Reklama

Nie zrozumiemy radości Argentyńczyków

Jakub Białek

Autor:Jakub Białek

19 grudnia 2022, 12:42 • 11 min czytania 86 komentarzy

Jest cały zalany we łzach, kiedy wytacza się z trybuny jakieś trzydzieści minut po tym jak Leo Messi ucałował puchar świata. Wytacza się to odpowiednie słowo, choć jeśli jest pijany, to jedynie wrażeniami. Idzie bezwiednie, a na jego twarzy malują się wszelkie emocje. Niedowierzanie. Szok. Spełnienie. Przekonanie, że warto było poświęcić tak dużo, by przeżyć coś, na co czekało się całe życie.

Nie zrozumiemy radości Argentyńczyków

O takich jak on – kochających mundial bardziej niż własne życie – do tej pory tylko mi opowiadali. – Zostawiłem wszystko, aby tu przylecieć. Pracę, dziewczynę… Sprzedałem auto. Zobaczyć Messiego całującego puchar… – opowiada ocierając uprzednio łzy z oczu. Jeszcze nie myśli o tym, co będzie, gdy wróci do Argentyny. Czy szef okaże się wyrozumiałym kibicem i jak długo będzie musiał zbierać na kolejny samochód. To nie ma znaczenia. Za przeżycie tych emocji mógłby zapłacić każdą cenę.

By potem stwierdzić: było warto.

Jego koleżanka, idąca obok, tylko chowa twarz w dłoniach. Nie chce rozmawiać. Nie jest w stanie wydusić z siebie ani słowa. Siada pod murkiem, wyglądając, jakby przeżyła właśnie okropną tragedię. Łzy lecą jej ciurkiem. Jak wielu innych Argentyńczyków, miała już dość opowieści o Maradonie, meksykańskim turnieju w 1986 roku, ponad stutysięcznych widowniach na Estadio Azteca. Nie dlatego, że są boomerskie. Po prostu nie czuła się ich częścią. Jeszcze nie było jej na świecie, gdy Argentyna sięgała po „drugą gwiazdkę”. Potrzebowała swojej historii. Dostała ją.

– Nie żałujesz? – pytam zalanego łzami chłopaka, bez samochodu, bez pracy, bez dziewczyny. – Nieeee – odruchowo kręci głową, sprawiając wrażenie pewnego swojej odpowiedzi. – To najszczęśliwszy moment mojego życia. Nie ma nic lepszego. To dla mnie wszystko.

Reklama

Rozmawiając z nim dochodzę do wniosku, że my – Polacy, Europejczycy – nie jesteśmy w stanie zrozumieć takich jak on. Piłka to nasze wielkie hobby, pasja wypełniająca dnie i noce, najistotniejsza z nieważnych rzeczy. Skakalibyśmy z radości, gdyby Polska zaszła daleko na mistrzostwach. Ale czy taki sukces zmieniłby życie zwykłego kibica? Raczej nie. Jeśli usłyszelibyście wtedy o kimś, kto sprzedałby swój samochód, by pojechać oglądać Lewandowskiego i spółkę na katarskich stadionach, pomyślelibyście zapewne, że postradał zmysły. A on – Argentyńczyk, z którym rozmawiam – nigdy tak o sobie nie pomyśli. – To najszczęśliwszy moment mojego życia – przypominam sobie te słowa i mam pewność, że nie ma w nich ani krzty blefu.

Nikt nie raduje się tak pięknie, jak Argentyna. Nikt nie wymyślił piękniejszej kibicowskiej pieśni niż „Muchachos”. Ogrom radości po finale był tak duży, że…

Nie, nie potrafię tego opisać słowami.

Nie wiem, jak opisać to szczęście wypisane na twarzach. Ten fanatyzm w oczach. To szaleństwo.

Reklama

Odsyłam was do vloga, w którym to wszystko nagrałem. To vlog o radości.

A ja wiem jedno – dobrze się stało, że to Argentyna wygrała mistrzostwo.

I jestem o krok od postulatu, by wygrywała je co cztery lata.

– Jestem prostym człowiekiem, dla mnie im więcej flag, tym większe wsparcie.

No dobra, bez kultowego „jestem prostym człowiekiem”, ale ów kibic serio tak powiedział – im więcej flag, tym będzie lepiej. 

