Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Człowiek z bananem. Tajemnica śmierci młodego piłkarza GKS-u Katowice

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

08 grudnia 2023, 15:15 • 16 min czytania 34 komentarzy

Październik 2017, miasteczko Perafort w Katalonii. Dariusz N. układa sześćdziesiąt trzy puszki z pomidorami na dwóch paletach w przyczepie ciężarowej. Na miejscu pojawia się hiszpańska policja. Przerywa załadunek. Otwiera puszki. W pomidorowym sosie umoczone są foliowe worki z marihuaną. Dwadzieścia kilogramów trawy o rynkowej wartości stu czterdziestu tysięcy euro. Śledczy dostrzegają tatuaż na ramieniu zatrzymanego. Symbole i nazwa GKS-u Katowice. To musi być morderca Dominika Koszowskiego. 

Człowiek z bananem. Tajemnica śmierci młodego piłkarza GKS-u Katowice

Grudzień 2023 roku, Katowice. Dariusz N. opuszcza salę sądową. Przedwcześnie. Policjanci go nie zatrzymują. Nadgarstków nie pętają kajdanki. Odpowiada z wolnej stopy. Nie musi nawet uczestniczyć w kolejnych rozprawach. Przed wyjściem rzuca jeszcze, że choć w niedalekiej przyszłości będzie słuchał zeznań świadków, to „nie usiedzi przy tych, od których odszedł”, w domyśle – środowiska kiboli GKS-u Katowice. To wcale nie musi być morderca Dominika Koszowskiego.

Prawdy nikt nie zna.

Nikt.

Człowiek z bananem

Dariusz N. był kiedyś jednym z liderów pseudokibicowskiej bojówki GKS-u Katowice. Nosił pseudonim „Ostry”. Pewien emerytowany policjant, który przez dekadę zajmował się rozpracowywaniem tego środowiska, wymieniał jego ksywkę na równi z innymi lokalnymi sławami – „Romkiem”, „Bzykiem” i „Szwagrem”. „Ostry” miał na koncie wyroki za bijatykę, zniszczenie mienia, wyłudzanie kredytu i innego rodzaju oszustwa.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Prowadził przy tym sklepik GKS-u Katowice na ul. Słowackiego. Od stycznia 2015 roku był współwłaścicielem spółki „Gieksiarz”, która zajmowała się działalnością reklamową i sprzedażą odzieży. „Gazeta Wyborcza” informowała, że “centrala spółki mieści się przy ul. Bukowej 1, lokal 145”, a to „pokój w głównej siedzibie klubu”. Po nocy z soboty na niedzielę w sierpniu 2016 roku stało się to dla GKS-u Katowice cholernie wręcz niewygodne.

Piąta rano, centrum stolicy województwa śląskiego, ul. 3 Maja, obok klub Salome, Galeria Katowicka i dworzec PKP. Dominik Koszowski świętuje dziewiętnaste urodziny. Towarzyszą mu znajomi i ojciec. Wszyscy pili dużo. Podobno bardzo dużo. Napotykają się na grupę kiboli Gieksy, którzy wracają z dalekiego wyjazdu na mecz ligowy ze Stomilem Olsztyn.

Jakieś szturchnięcie.

Przypadkowe.

Wrzawa, krzyki, rejwach. Wyzwiska, kurwy, chuje. Pięści w ruch. I nóż. Cios za cios. I dźgnięcia. Młody Koszowski ma dziurę w koszulce, leje się z niej krew, pada na ziemię. W bijatykę zamieszane jest mniej niż dziesięć osób, ale wokół rannego krąży teraz kilkunastu czy kilkudziesięciu świadków. Pochylają się, wstają, biegają, znowu klęczą przy ziemi. „Pomocy”, wołają. Telefony na pogotowie i policję. Interweniują funkcjonariusze. Pojawia się karetka. Chłopak dostał w wątrobę i okolice serca. Krwotok. Umiera w szpitalu. – Zadzwonił mąż i powiedział, że zabili nam dziecko – zezna w sądzie jego matka.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Na komisariacie szybko zidentyfikują uczestników zdarzeń. Część na komendę zgłosi się sama, część trzeba będzie na komendą dowieźć, w międzyczasie policjanci przedstawią głównego podejrzanego o zabójstwo – to Dariusz N. miał dźgnąć nożem Dominika Koszowskiego. Na zapisie z monitoringu na głowie ma kapelusz, a w prawej ręce trzyma banana, co będzie istotne.

