Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Vuković jest dobrym trenerem. I pora się z tym pogodzić

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

24 kwietnia 2023, 16:37 • 6 min czytania 54 komentarzy

Aleksandar Vuković jest dobrym trenerem. I chyba nie da się już temu dłużej zaprzeczać. Aktem niebywałej niesprawiedliwości byłoby bowiem sprowadzanie całego jego dotychczasowego szkoleniowego dorobku do gadek o „zapierdalaniu”, „walce” i „niepoddawaniu się”, kiedy najpierw poradził sobie w specyficznym środowisku Legii Warszawa, a teraz imponuje w Piaście Gliwice.

Vuković jest dobrym trenerem. I pora się z tym pogodzić

Piast nie przegrał od ośmiu meczów i wygrał pięć ostatnich ligowych spotkań. Kiedy pod koniec października ubiegłego roku Aleksandar Vuković przejmował w nim stery po długoletniej kadencji Waldemara Fornalika, drużyna plasowała się na marnej piętnastej pozycji w tabeli, miała tyle samo punktów, ile szesnasta Korona i tylko jedno oczko więcej niż siedemnasta Lechia. Pół roku później zajmuje szóste miejsce i należy do ścisłej czołówki ekstraklasowych zespołów w 2023 roku.

Czy osiągnąłby to każdy inny przypadkowy trener?

Nie.

Zawsze w czołówce

Aleksandar Vuković jeszcze nigdy nie punktował poniżej potencjału drużyny, z którą akurat przychodziło mu pracować, a to wcale nie takie oczywiste, jak pozornie mogłoby się wydawać. – Poradziłem sobie w każdej sytuacji – mówił nam nieprzypadkowo tydzień temu w Weszłopolskich.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

To on wynalazł formułę, która na przełomie 2019 i 2020 roku uczyniła z Legii jeden z najefektowniej grających mistrzowskich zespołów minionej dekady na ekstraklasowych boiskach, choć przecież musiał sprzątać burdel po parodystycznych okresach władzy Romeo Jozaka, Deana Klafuricia i Ricardo Sa Pinto. Tamtą jego Legię chciało się oglądać i śledzić. Osiągnęła w lidze średnią goli na mecz na poziomie 1,77, czego nie udało się powtórzyć żadnemu z jego następców. Rozwinęła Vesovicia, Karbownika czy Majeckiego. Zaliczała najwięcej kontaktów z piłką w polach karnych rywali, wykonywała najwięcej dryblingów, podejmowała najwięcej pojedynków, oddawała najwięcej strzałów. Była na wskroś ofensywna, efektywna i efektowna.

Jednocześnie Vuković musiał uznawać taktyczną wyższość Walademara Fornalika, Marcina Brosza, Henninga Berga czy później Marka Papszuna i Dariusza Banasika, których wiedza eksponowała deficyty w jego warsztacie, co też przełożyło się na parę upokorzeń – zawalone na własne życzenie mistrzostwo Polski w sezonie 2018/19, przerżnięty półfinał Pucharu Polski z Cracovią w sezonie 2019/20, przegrane eliminacje do Ligi Europy z Rangersami i kwalifikacje do Ligi Mistrzów z Omonią Nikozja.

Koniec końców jednak nie było w tamtym okresie lepszego polskiego zespołu niż Legia Warszawa.

To on ugasił pożar, który na przełomie 2021 i 2022 roku sprawił, że Legia zimowała na przedostatnim miejscu w ligowej tabeli, drżała przed kompromitującym spadkiem i trzęsła się w obliczu największego kryzysu swojej współczesnej historii. Nie tylko wygłosił szereg płomiennych przemów, zbudował pewność siebie w zmarnowanej i podłamanej szatni, tchnął w zespół ducha walki, ale też sprawił, że tylko Lech Poznań zdobywał więcej bramek – trzydzieści dwa gole Lecha do trzydziestu jeden goli Legii.

Nie unosił się dumą, choć wiedział, że przychodzi w trybie wiecznie niedocenianego strażaka. Nie udawał, że stołeczna ekipa bije się o coś więcej niż o utrzymanie. Nie cackał się z Lirimem Kastratim, który nie okazał się najszybszym skrzydłowym na kontynencie. Nie dał sobie wejść na głowę Arturowi Borucowi, którego kaprysy i fochy zaczęły mieć negatywny wpływ na zespół. Nie próbował na siłę podlizywać się Dariuszowi Mioduskiemu.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Zrobił swoje.

Oto tabela Ekstraklasy za okres, w czasie którego Vuković wyciągał za uszy Legię ze strefy spadkowej do środka tabeli. Warto odnotować: Waldemar Fornalik tylko jedno miejsce i dwa punkty wyżej.

Zabawne, że zarówno w swojej pierwszej (1.82 punktu na mecz), jak i swojej drugiej (1.70 punktu na mecz) przygodzie na ławce trenerskiej Legii wykręcał lepszą średnią punktową niż Fornalik w jakiekolwiek swojej pracy od zamierzchłych czasów prowadzenia Widzewa Łódź sprzed kilkunastu lat. Ktoś sceptyczny mógł skrzywić się, że osiągnął to w klubie, którego przecież jest żywą legendą, więc z miejsca miał łatwiej, ale ktoś przychylniejszy mógłby od razu zripostować, że nie takie pomniki da się zburzyć w klubie, który wygrał siedem z ostatnich dziesięciu mistrzostw Polski.