Porzuciłem rodzinę? Wyczuwam lekkie kłamstewko, niemniej w przypadku Argentyńczyków byłoby to możliwe. 

***

Jeśli finały mają tak wyglądać, jestem też o krok od postulatu, by mundial rozgrywać częściej.

Można wymyślać Ligi Narodów, rozszerzać Klubowe Mistrzostwa Świata, napychać kalendarz jeszcze większą Ligą Mistrzów, jeszcze następną Ligą Konferencji.

Ale czy coś jest w stanie pobić mundial?

Nie.

Zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z tak dobrym turniejem. Rozmawialiśmy ostatnio w Kanale Sportowym o tym, czy to najlepszy mundial spośród tych, które pamiętamy (w moim przypadku – od 2002 roku). Pomyślałem sobie, że raczej tak, ale miałbym pewność dopiero w momencie, gdyby w finale wydarzyło się coś legendarnego. Takie 7:1, jak w półfinałowym meczu w Brazylii. Albo powtórka starcia Argentyny z Francją z Rosji. No i wydarzyło się. Jak dla mnie, ten finał przebił oba te wydarzenia.

Bo choć 7:1 było spektakularne, wielkie, symboliczne, to nie miało w sobie dramaturgii.

Spotkanie 1/8, nawet najbardziej cudowne, nie może się równać z finałem.

A tu było wszystko. Rewelacyjne wymiany podań Argentyny, kapitalny powrót Francuzów, błysk Mbappe, wielki mecz Messiego, wielki turniej Messiego, zwieńczenie jego wielkiej kariery. Ale i dwa cholernie istotne polskie wątki. Pożegnanie z mundialem Dariusza Szpakowskiego (czego nie słyszałem, a więc się nie wypowiem) oraz znakomite zawody Szymona Marciniaka (o czym za chwilę).

Jestem zdania, że ten mecz był potrzebny piłce nożnej jako takiej. Dzięki temu, że Messi sięgnął po mistrzostwo świata, a rok wcześniej po Copa America, już się nie da polemizować z tym, kto jest najlepszym piłkarzem w historii futbolu. Wcześniej przeciwnicy kandydatury Argentyńczyka mogli sięgać po koronny argument: ale nie wygrał nic z reprezentacją!

Messi najlepszy w dziejach.

Ostatecznie i definitywnie.

***

„Jeden miesiąc w Katarze, widziałem wszystkie  mecze Argentyny, potrzebuję biletu, by spełnić swoje marzenie”, ma napisane na kawałku kartonu jeden z argentyńskich kibiców, który stoi w widocznym miejscu przy wyjściu ze stacji metra. Oddałby wiele, by też przeżyć te emocje. Ale niewiele ma. Po prostu kończą mu się pieniądze. – Dwa tysiące dolarów – rzucił do niego jeden z koników, co na dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem jest niezwykle okazyjną ceną. Nie jest w stanie wyłożyć takiej sumy. Już na poprzednie wejściówki wydał grube dolary. Teraz czeka na gest. Na pomoc. Na litość.

Nie wiem, czy ostatecznie wszedł na stadion. Pewnie nie – bo niby czemu ktoś miałby się nad nim litować, skoro za cenę jednego biletu można odkupić któryś z samochodów, jakie argentyńscy kibice wstawili do komisów w Buenos Aires. Jeszcze kilka dni temu, chwilę przed półfinałami, ceny biletów na ten mecz u koników rozpoczynały się od pięciu tysięcy dolarów. I to w sytuacji, gdy niewiadomo było, kto w tym finale zagra. – Kup teraz, bo jeśli do finału awansuje Argentyna, ceny na pewno skoczą – kusili kibiców, przewidując, że najtańsze wejściówki osiągną na czarnym rynku poziom sześciu, siedmiu, ośmiu tysięcy dolarów.

A jednak ich ceny zamiast rosnąć – spadały. Nawet argentyński fanatyzm nie uciągnął tak dużych sum, chociaż gdyby było wiadomo przed meczem, co się wydarzy na stadionie Lusajl, znalazłoby się więcej osób skłonnych zapłacić każdą cenę. Dwa dni do meczu? Cztery tysiące. Dzień do meczu? Jeśli się dobrze zakręciłeś, wyrwałeś za 3,5 tysiące. W dniu finału rozpoczęła się wyprzedaż. Dwa tysiące dolarów to nie tylko okazyjna cena dla chłopaka, który trzymał w ręku ckliwy transparent. Wiele osób mogło stargować do tej kwoty, choć byli i tacy, którzy przyjmowali wejściówki od koników bez większych negocjacji, co jest typowe dla tego typu meczów. Klientela jest na nich dość specyficzna.