Rozpoznał go wspomniany emerytowany policjant, który przez dekadę zajmował się rozpracowywaniem środowiska kiboli GKS-u Katowice. W sądzie stwierdzi, że Dariusz N. szukał afer. Owiany był złą sławą. Gliniarze śmiali się ponoć, że nazwisko zobowiązuje. Pochodzi od określenia, które w słowniku języka polskiego znaleźć można pod definicją: „bandyta używający noża w bójkach i napadach”.

Serio.

– Przy analizie monitoringu spędziłem kilkanaście godzin. W najlepszej jakości zachowało się nagranie z przejścia podziemnego dworca kolejowego. Znałem to środowisko, więc bez żadnych wątpliwości mogłem wskazać tożsamość mężczyzn, którzy znaleźli się później na filmach z samego zdarzenia, trzon bojówki GKS-u Katowice – Marcin W., czyli „Szwagier”, Damian Ż., czyli „Bzyku”, Daniel D., czyli „Romek”, no i Dariusz N., który na głowie miał charakterystyczną czapkę. Sam powód bójki był banalny. Chyba Marcin W. zderzył się z Koszowskimi. Widać było, że doszło do jakiejś wymiany zdań i bójki. Na pewno ciosy zadawali Daniel D. i Damian Ż., natomiast Dariusz N. w początkowej fazie bójki był bierny. W pewnym momencie jednak w ręku N. pojawił się nóż, którym dźgnął młodego Koszowskiego – opowiadał policjant na sali rozpraw.

Zatrzymywał Wieteskę

Sierpień 2016. GKS Katowice wydaje oświadczenie: „Doszła do nas tragiczna informacja o przedwczesnej śmierci Dominika Koszowskiego, który przez wiele lat trenował w młodzieżowych drużynach naszego klubu. Niedawno świętował swoje dziewiętnaste urodziny”. Cytowane są słowa Marka Oględzińskiego, wiceprezesa Akademii Piłkarskiej „Młoda GieKSa”, o „uśmiechniętym, radosnym i pozytywnie nastawionym do życia” młodym piłkarzu, który na boisku wyróżniał się „odwagą, siłą i zdecydowaniem”. Dzwonimy po latach.

W oficjalnym poście GKS-u Katowice czytamy, że Dominik Koszowski trafił do klubu jako dziewięciolatek. Jak go pan zapamiętał – jako chłopca i młodego piłkarza?

Marek Oględziński:Podobnie jak większość chłopców, którzy rozpoczynają swoją przygodę z piłką, czyli wesołego, sprawnego dzieciaka ze sportowymi marzeniami.

Miał talent? Myśli pan, że mógł zrobić karierę?

Marek Oględziński:Tak, był uzdolniony. Przez kilka lat regularnie występował na pozycji środkowego obrońcy w drużynie, z którą zdobywaliśmy dwukrotnie mistrzostwo Śląska U-13 i U-14, a także wicemistrzostwo U-15. Musiał grać przeciwko Patrykowi Dziczkowi, Jakubowi Łabojko, Michałowi Trąbce czy Bartoszowi Pikulowi. Wyniki świadczą, że razem z kolegami z drużyny robili to skutecznie.

Kiedy prowadziłem ten zespół, który dominował na Śląsku, szukałem chłopakom wyzwań poza województwem. Tradycją był coroczny udział w wiosennym turnieju na pełnowymiarowych boiskach we Włocławku, gdzie rywalizowaliśmy z czołowymi zespołami z całego kraju. Tam Dominik powstrzymywał takich piłkarzy jak Michał Borecki, Artur Siemaszko czy Mateusz Wieteska, którego w tym turnieju trenerzy Legii często przesuwali do linii ataku. Czy mógł zrobić karierę? Trudno jednoznacznie określić, ponieważ wszyscy wiemy jak wiele czynników musi się na to złożyć.

Jaki to typ młodego adepta akademii – sprawiający problemy i niesforny czy grzeczny i ułożony?

