Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Śląsk wyhamowany na Śląskim

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

28 października 2023, 23:11 • 5 min czytania 68 komentarzy

Śląsk Wrocław w sezonie 2023/24 to już od dawna coś więcej niż tylko ekipa, której udał się zaskakująco dobry początek sezonu. Podopieczni Jacka Magiery wyraźnie zasygnalizowali, rozwalcowując niedawno Legię, że mierzą naprawdę wysoko, a ich kapitalna dyspozycja nie jest jedynie ciekawostką, o której za kilka tygodni wszyscy zapomnimy, gdy wrocławianie spuszczą już z tonu. Ale to wszystko jeszcze nie oznacza, że aktualnych liderów Ekstraklasy nie da się wyhamować. Dzisiaj – przy wsparciu kilkudziesięciu tysięcy fanów zgromadzonych na trybunach Stadionu Śląskiego – dokonał tej sztuki Ruch Chorzów. W aurze wielkich kontrowersji.

Śląsk wyhamowany na Śląskim

Spróbujmy zatem ochłonąć i na spokojnie przeanalizować to starcie.

Nerwowo na Śląskim

Początek meczu zdawał się zwiastować kolejny koncertowy występ Śląska.

Cztery minuty – tylko tyle czasu potrzebowali goście, by wyjść na prowadzenie w Kotle Czarownic. Petr Schwarz kapitalnie, mięciutko dośrodkował z rzutu wolnego, a Łukasz Bejger sprytnym strzałem głową skierował futbolówkę do siatki. Głównym winowajcą problemów Niebieskich był w tej sytuacji Szymon Szymański, bo to po jego faulu sędzia podyktował rzut wolny dla wrocławian, no i to on odpowiadał za pilnowanie Bejgera w szesnastce. Dwie karygodne pomyłki środkowego pomocnika na przestrzeni minuty i ekipa z Chorzowa znalazła się w sporych tarapatach. Aczkolwiek Śląsk nie zdołał stłamsić rywali do takiego stopnia, jak można się było spodziewać. Niby goście przeważali, niby mieli kolejne stałe fragmenty gry, niby regularnie robiło się gorąco w okolicach pola karnego Ruchu, ale czy wynikały z tego naprawdę klarowne sytuacje strzeleckie? Niekoniecznie. Krzysztof Kamiński nie musiał się specjalnie uwijać między słupkami.

Jak gdyby tego było mało, wrocławianie dali się również zaskoczyć we własnej strefie obronnej. Kompletnie bezmyślne zachowanie Patryka Janasika, wymachującego szeroko wystawionym łokciem wewnątrz własnej szesnastki, zaowocowało rzutem karnym dla gospodarzy, a jedenastkę na gola zamienił w 17. minucie spotkania Daniel Szczepan. Arbiter Paweł Raczkowski po konsultacji z VAR-em podjął tutaj właściwą decyzję.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

No i mniej więcej od tego momentu mecz zaczął się toczyć zgodnie z życzeniem beniaminka z Chorzowa. Faule, prowokacje, drobne przepychanki, długie dyskusje z sędzią. Szarpane akcje, sporo kopaniny. Widoczna frustracja graczy gości, nerwowa atmosfera.

Krótko mówiąc – idealny scenariusz dla Ruchu, by przetrwać konfrontację z rozpędzonym oponentem. Wsadzić mu kij w szprychy.

Kontrowersje po przerwie

Wrocławianie zdołali jednak powrócić na właściwe tory w idealnym do tego momencie – tuż przed przerwą, gdy trener Jarosław Skrobacz pewnie już rozpisywał sobie w głowie plan taktyczny na drugą odsłonę spotkania. I trzeba zaznaczyć, że Śląsk przerwał okres ofensywnej niemocy w fenomenalnym stylu. Ekipa Magiery przeprowadziła rewelacyjną, dynamiczną akcję kombinacyjną, spuentowaną piękną asystą Patricka Olsena i spokojnym wykończeniem Matiasa Nahuela. Wiadomo, że w pamięci zapadają przede wszystkim spektakularne trafienia z dystansu i na ogół to one dominują we wszelkiej maści plebiscytach na gola kolejki czy gola miesiąca lub całych rozgrywek, ale jeśli chodzi o czysto zespołową jakość – bramka Śląska na 2:1 to prawdziwa perełka.