Finał był moim 26. meczem na tych mistrzostwach. Pod stadionem działo się tak niewiele, jak… na żadnym innym meczu w Katarze. Powody są dwa. Po pierwsze – wspomniana klientela. Na stadionie było wiele postronnych osób, jak zawsze w przypadku tego typu wydarzeń. Nie wierzcie tym, którzy mówią, że Argentyńczycy zajęli 82 tysięcy krzesełek. Było ich dużo, bardzo dużo, ale nie aż tak dużo. Po drugie – policjanci byli wyjątkowo zmobilizowani i kierowali kibiców od razu do bramek wejściowych. Stanie pod stadionem? Śpiewy? Zbiegowiska? Innym razem, idźcie na mecz.

Znacznie bardziej niż pod stadionem, atmosferę dużego (za dużego…) święta poczułem w metrze. Stacja Msheireb, czyli miejsce, w którym przecinają się wszystkie trzy linie metra. Przy czerwonej linii, prowadzącej prosto na Lusajl, zawalony ludźmi jest peron, schody, wejście i spora przestrzeń przed wejściem. Wygląda to jak solidna godzina czekania, aż uda się dopchać do pociągu. W tłoku, pocie i bezdechu.

Idę więc na peron obok, by ruszyć w przeciwległym kierunku, oddalić się o jedną stację, ale dzięki temu wejść do pociągu omijając tłum. Plan się powiódł, wszedłem do wagonu obłożonego tak w dziewięćdziesięciu procentach. Gdy otwarły się drzwi na stacji Msheireb, pojazd zaczął zalewać tłum, który nie jest w stanie nad sobą zapanować, bo jest pchany przez ludzi z peronu, którzy są pchani przez ludzi ze schodów, którzy są pchani przez ludzi z wejścia.  Leci w tej ludzkiej masie bez żadnej kontroli.

Po drugiej ludzie, którzy krzyczą, żeby nikt już nie taranował drzwi, próbujący zatamować tę wlewającą się falę swoimi ciałami. Kobity, które wrzeszczą. Pałętające się pod nogami dzieci, które płaczą.

Nieludzki ścisk, w którym jechało się przez dwie stacje. Duża część grupy wyszła na stacji Corniche, gdzie mieści się strefa kibica, dzięki czemu można było jechać do końca w spokoju (we względnym spokoju, bo na przykład para Koreańczyków kilka razy próbowała wysiąść, lecz jej się nie udało przepchać i musiała dojechać do końcowej stacji). Na Lusajlu zawsze był na tych mistrzostwach komplet, ale nigdy w dniu meczu nie kierowało się tam tyle osób. Jedni, by po prostu spędzić ten czas pod stadionem. Drudzy na strefę kibica. Trzeci jeszcze gdzieś indziej, w stronę centrum, by świętować Dzień Narodowy Kataru. Tak, wczoraj miało jeszcze miejsce najważniejsze święto państwowe organizatora mistrzostw.

Wiem, że brzmi to jak przesada. Ale jeśli kiedyś wyobrażałem sobie, jak wyglądają chwile przed tragedią spowodowaną zbyt dużą liczbą ludzi w jednym miejscu, to widziałem przed oczami mniej więcej coś takiego.

Ale na szczęście nic się nie wydarzyło.

– Say hello to my wife! – krzyknął pod koniec jazdy Argentyńczyk, chcąc rozgonić gęstą (dosłownie atmosferę).

Cały wagon sprezentował wielki hałas kobiecie, która została w Argentynie.

Po wyjściu z metra dalej szło się w tłoku i ogromym zaduchu, a podłoga… kleiła się jak nie przymierzając w Ulubionej. Nie od rozlanych drinków, a od ludzkiego potu.

***

Utarło się, że jeśli sędzia jest widoczny podczas meczu, oznacza to, że źle sędziuje. Szymon Marciniak był niezwykle widoczny. A mimo to posędziował świetnie.