Marek Oględziński:Żaden z powyższych, raczej klasyczny przykład chłopca, który bardzo lubi piłkę nożną i chce się jej uczyć. Śladem kolegów z osiedla przyszedł zapisać się na zajęcia. W kolejnych etapach szkolenia, kiedy było trzeba – zdyscyplinowany i skoncentrowany na zadaniach, a jak okoliczności pozwalały – bawiący się i żartujący z resztą drużyny.

Zrezygnował z gry w piłkę przez wzgląd na kontuzję – była aż tak poważna czy mówimy o jakichś regularnych problemach z urazami?

Marek Oględziński:Na etapie juniora starszego, kiedy już jako trener nie prowadziłem Dominika, zaczęły występować u niego powtarzające się dolegliwości bólowe pleców, które ograniczały możliwości odbywania systematycznego oraz pełnego treningu, a co za tym idzie gry w meczach. Diagnoza lekarska, biorąc pod uwagę dobro i zdrowie zawodnika, rekomendowała ograniczenie obciążeń, z jakimi wiąże się profesjonalna gra w piłkę. Wtedy zaś Dominik wraz z rodzicami i prowadzącymi go trenerami podjął decyzję o zakończeniu przygody z futbolem.

Jak przyjęliście w klubie informację o jego śmierci?

Marek Oględziński:Tak, jak się przyjmuje wiadomość o śmierci każdej młodej, bliskiej osoby, z wielkim żalem i niedowierzaniem. Każdy też zapewne w jakiś indywidualny sposób. W kolejnych latach wielu jego kolegów z drużyny rocznika 1997 uczestniczyło w mszach świętych w intencji zmarłego Dominika.

Śmieć

Katowice sterroryzowane są strachem. „Fakt” publikuje artykuł pod tytułem „Boimy się, że tu wrócą”. Właściciele i obsługa pubów z ul. Mariackiej wspominają rozróbę wywołaną w środku miasta przez kiboli Ruchu Chorzów w nocy z 14 na 15 sierpnia 2016 roku. Tydzień później zginie Dominik Koszowski.

Doświadczony lokalny dziennikarz śledczy Marcin Pietraszewski pisze w „Gazecie Wyborczej”, że Śląskowi grozi wojna pseudokibiców: „Ta śmierć wstrząsnęła aglomeracją. Oprócz fali współczucia dla rodziny w internecie pojawiły się jednak głosy nawołujące do zemsty. Jako winnych wskazano szalikowców Ruchu Chorzów. „Śmierć śmierdzielom”, „wytępić chorzowskie psy” czy „pomścimy krew Dominika” to tylko te wpisy, które można zacytować. Reszta ociekała wulgaryzmami. Była jednak powszechnie lajkowana, część internautów zapowiadała przyłączenie się do krwawej krucjaty”.

Na Facebooku pojawia się też profil „Dominik Koszowski. Dobrze, że zdechł”. Obrzydliwość mediów społecznościowych w pełnej krasie.

Sierpień 2017 roku. Prokurator Michał Binkiewicz odczytuje akt oskarżenia wobec sześciu mężczyzn – Daniela D., Rafała K., Aleksandra N., Macieja P., Marcina W. i Damiana Ż. – biorących udział w bójce na ul. 3 Maja, podczas której zginął Dominik Koszowski. W tej grupie nie ma Dariusza N., który poszukiwany jest listem gończym.

Wiadomo już, że w zdarzeniu udziału nie brali szalikowcy Ruchu Chorzów, a kibole GKS-u Katowice. W środowisku Gieksy wrze. Głównym wrogiem pseudokibiców zostaje wspomniany wyżej Rafał K., ojciec zamordowanego. W wirze naparzanki też dostał nożem. Z tyłu, z przodu. Nie poczuł. Nic mu się zresztą nie stało. Wcześniej zdążył założyć rękawiczki do walki wręcz. Uliczne klimaty nie były mu obce. – Biłem się. Czułem, że bronię siebie i syna – mówił w sądzie.

Ktoś „sztywny” i „kumaty” wrzucił do internetu fragmenty jego przesłuchań. Dostęp do akt mieli pokrzywdzeni, podejrzani i oskarżeni. „Fakt” podawał, że „prokurator prowadzący sprawę nie wyrażał nikomu zgody ani na upublicznianie danych zawartych w zeznaniach, ani nawet na ich kopiowanie”. Człowiek nazywający się „kibicem” GKS-u Katowice pisał na forum, że stary „Koszyk” to „bandyta”, „konfident”, „kapuś”, który „daje na psach” i „prosi o pomoc kibiców innych klubów”.

