Współcierpienie na Stamford Bridge. Jak BlueCo niszczy Chelsea

Maciej Piętak

23 kwietnia 2026, 10:38 • 7 min czytania 4

Reklama
Współcierpienie na Stamford Bridge. Jak BlueCo niszczy Chelsea

Włączanie meczów Chelsea w ostatnich tygodniach to katorga. Pięć meczów z rzędu bez zdobytej bramki, spadek w tabeli coraz niżej, a dopełnieniem tej całej beznadziei i chaotycznego zarządzania jest zwolnienie po czterech miesiącach trenera, który przyszedł z klubu filialnego. W Londynie dostał umowę na… 6,5 roku. Zostanie zapamiętany z fatalnego przyjęcia piłki w swojej strefie, które stało się memem. W angielskich mediach wypływają też informację, że w szatni był przez piłkarzy wyśmiewany.  

Reklama

Kibice The Blues co weekend (w sumie to co trzy dni) oglądają jedynie końcowy efekt pracy amerykańskich inwestorów, którzy brutalnie zderzyli się z europejską rzeczywistością. Od przejęcia klubu przez Todda Boehly’ego i fundusz Clearlake Capital za ponad 4 miliardy funtów, Chelsea przestała wyglądać jak klub skupiony na wygrywaniu, a zaczęła przypominać inwestycję. Stała się czymś w rodzaju instytucji, firmy. Poligonem doświadczalnym dla osób, które chcą zarobić. Nieważne, w jaki sposób. Nieważne, jakim kosztem.

 

Todd Boehly. Fot. Newspix

Reklama

Kreatywna księgowość i uwięzieni piłkarze

Fundamentem upadku The Blues była arogancka wiara właścicieli, że przepisy można ominąć za pomocą kreatywnej księgowości. Władze BlueCo kupowały zawodników za miliardy funtów, sztucznie wydłużając kontrakty nawet do ośmiu lat. To miało na celu obniżenie rocznych kosztów amortyzacji i ominięcie rygorystycznych zasad Profitability and Sustainability Rules (PSR – Zasady Rentowności i Zrównoważonego Rozwoju).

Gdy UEFA i Premier League zaczęły poprawiać przepisy, klub obudził się z ręką w nocniku i kadrą przepłaconych, niemożliwych do sprzedania zawodników. Dlaczego niemożliwych? Weźmy przykład:

Chelsea kupuje młodego, 15-letniego pomocnika z Timoru Wschodniego, który zanotował świetny występ w meczu towarzyskim z Mikronezją, za 80 milionów funtów. Podpisuje z nim kontrakt na osiem lat. W raporcie finansowym na koniec roku będzie jednak widnieć kwota 10 milionów funtów (bo 80:8=10). Dzięki temu pozostaje sporo miejsca w budżecie, żeby kupić kolejnych graczy, nie łamiąc przy tym zasad PSR.

Mijają trzy lata. W dokumentach widnieje, że klub „zapłacił” za zawodnika 30 milionów funtów. To oznacza, że wartość księgowa piłkarza wciąż wynosi 50 milionów funtów.

Reklama

Zawodnik okazuje się (cóż za niespodzianka) totalnym niewypałem. Jego realna, rynkowa wartość drastycznie spadła i opiewa na 10 milionów funtów. Przypuśćmy, że klub XYZ się zgłasza i oferuje właśnie tyle. Chelsea chce się go pozbyć, żeby zrobić miejsce w kadrze i sprzedaje go za 10 milionów funtów. Zatem daje nam to aż 40 milionów funtów straty w sprawozdaniu finansowym, a zasady PSR pozwalają na maksymalnie 105 milionów funtów straty na przestrzeni trzech lat.

Chaos na szczycie

Dlatego Chelsea nie sprzedaje zawodników. Zamiast tego trafiają do tzw. bomb squadu, jak w przeszłości Sterling czy Disasi. Tak są ironicznie nazywani. I tu dochodzimy do sedna wszystkiego. Klub jest uwięziony z przepłaconymi zawodnikami na długoletnich kontraktach, których nie da się sprzedać. Najśmieszniej wygląda to w przypadku zawieszonego za doping Mychajło Mudryka. Formalnie jest graczem Chelsea do… 2031 roku.