Niezwykle trudne zawody dostał do prowadzenia polski arbiter. Wszystkie jego decyzje zostały już omówione, przemielone, przeanalizowane, więc nie będę robił tego raz jeszcze. Co rzucało się w oczy z perspektywy trybun? Przede wszystkim ta szybkość decyzji. Błyskawiczna. Ułamkosekundowa. Marciniak nie dawał sobie nawet żadnego czasu na zastanowienie się – a mógłby. On po prostu

I nieważne, czy mowa o zwykłej sytuacji w środku pola, czy niezwykle trudnej do wychwycenia symulce Thurama.

On widział wszystko.

Lepiej niż technologia.

A do tego znakomicie zarządzał tym spotkaniem. Szybko przypomniałem sobie o meczu o trzecie miejsce, w którym katarski sędzia – już abstrahując od potwornego babola – dawał sobie wchodzić na głowę. Marciniak? Druga  minuta, faul de Paula, zdecydowanie podbiega, coś tłumaczy w żołnierski sposób. Wysyła sygnał: panowie, ja tu rządzę. Takich scenek – gdy polski arbiter pokazywał pewność siebie, budując swój autorytet – była masa. Thuram został od razu wyjaśniony po symulce. Gdy Otamendi pobiegł z mocnymi pretensjami, po dwóch sekundach spostrzegł, że nic nie ugra. I tak dalej, i tak dalej.

Ale wiecie, co najbardziej zapamiętam?

Radość. Uśmiech. Może nie taki, jak u Argentyńczyków, ale jednak. Marciniak celebrował moment. Stres zostawił gdzieś w Płocku. Przed dogrywką żartował sobie z Llorisem. Pocieszał Mbappe, jakby był jego dobrym kumplem (może jest?). Sprzedał gest pod tytułem „koniec gadania”, który stał się wiralem. Nie miało się poczucia, że ten gość znalazł się tam przypadkowo – jak ten Katarczyk. Wręcz przeciwnie. To on czuł się na boisku najlepiej. A finał mistrzostw świata wyglądał jak jego naturalne środowisko. Jak moment, którym się napawa, który celebruje.

I pomyśleć, że za chwilę wróci gwizdać w lidze, gdzie będzie „kurwą, która nie biegnie do VAR-u”.

Gdzie z pretensjami ruszy na niego potężny Sasza Balić.

Gdzie Artur Jędrzejczyk będzie próbował zrobić z niego durnia, gdy pokaże oczywisty faul.

Nie piszę tego z pozycji pana marudy, niszczyciela dobrej zabawy. Chcę w ten sposób jeszcze bardziej docenić sukces Szymona Marciniaka. Dojść do finału mistrzostw świata z takiej piłkarskiej pipidówy…

To się nie mieści w głowie.

***

Ten finał był niemalże bezbłędny. Wszystko wypadło idealnie, jak w srogo przekoloryzowanym scenariuszu. Jeśli miałbym się do czegoś doczepić to… po jaką cholerę nałożono Messiemu tę pelerynę?

Sam emir Kataru fajnie pracował na swój wizerunek. Wystarczyło, że się pojawił, a stadion nagle zaczął przestać gwizdać na Gianniego Infantino, co pokazuje skalę uwielbienia, jakim się cieszy. Ogrzał się w cieple gwiazd, z którymi zbijał piątki jak najlepsi kumple z liceum. Sprawiał wrażenie wesołego, trochę rubasznego wuja, z którym to pożartujesz, wypijesz karak, siądziesz w namiocie beduinów, pogadasz, jak najlepiej przewiązać na głowie chustę.

Tylko ta peleryna. A w zasadzie to biszt, czyli typowy, tradycyjny, katarski ubiór.

Gdy Tamim bin Hamad Al Than zaczął nakładać na niego tę pelerynę, Messi zgłupiał. Nie wiedział, co począć. Panowie raczej nie dogadywali tego gestu. Z jednej strony – co to w ogóle oznacza? Z drugiej – nie wypada nie włożyć, bo może to obraza.

Przemęczył się więc Argentyńczyk.

Ale czy to zepsuło mu ten wieczór?

Dajcie spokój. Wielki mecz. Wielka sprawa. Wielkie przeżycie.

REPORTAŻE Z KATARU

Fot. Jakub Białek

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń

Najnowsze

Mistrzostwa Świata 2022

Komentarze

86 komentarzy

Loading...