Rok później przeczytamy na portalu Katowice24.info w tekście „Kibole zamalowują ściany. Zniszczyli kilkanaście budynków”: „Jednej nocy wandale zniszczyli kilkanaście budynków w Koszutce i Wełnowcu. Kibolskie hasła dotyczą śmierci 19-letniego Dominika Koszowskiego. Policja apeluje do mieszkańców, żeby reagowali, gdy widzą wandali niszczących budynki. Obraźliwe hasła pod adresem „Koszyka” można zauważyć w różnych częściach na północy Katowic. Bogucice, Dąb, Wełnowiec, Józefowiec i Koszutka – to tam od kilku miesięcy pojawiają się napisy. Wszystko wskazuje na to, że jest grupa ludzi,  która jest w konflikcie z ojcem zamordowanego. Prawdopodobnie dlatego, że o zabicie 19-latka podejrzany jest Dariusz N. do niedawna przywódca bojówki GKS-u Katowice”.

W międzyczasie Katarzyna Zduniak płakała na konferencji prasowej. Obok niej siedział detektyw Krzysztof Rutkowski. Niebieska marynarka, koszula w kratę, charakterystyczny fryz, brak ciemnych okularów, wzrok skupiony na kamerach. – To życie nigdy nie będzie normalne, nigdy. To był młody wspaniały człowiek, który miał przed sobą całe życie, plany, marzenia. On mu to zabrał. Myślę, że to nie jest człowiek. To jest śmieć – grzmiała zrozpaczona matka zamordowanego. „Śmieć” to oczywiście poszukiwany Dariusz N., któremu Rutkowski sugerował „dobrowolne zgłoszenie się na policję” i „poddanie się walkowerem”.

Uciekinier

Dwoje małych dzieci. Nieformalny związek z kobietą. Praca w dwóch firmach. Własna działalność gospodarcza. Dariusz N. zobaczył się w telewizji. I się przestraszył. – Wiem, jak odbywa się praca policji, kiedy kogoś złapią i ile są warte wyjaśnienia w zestawieniu z zeznaniami policjantów. Byłem bezsilny, nie mogłem przyjść i powiedzieć, że to nie ja, że jestem niewinny, bo automatycznie trafiłbym do aresztu – powie później.

Ponoć nagonka po śmierci Dominika Koszowskiego go zdruzgotała. Wpadł w tak „zły stan psychiczny, że nie był w stanie samodzielnie podejmować decyzji”. Ktoś wywiózł go z Katowic, odmówił hospitalizacji u lekarza psychiatry w Legnicy, wyjechał z Polski.

Detektyw Rutkowski zdradzi, że w pewnym momencie N. pracował w warsztacie samochodowym między Venlo a Osnabrückiem. I doda, że „poszukiwany jest bardzo ostrożny”. Przez rok będzie przemieszczał się po Europie – Niemczech, Holandii, Czechach, Irlandii, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii.

Policja zatrzyma go w Perafort w Katalonii. Śledczy wydają oświadczenie: „Nie stawiał oporu i był zaskoczony zatrzymaniem. Przedstawił się innym imieniem i nazwiskiem, okazał też polski dowód osobisty, na dane osoby pochodzącej z województwa lubuskiego. Do zatrzymania doszło w momencie załadunku dużej przesyłki na ciężarówkę wynajętą z firmy przewozowej. Przesyłka przygotowana przez poszukiwanego miała trafić do Polski. Po sprawdzeniu okazało się, że na dwóch paletach znajdują się puszki z sosem pomidorowym, a w nich ukryta jest marihuana. W sześćdziesięciu trzech puszkach znaleziono dwadzieścia kilogramów narkotyków, o wartości rynkowej w Polsce stu czterdziestu tysięcy euro, a także wagę do ważenia narkotyków, urządzenie do pakowania próżniowego, nowe puste puszki, folie do pakowania i etykiety. Dodatkowo poszukiwany miał przy sobie dokumenty tożsamości na różne dane osobowe. Dariusz N. zmienił kompletnie swój wygląd, zapuścił włosy i brodę. Został jednak szybko zidentyfikowany, dzięki charakterystycznemu tatuażowi na ramieniu, identyfikującemu go z jednym ze śląskich klubów piłkarskich. Za kilka dni podejrzany miał poddać się operacji plastycznej i zmienić całkowicie wygląd”.