I tak klub ledwo mieści się w limitach, sprzedając aktywa, żeby uniknąć kar. W poprzednich latach Todd Boehly musiał pozbyć się m.in. hoteli przylegających do Stamford Bridge (sprzedał je tak naprawdę… samemu sobie), a i kobieca drużyna Chelsea została sprzedana za grube miliony.

Tu dochodzimy do kolejnej katastrofy The Blues. Za chwilę Chelsea nie będzie miała czego sprzedawać. Zakładając brak pieniędzy z europejskich pucharów (głównie tych z Ligi Mistrzów), sytuacja klubu może zrobić się naprawdę dramatyczna, a Premier League już czeka, by nałożyć odpowiednie kary.

Reklama

Sytuacji nie poprawia fakt, że Todd Boehly i Clearlake Capital nie zawsze mają jedną, wspólną wizję. Przykładem jest choćby spór o przyszłość Stamford Bridge, który przerodził się w konflikt na tyle poważny, że obie strony analizowały nawet możliwość przejęcia całkowitej kontroli nad klubem.

 

Od lewej strony: Todd Boehly, Paul Winstanley, Behdad Eghbali. Fot. Newspix

Reklama

Dyrektorzy sportowi Chelsea grają w FM-a

Ten dramat organizacyjny na szczycie pozwolił dyrektorom sportowym – Paulowi Winstanleyowi oraz Laurence’owi Stewartowi – na zbudowanie beznadziejnie skonstruowanej kadry. Oni podeszli do zarządzania klubem jak do Football Managera – masowo i bez planu skupując młode talenty z całego świata, bo, a nuż, widelec któryś wypali. Wypalił akurat Cole Palmer, który w momencie przyjścia do klubu miał… zero goli w Premier League. Ale nie wypaliło tylu, że nie policzymy ich na palcach obu rąk.

W FM-ie działa to całkiem nieźle. Udało mi się tym składem w pierwszym sezonie otrzeć o mistrzostwo Anglii, wygrać FA Cup i awansować do finału Ligi Mistrzów. Garnacho i Delap grali pierwsze skrzypce, bo dopasowałeś im odpowiednią taktykę. Rzeczywistość jest jednak zgoła inna i to wcale nie jest wyłącznie wina kolejnych trenerów zmienianych jak rękawiczki.

Wielu zawodników, którzy wyróżniali się w swoich poprzednich klubach, w Chelsea musiało pełnić zupełnie inne role. Oni nie zostali ściągani pod określony system taktyczny. Kupowano ich, bo byli młodzi i perspektywiczni.

Zbiór zawodników bez tożsamości

W kadrze brakuje również rdzenia. W przeszłości, jeśli ktoś zastanawiał się, komu kibicować, mógł wybrać Chelsea ze względu na ważne postaci, z którymi można było się utożsamiać. Petr Cech, John Terry, Frank Lampard, Didier Drogba, a w tej nowszej historii Cesar Azpilicueta czy Thiago Silva.

Reklama

A dziś? Zamiast liderów są inwestycje. OK, jest Reece James, jednak do okazów zdrowia to on nie należy. Dalej nie jest wcale lepiej, bo kapitanem Chelsea w meczu z Brighton był Enzo Fernandez. Ten sam Fernandez, który chwilę wcześniej został wewnętrznie zawieszony za flirtowanie z Realem Madryt. Ten sam, który dopiero ma się stać liderem.

Nie ma w kadrze lidera, który pomógłby licznym młodym zawodnikom.

Wróćmy jeszcze do „bomb squadu”. Sterling czy Disasi zostali całkowicie odcięci od pierwszej drużyny. To upokorzenie zniszczyło ich wartość rynkową i mogło zasiać strach w szatni pełnej zagubionych chłopców, niemających dziś z kogo brać przykładu. 18-latek trafia do obcego kraju i widzi jedno: jeśli nie odpalisz, nie odejdziesz. Będziesz gnić w klubie latami, bo Chelsea nie może cię sprzedać bez straty.

Chaos. Istny chaos, który nie jest przypadkiem, tylko konsekwencją decyzji.

Reklama

 

Chelsea w fatalnym stylu przegrała 0:3 z Brighton. Czwarty raz z rzędu z ekipą, którą przecież regularnie rozkupuje. 