Ostatecznie wszelkie wątpliwości rozwiać powinna zaś tabela za pół roku rządów Aleksandara Vukovicia w Piaście Gliwice.

Renesans Piasta

Piast nie strzela tak często jak jego Legia. Ba, aż dziesięć innych ligowych zespołów zdobywa więcej lub tyle samo bramek. Ale za to tylko Raków Częstochowa rzadziej wyciąga piłkę ze swojej siatki. Jeszcze za Fornalika – osiemnaście straconych goli w czternastu meczach. Już za Vukovicia – jedenaście straconych goli w piętnastu meczach. Nie może być w tym przypadku. Tym bardziej, że sam Serb mówił nam w Weszłopolskich, że właśnie przeorganizowanie i uszczelnienie defensywy postawił sobie za główny cel dwumiesięcznego zgrupowania przed startem rundy wiosennej.

Zimą odwiedziłem go zresztą w Wałbrzychu. Siedział przy stole, w tle przygrywała hotelowa muzyka o dziwnie bojowych rytmach, a on irytował się, że jego dawne słowa o „oczekiwaniu zapieprzania” po latach wciąż postrzegane są jako zapowiedź i afirmacja prymitywnego stylu gry. Czuł, że taka łatka jest krzywdząca. Całkiem przytomnie powtarzał też, że „najważniejsze jest niepowtórzenie losu Wisły Kraków”, a Jakub Czerwiński wychwalał jego metody treningowe, zapowiadając, że kolejne tygodnie przyniosą zupełnie innego Piasta niż u schyłku kadencji Waldemara Fornalika.

Minęło kilka miesięcy. Po porażkach 0:1 z Rakowem i Legią przyszła wspomniana na początku seria: 2:1 z Cracovią, 2:0 ze Stalą, 1:1 z Lechem, 1:0 z Miedzą, 1:0 z Górnikiem, 1:0 ze Śląskiem, 1:0 z Wisłą, 3:2 z Widzewem. Samo to już się broni, ale nie sposób odmówić Vukoviciowi jednoczesnego talentu do rozwijania poszczególnych podopiecznych. Właściwie próżno szukać kogokolwiek, kto obniżył u niego loty, a cała grupa piłkarzy zaczęła grać na miarę oczekiwań lub potencjału.

Pewność naprawionej defensywy sprzyja Frantiskowi Plachowi. Błędów ustrzega się duet Ariel Mosór-Jakub Czerwiński. Bardzo dobrą rundę zalicza Arkadiusz Pyrka. Coraz częściej ciekawie wygląda Michael Ameyaw. Formę ustabilizował solidny Michał Chrapek. Wreszcie zawodzić przestał Jorge Felix. A taki Grzegorz Tomasiewicz wyrósł na jednego z najlepszych środkowych pomocników całych rozgrywek. Mało? Przez kilkanaście ostatnich miesięcy gliwiczanie nieco toksycznie uzależnili się od Damiana Kądziora, a tu, proszę bardzo, cztery ostatnie mecze i cztery zwycięstwa bez 30-letniego gwiazdora w składzie.

Klasa.

Vuković to dobry trener

– Czy jestem dobrym trenerem? Jestem bardzo dobrym trenerem, tylko nie wszyscy jeszcze o tym wiedzą – mówił Vuković jakiś rok temu w rozmowie z Legia.net, a mi kojarzyło się to z tym przaśnym cytatem z „Faktotum” Charlesa Bukowskiego: „Kochanie – wymamrotałem – jestem geniuszem. I pomyśleć, że nikt oprócz mnie o tym nie wie!”. Serb potrzebował jednak pracy w Piaście Gliwice – klubie silnym, ale jednak o znacznie słabszej marce i znacznie mniejszym potencjale niż Legia Warszawa – żeby udowodnić środowisku swoją wartość. I mu się to udało.

Już teraz.

Przereklamowany trener nie wszedłby z taką łatwością w buty Waldemara Fornalika. Najlepszym przykładem chociażby klęski Mariusza Lewandowskiego w Zagłębiu Lubin i Radomiaku, gdzie zastępował kolejno Piotra Stokowca i Dariusza Banasika. Aleksandar Vuković musiał przekonać szatnię Piasta całym szeregiem konkretnych umiejętności – nie tylko wymaganiami i oczekiwaniami, krzykiem i autorytetem, ale też warsztatem i kompetencjami. I jasne, że autorzy „Futbonomii” udowodnili, że śmiesznie niewielki procent menadżerów ma wpływ na wyniki obejmowanych przez siebie drużyn, ale chyba nie ma przypadku w tym, że ten 43-letni zawsze punktuje na poziomie ścisłej czołówki Ekstraklasy.

Czy niebo, czy piekło.

Czy spokój, czy kryzys.

Czy Legia, czy Piast.

Już w lutym wygrał zresztą ze swoim wieloletnim prześladowcą… Waldemarem Fornalikiem, którego pytał kiedyś żartobliwie przy zbijaniu żółwika: „Da mi pan choć raz wygrać?”. Było 2:0. Był to jakiś symbol tego, że z „kandydata na dobrego trenera” stał się po prostu „dobrym trenerem”.

Czytaj więcej o Piaście Gliwice:

Fot. Newspix

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

54 komentarzy

Loading...