Morderca

W lipcu 2021 roku Sąd Okręgowy w Katowicach uznał Dariusza N. winnego popełnienia dwóch czynów zarzucanych mu aktem oskarżenia wniesionym przez Prokuraturę Okręgową w Katowicach –  udziału w bójce z użyciem noża i zabójstwa Dominika Koszowskiego oraz udziału w bójce z użyciem noża i usiłowania zabójstwa Rafała K., ojca dziewiętnastolatka. Dariusz N. został skazany na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. Wyrok był nieprawomocny. Prokuratura domagała się dożywocia.

Dariusz N. nie przyznawał się do winy. Twierdził, że nie był nawet na meczu GKS-u Katowice ze Stomilem Olsztyn. W 2012 roku został zatrzymany po jakiejś bójce. W 2013 roku prokurator wydał mu zakaz stadionowy. W 2016 roku zakaz już co prawda wygasł, ale, jak podaje TVN, „wciąż figurował w rejestrze niechcianych gości, bo nie wystąpił o to, żeby go z tej listy wykreślili”. Emerytowany policjant, który rozpoznał go na monitoringu, opowiadał zresztą, że w międzyczasie „Ostry” pokłócił się o kasę z innymi liderami kiboli GKS-u Katowice, co poskutkowało koniecznością odcięcia się od środowiska fanatyków ze stadionu przy ul. Bukowej 1A.

W sądzie mówił, że jest z wykształcenia elektronikiem, więc podczas pobytu w areszcie w oczekiwaniu na wyrok wyspecjalizował się w odczytywaniu danych z billingów, które według niego wskazywały, że nie mógł wracać z wyjazdu do Olsztyna. Należy zacytować tu obszerny fragment relacji z rozprawy na portalu Katowice24.info, artykuł pt. „Dariusz N. nie przyznaje się do zamordowania Dominika Koszowskiego”:

„N. zeznał, że 19 sierpnia, a więc dwa dni przed śmiercią Dominika Koszowskiego, zameldował się w hotelu Kinga. Wymeldował się z niego przed południem dzień później. Całą noc imprezował i pił alkohol. Przekonywał, że 20 sierpnia nie poszedł na zbiórkę kibiców GKS-u i nie pojechał z nimi do Olsztyna. Dodawał, że nie był nawet w okolicy dworca PKP. – Logowałem się w tym czasie w innych miejscach w Katowicach. Ostatnie logowanie to os. Paderewskiego, ul. Krasińskiego.

Co robił w nocy z 20 na 21 sierpnia? – Z billingów wynika, że od 18 sierpnia właściwie nie spałem. Po takim czasie organizm musi się zregenerować, więc najpewniej poszedłem spać. Jak wynika z billingów, wstałem 21 sierpnia o godzinie 8:19 i było to pierwsze logowanie mojego telefonu tego dnia. Nie jest prawdą, że mój telefon o godzinie 5:15 zalogował się do przekaźnika przy ul. Mickiewicza. Nie jest też prawdą, że nadajnik obejmuje swym zasięgiem ul. 3 Maja. Uważam, że biegły sfabrykował ten dowód na potrzeby tezy prokuratora.

N. przekonywał, że 22 sierpnia, więc w dzień po zbrodni, jego telefon logował się do wielu miejsc na terenie Katowic i w sąsiednich miastach. O godz. 13:04 jego telefon logował się do przekaźnika w okolicach Rynku i w okolicach miejsca zdarzenia oraz w okolicy ul. Piotra Skargi. Biegłemu z zakresu teleinformatyki wytyka ogółem sześćdziesiąt osiem błędów”.