Powodzenia dla nowego trenera

I ten chaos zniszczył całkowicie posadę trenera. Przez Stamford Bridge przelała się fala szkoleniowców z różnymi wizjami. Thomas Tuchel, Graham Potter, Frank Lampard (choć on akurat tymczasowo), Mauricio Pochettino i w końcu Enzo Maresca, który miał być twarzą „nowoczesnego projektu”, a został zwolniony, bo prowadził potajemne rozmowy z Manchesterem City i domagał się transferu klasowego środkowego obrońcy po tym, jak Levi Colwill doznał poważnej kontuzji. Wszystko to kilka dni po tym, jak powiedział, że ostatnie 48 godzin w klubie było najgorsze podczas jego przygody w Chelsea. I to po zwycięstwie.

Reklama

To pokazuje jedno – dla BlueCo trener z własnym zdaniem to pracownik po prostu zbędny, stąd wybór Liama Roseniora. Ponadto problem nie polegał na tym, że trenerzy byli źli. Problem polegał na tym, że każdy trafiał do zupełnie innej Chelsea.

W panice po zwolnieniu Włocha dyrektorzy sportowi po raz kolejny się skompromitowali. Po pierwsze: potraktowali klub partnerski, RC Strasbourg, jak zwykłą francuską przechowalnię. Po drugie, Liam Rosenior miał być według nich mentorem dla wschodzących talentów, które potencjalnie miały podbić świat.

Bez doświadczenia na najwyższym poziomie i bez jasno określonej struktury Rosenior miał zarządzać projektem, który sam w sobie jest chaotyczny.

Rzucony na głęboką wodę Anglik, który wcześniej miał wytyczoną w głowię ścieżkę rozwoju i odrzucał oferty ze słabszych klubów Premier League, przetrwał zaledwie 106 dni. Na koniec przygody w Chelsea zanotował historyczną kompromitację – najgorszą od 1912 roku serię pięciu ligowych porażek bez strzelonego gola, w tym m.in. 0:3 z Brighton bez oddania celnego strzału.

Reklama

Brak lepszych perspektyw

Błędem byłoby jednak winić wyłącznie angielskiego strażaka. Emmanuel Petit trafnie ocenił postawę zawodników.

– Jestem przekonany, że niektórzy z najlepszych zawodników nie chcą już grać dla Chelsea, to widać na boisku. Jeśli chcesz odejść, to najlepszym sposobem jest słaba postawa na murawie – stwierdził, cytowany przez talkSPORT.

I trudno się dziwić – w bardzo źle zarządzanym klubie bez określonej wizji najłatwiej przestać się angażować. Tym bardziej że Chelsea zaraz może wypaść z czołowej dziesiątki Premier League.

Dopóki BlueCo pozostanie na Stamford Bridge, Chelsea pozostanie toksycznym miejscem. Miejscem zarządzanym jak arkusz w Excelu czy jeden z wielu save’ów w FM-ie, co odarło klub z tożsamości i ostatecznie zamieniło ławkę trenerską w gorące krzesło, a z piłkarzy zrobiło bandę najemników bez charakteru. Bądź po prostu młodych i zagubionych piłkarzy, którzy zderzają się z brakiem pomysłu na ich rozwój.

Reklama

Obserwując to wszystko, można wrócić do wypowiedzi Liama Roseniora, który rozłożył słowo „manage” na „man” i „age”. Problem w tym, że w Chelsea nikt niczym nie zarządza.

Dlatego dziś lepiej pasuje inne słowo: „coaching”, które można rozbić na „co” i „aching”.

Współcierpienie.

Piłkarzy.

Reklama

Trenerów.

Kibiców.

Tych, którzy tęsknią za dawną Chelsea.

CZYTAJ WIĘCEJ O CHELSEA NA WESZŁO:

Fot. Newspix

Reklama
4 komentarze
Maciej Piętak

Liczy, pisze i komentuje - nie zawsze w tej kolejności. Studiuje matematykę, a wcześniej przewinął się przez redakcje 90minut, FutbolNews oraz Żyjemy Futbolem. Prywatnie kibic Wisły Kraków oraz Chelsea. Ma beznadziejny gust muzyczny, jeszcze gorsze poczucie humoru, ale tyle dobrego, że czasem napisze jakiś niezły tekst

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama