wyciągnąć graczy do oszlifowania i promocji.

W ostatnich 7-8 latach Norwegowie poczuli, że ich przemiany przynoszą efekty. Posłali w świat Haalanda czy Martina Odegaarda i chociaż drużyna narodowa jeszcze na tym nie korzysta, krajowa piłka jak najbardziej, bo boom na Premier League jest potężny.

Powiem ci, że widzę jeden defekt, nad którym osobiście bym pracował… poszliśmy tak mocno do przodu, że chcemy wychowywać samych Haalandów. Każdy bierze piłkę i chce być Maradoną. To na swój sposób dobre i rozwijające, ale sprawia, że nie produkujemy konkretnych defensorów. Wszyscy chcą atakować, nikt nie chce bronić. Nie mamy takich stoperów z prawdziwego zdarzenia – opowiada Moe.

– Ale to normalne… każde dziecko chce być Haalandem, a nie Østigårdem – przerywam mu.

– Jako trener cofnąłbym się krok wstecz, żeby ruszyć znowu do przodu. Bo brakuje w tym balansu, ale to też pozwoliło nam się rozwinąć – uważa.

NORWEGIA BEZ RYTMU

Bardzo zdziwilibyśmy się, gdyby Legia albo Molde dość szybko rozstrzygnęły tę rywalizację, bo to powinna być wyrównana walka do samego końca. Ale tak po prawdzie… Legia w formie byłaby faworytem, Legia osłabiona już niekoniecznie.

W przypadku Molde wiele zależy od tego, jaka forma im się „wylosuje”. Cały czas są bardzo chwiejną drużyną. A za sobą mają najgorszy sezon od dawna, gdy skończyli na 5. miejscu. Kibice Molde powtarzają, że nie potrafią wytłumaczyć tego rezultatu.

– Jestem trenerem, więc muszę spróbować… straciliśmy wiele pewności siebie po gorszych rezultatach na początku i to rozbiło drużynę. Później kontuzje mocno nas destabilizowały. Ale za mojej pięcioletniej kadencji nigdy nie skończyliśmy gorzej niż jako wicemistrz, więc to tłumaczy skalę rozczarowania. Spokojnie, wrócimy, mamy wielką chęć rewanżu i w tym roku gramy o tytuł – deklarował Erling Moe.

Na naszym podwórku latem lubimy rozmawiać o braku rytmu meczowego. Norwegowie robią to w lutym, jeśli ich drużyny awansują do fazy pucharowej. Im łatwiej kwalifikować się do Europy, bo w trakcie eliminacji są w środku rozgrywek. Gorzej kiedy przychodzi 1/16 finału albo 1/8 finału, bo wtedy są w środku okresu przygotowawczego. I znów pojawia się słynny problem: na kiedy przygotować szczyt formy?

Kiedy trzy lata temu Molde wyeliminowało Hoffenheim, Erling Moe i tak był wściekły, jak wyglądali jego zawodnicy. – Popełniliśmy mnóstwo błędów. Za mało obciążeń, za mało grania, tylko jeden sparing w tamtym czasie przygotował nas nieodpowiednio – tłumaczył. I na własnych błędach wie, jak zrobić, aby drużyna również „latała” w lutym. Chociaż dopiero 1 kwietnia startują rozgrywki ligowe, Molde ma za sobą już dwa obozy – jeden w Hiszpanii, drugi w Portugalii, gdzie się spotkaliśmy.

System wiosna-jesień zdecydowanie im nie pomaga. Ale Legii nie pomoże sztuczna nawierzchnia na Aker Stadion, bo to też aspekt, który może wpływać nie tylko na kolana Bartka Kapustki. Rywalizacja z ekipą Kosty Runjaicia dla Molde jest pierwszym meczem sezonu. Niewiadomą. Sparingi pokazały, że są zdecydowanie gorsi od Kopenhagi, ale wyglądali lepiej niż chociażby Midtjylland.

Na pewno Molde liczy na wypracowanie zaliczki u siebie na Aker Stadion, czyli obiekcie ufundowanym przez bogatych wujków. Tutaj mogą wypracować przewagę liczbową, ale też mentalną. Przy Łazienkowskiej zdecydowanie wzrastają szanse Wojskowych.

– Widzisz, wy narzekacie latem, my zimą, ale trochę się śmieję, bo nie zamierzamy narzekać. Mamy tyle doświadczenia i tak bogatą historię, że będziemy gotowi już na Legię, a nie na kwiecień. Spokojnie. Uczyliśmy się od lat, każdy ma swoją specyfikę pracy i wiem, jak sprawić, by moja drużyna mogła być groźna na tym etapie rozgrywek. Dla nas sezon zaczyna się nie w kwietniu, a podczas przyjazdu Legii – zapowiadał Erling Moe.

Potencjał obu drużyn jest podobny, ale historię sukcesu pisze się głównie w Europie. Zobaczymy, czy Molde będzie równie gościnne, jak trener Moe w Portugalii.

Freebet 300 zł za gola Legii przeciwko Molde!

DOMINIK PIECHOTA

Czytaj więcej o Norwegii:

Fot. 400mm.pl

Kiedy tylko może, ucieka do Ameryki Południowej, żeby złapać trochę fantazji i przypomnieć sobie, w jak cywilizowanym, ułożonym świecie żyjemy. Zaczarowany futbolem z krajów Messiego i Neymara, ale ciągnie go wszędzie, gdzie mówią po hiszpańsku albo portugalsku. Mimo że w każdym tygodniu wysłuchuje na przemian o faworyzowaniu Barcelony albo Realu, od dziecka i niezmiennie jest sympatykiem wielkiej Valencii. Wierzy, że piłka to jedynie pretekst, aby porozmawiać o ważniejszych sprawach dla świata, wsiąknąć w nową kulturę i po prostu ruszyć na miejsce, aby namacalnie dotknąć tego klimatu. Przed ołtarzem liga hiszpańska, hobbystycznie romansuje z polskim futbolem.

Rozwiń

Najnowsze

Inne ligi zagraniczne

Komentarze

6 komentarzy

Loading...