Niewinny

Piotr Koszecki, prezes „SK1964”, stowarzyszenia kibiców GKS-u Katowice, odmówił komentarza. Przekazał, że sprawa zabójstwa Dominika Koszowskiego i rozprawa sądowa Dariusza N. nie dotyczą „SK1964”. Dodał, że sprawę zna jedynie z mediów: – Koszowski to też mocno naciągany nasz były piłkarz. No i przede wszystkim sąd apelacyjny w tej sprawie nakazał przeprowadzenie całości postępowania jeszcze raz, oskarżony został za poręczeniem majątkowym zwolniony i coraz częściej, nawet w mediach, pojawiają się wątpliwości, czy on jest sprawcą.

Faktycznie Sąd Apelacyjny uchylił pierwotny wyrok o pozbawieniu Dariusza N. wolności na dwadzieścia pięć lat i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. Uznano, że nie ma w tej sprawie niezbitych dowodów, opinie biegłych łatwo podważyć, zeznania świadków wraz z upływem lat brzmią coraz bardziej nieprzekonująco i opierają się na uznaniowych przesłankach – „tak zapamiętałem” przeradza się w „nie pamiętam”, „tak widziałem” przeistacza się „nie widziałem”, „tak uważam” przeobraża się w „nie mam zdania”.

Dariusz N. konfrontował się z policjantami i uczestnikami zdarzeń. Przekonuje, że to nie on jest człowiekiem w kapeluszu i z bananem w ręku. Policjanci i uczestnicy w zdarzeń też nie mogą tego jednoznacznie potwierdzić. Czyżby był niewinny? Profesor Waldemar Gontarski, obrońca Dariusza N., mówił w Katowice24.info, że „nie ma takiego dowodu, który nie budziłby wątpliwości, a zgodnie ze standardami europejskimi, ale również polskimi, wszelkie wątpliwości rozstrzyga się na rzecz oskarżonego”.

Pierwsza opinia dotycząca śladów biologicznych w obrębie rany na ciele pokrzywdzonego wydana była na etapie postępowania przygotowawczego na zlecenie prokuratury. Z tej opinii wynika, że jest tam DNA Dariusza N. Opinia prywatna, zlecona przez obronę, całkowicie ją obala. Kolejna opinia, zlecona przez sąd, także wyklucza obecność DNA oskarżonego. Sąd chciał na wniosek obrony przeprowadzić ponowne badanie, ponieważ w wynikach jest ślad nieustalonej dotąd osoby, niespokrewnionej z pokrzywdzonym. Ale próbka zaginęła lub się wyczerpała. Zakład Medycyny Sądowej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego odpowiedział, że próbka jest pusta, że dostali czyste chemicznie szkło. Nie ma już tego dowodu – dodawała Katarzyna Hebda-Relidzyńska, inna adwokatka Dariusza N., w rozmowie z TVN-em.

Hebda-Relidzyńska na stronie TVN-u przedstawia zresztą szereg argumentów świadczących o niewinności Dariusza N. Mówi, że oskarżony uciekał po Europie w strachu przed nagonką, ale w międzyczasie próbował skontaktować się z wymiarem sprawiedliwości i złożyć wyjaśnienia. Wnioskował ponoć o list żelazny, ale prośba została odrzucona, dlatego ukrywał się po zakamarkach kontynentu. Schudł, zapuścił włosy i brodę. Wykluczono jednak sztuczne ingerowanie w wygląd. Nie było mowy o operacji plastycznej. Nikt z naocznych świadków feralnego poranka w Dariuszu N. nie widział człowieka w kapeluszu i z bananem w ręku, a grupa wyjazdowa kiboli GKS-u Katowice potwierdza, że Dariusz N. na meczach Gieksy już wtedy się nie pojawiał.

W tekście „Kto zabił 19-latka w centrum Katowic? Po sześciu latach procesu oskarżony wychodzi na wolność” czytamy: „Przeprowadzono eksperyment procesowy. Odbył się w tym roku, w rocznicę zbrodni, by warunki świetlne były jak najbardziej zbliżone do tragicznego poranka. Dariusz N., rozkuty, przeszedł trasą mężczyzny w kapeluszu z bananem. Antropolożka wskazała mu, jak ma się poruszać. Obserwowała go na ekranach monitoringu i porównywała z osobą na nagraniach z dnia zbrodni. Jak wyjaśnia adwokatka N., wcześniejsza opinia antropologa w tej sprawie, wydana na potrzeby pierwszego procesu w tej sprawie, jest dwuwariantowa. Pierwszy wariant mówi, że jeśli oskarżony w tym samym czasie, kiedy doszło do zbrodni, miał już tatuaże sięgające łokcia, które ujawniono u niego po zatrzymaniu, to wykluczone, by to on był na nagraniu. Osoba z monitoringu nie ma takich dużych tatuaży. Drugi wariant mówi, że istnieją ogólne cechy podobieństwa pomiędzy Dariuszem N. a osobą zarejestrowaną. – Na sześciostopniowej skali, gdzie pierwszy stopień to te same cechy, a ostatni to brak podobnych cech, biegły wskazał czwarty stopień. Jedna z różnic, rzucających się w oczy, to wiodąca ręka. Zabójca Dominika zadaje ciosy ręką lewą, a Dariusz N. jest praworęczny – mówi”.