Widać, że wrocławianie na boisku rozumieją się bez słów. Pełen automatyzm.

I tylko szkoda, że w drugiej odsłonie spotkania Śląsk nie zdecydował się na pójście za ciosem pełną parą. Goście ewidentni nastawili się na kontrolę spotkania, chcąc skusić Ruch do bardziej ofensywnej gry, a następnie wypunktować “Niebieskich” kontratakami, będącymi wszak specjalnością wrocławian. Ale gospodarze nie kwapili się wcale do frontalnych ataków, stąd tempo spotkania ponownie siadło. Ale nie był to bynajmniej koniec emocji w “Kotle Czarownic”. Na około dziesięć minut przed upływem podstawowego czasu gry sędzia Raczkowski ponownie wskazał bowiem na jedenasty metr, tym razem dopatrując się przewinienia Rafała Leszczyńskiego na Szczepanie. I o ile przy pierwszym wapnie nie mieliśmy większych wątpliwości, tak tutaj sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Z jednej strony – walkę o futbolówkę ewidentnie wygrał golkiper ekipy z Dolnego Śląska. Z drugiej – powalił przy okazji rywala, wpadł w niego z dość znacznym impetem. Raczkowski znów zareagował jak gdyby w drugie tempo, decydując się na pokazanie bramkarzowi żółtej kartki i podyktowanie karnego. Jednak nawet przy założeniu, że była to słuszna ocena sytuacji (nie wykluczamy tego), nie powiemy zbyt wielu ciepłych słów na temat pracy sędziego głównego.

Raczkowski po prostu nie panował nad zawodnikami.

Przymknął oko na mnóstwo pozornie drobnych przewinień, które – zebrane do kupy – sprawiły, że obserwowaliśmy rwany, mocno chaotyczny mecz. Nie radził sobie również z prowokacjami, których pojawiło się dziś mnóstwo. Co naturalne, w takich niezbyt czystych zagrywkach przodowali gracze Ruchu, odstający od wrocławian pod kątem czysto piłkarskiej jakości. Nie mamy więc wielkich pretensji do – dajmy na to – Miłosza Kozaka, że bez przerwy szukał zwarcia z piłkarzami Śląska i robił wszystko, by wytrącić ich z równowagi, zdekoncentrować. Mamy natomiast żal do sędziego, że takich zachowań nie ukrócił. Niby próbował łagodzić atmosferę, dyskutował z piłkarzami z szerokim uśmiechem na twarzy, ale – bądźmy szczerzy – kompletnie nic z tych kumpelskich ostrzeżeń nie wynikało.

Tak czy owak, poobijany Szczepan dość szybko wziął się w garść i – jak się miało wkrótce okazać – ustalił wynik meczu na 2:2. Śląsk miał jeszcze jedną świetną szansę do przechylenia szali zwycięstwa na swoją korzyść, lecz zabrakło skuteczności. Generalnie jednak końcówka to był już jeden wielki bałagan na murawie – mnóstwo fauli, nierzadko chamskich. Nie mogło się zatem obyć bez czerwonego kartonika – z murawy wyleciał Petr Pokorny.

***

Czy wrocławianie mogą być po takim meczu rozczarowani? Ano mogą, choć – znając życie – czują się przede wszystkim oszukani przez nieudolnego Raczkowskiego. Duża zatem rola Jacka Magiery, by wytłumić złe emocje, albo przynajmniej przekuć je w jeszcze większy głód kolejnych zwycięstw. Ostatecznie Śląsk, przy całym respekcie dla jego dokonań w tym sezonie, to nie jest jeszcze zespół na tyle potężny, by wygrywać zawsze, wszędzie i niezależnie od okoliczności.

Potknięcia będą się zdarzać. Reakcja na nie wskaże, jak wysoko zawieszony jest tak naprawdę sufit Śląska.

 

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. Canal+Sports (screen)

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

68 komentarzy

Loading...