Listopad 2023 roku. W sądzie zdeponowane zostaje dwieście pięćdziesiąt tysięcy poręczenia majątkowego. Tymczasowe aresztowanie przemienione zostaje na środki wolnościowe – zakaz kontaktowania się ze świadkami i biegłymi, zakaz opuszczania kraju i dozór policyjny. Dariusz N. na kolejne rozprawy przychodzić może z wolnej stopy. Profesor Gontarski przekonuje, że w areszcie jego klient spotykał się z traktowaniem „gorszym niż w średniowieczu”.

Grudzień 2023 roku. Zeznaje „Romek”.  W 2017 roku pobił radnego Klaudiusza Sevkovicia, znanego z działalności wokół Ruchu Chorzów i byłego uczestnika telewizyjnego reality show „Big Brother”. Niedługo później kibole grupy Psycho Fans i Wisły Kraków wydali na „Romka” wyrok śmierci. „Baluś”, jeden z nich, zezna, że miał być „zrobiony do spodu”, czyli zmaltretowany tak, żeby wylądował na wózku inwalidzkim lub wykrwawił się na śmierć. Do napaści doszło na osiedlu Witosa. „Obrabianie maczetami”, „mięso latało w powietrzu”, chwalili się oprawcy. „Romek” zapadł w śpiączkę. Po czasie się wybudził. Cudem przeżył. Na nagraniach z monitoringu Dariusza N. nie rozpoznał. Trudno jednak było brać go na poważnie, bo mówił, że „wymazał sobie pamięć” i „skończył z życiem kibicowskim”. To z tymi ludźmi „Ostry” nie chce już mieć do czynienia.

***

Prawdy nikt nie zna.

Nikt.

Kim jest kapelusznik z bananem w ręku? I jak długo pozostaje na wolności?

Od sierpnia 2016 roku?

Czy może listopada 2023 roku?

Czytaj więcej kryminalnych historii wokół sportu:

Fot. Policja/Facebook

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

Piłka nożna

Wisła w półfinale Pucharu Polski, chyba że sędzia Kos w przyszłym tygodniu zmieni zdanie

Paweł Paczul
24
Wisła w półfinale Pucharu Polski, chyba że sędzia Kos w przyszłym tygodniu zmieni zdanie
Anglia

Znamy ćwierćfinalistów Pucharu Anglii. Emocje do samego końca w 1/8 finału

Paweł Wojciechowski
0
Znamy ćwierćfinalistów Pucharu Anglii. Emocje do samego końca w 1/8 finału

Weszło Extra

Polecane

Janusz Onyszkiewicz: Gdy otworzyłem list, przeczytałem, że moja żona nie żyje. Takie są góry [WYWIAD]

Jakub Radomski
6
Janusz Onyszkiewicz: Gdy otworzyłem list, przeczytałem, że moja żona nie żyje. Takie są góry [WYWIAD]
Ekstraklasa

Dorastał w getcie, został “ambasadorem”. Erick Otieno i opowieść o Kenii [WYWIAD]

Szymon Janczyk
17
Dorastał w getcie, został “ambasadorem”. Erick Otieno i opowieść o Kenii [WYWIAD]
Piłka nożna

„Daj mamie buzi, ostatni raz”. Historia Błaszczykowskiego mocna jak zawsze, dokument „Kuba” – średni

Przemysław Rudzki
16
„Daj mamie buzi, ostatni raz”. Historia Błaszczykowskiego mocna jak zawsze, dokument „Kuba” – średni

Komentarze

34 komentarzy

Loading...