Hamad International Airport w Dosze. Wielgaśne lotnisko szepcze odgłosem wody spływającej po ściankach fontanny kaskadowej. Hala przylotów przedstawia się napisem „najcudowniejsze lotnisko wita najcudowniejszych fanów świata”. Na telebimie zastygnięte w ruchu sylwetki Kyliana Mbappe i Neymara, międzynarodowych gwiazdorów PSG, klubu-pieszczoszka katarskich kacyków. Lokalny operator reklamuje się facjatami Saada Al-Sheeba, Akrama Afifa i Almoeza Aliego, najbardziej rozpoznawalnych reprezentantów Kataru, przedstawianych w pozach godnych statusu tutejszych ikon. Zewsząd wyziera mundialowe hasło Now is all”. Zmęczony człowieku, przyleciałeś właśnie do kraju, który zorganizuje mistrzostwa świata w piłce nożnej. 

Czy Katar jest gotowy na mistrzostwa świata? | Reportaż

Pierwsze walizki wytaczają się na taśmę. Wskazówki zegara na popękanym ekranie telefonu niebezpiecznie zbliżają się do ludowej godziny wilka. Szczupły czarny mężczyzna w granatowym kombinezonie roboczym dzierży w dłoni gąbczastą ścierkę i wpatruje się w drzwi toalety. Wchodzi do niej Katarczyk w thawbie, więc szczupły czarny mężczyzna w granatowym kombinezonie roboczym podchodzi do klamki i starannie ją czyści. Chwilę później Katarczyk w thawbie wychodzi, więc szczupły czarny mężczyzna w granatowym kombinezonie roboczym wchodzi do wucetu i obciera klamkę po drugiej stronie. Ma na imię Tau. Pochodzi z Botswany. – W środku nocy przychodzi mniej osób – uśmiecha się nieśmiało i nie ożywia się na słowa o mistrzostwach świata, bo trzeba przejechać szmatką po drzwiach szaletu.

Piękna rzecz na Doha Corniche

„Pisarz nie jest od podziwiania bicepsów narodu”

Julian Barnes

Kolejka do kantoru. Dwadzieścia złotych i siedemdziesiąt lirów tureckich upchniętych w portfelu. Zablokowany rachunek na koncie bankowym. „Za żadne skarby nie mów im, że jesteś dziennikarzem”, powtarzam sobie treść wiadomości od Fedora Turbina, działacza Najwyższego Komitetu. Kiedy jednak rzeczowa kasjerka walutowa podnosi brwi na niezdarną próbę wymiany monet i pyta o wykonywany zawód, rzucam trwożliwe „journalist” i rozglądam się za kordonem służb porządkowych. W końcu to kraj, w którym za sam fakt posiadania legitymacji prasowej można podzielić los Halvoara Ekelanda i Lokmana Ghorbaniego, dwójki norweskich pismaków, przetrzymywanych przez trzydzieści godzin w lokalnym areszcie za przeczesywanie brudów z katarskiej szafy. W międzyczasie na stole pojawia się czterdzieści riali.

Katarczycy ciągle gadają o pieniądzach. Żona Jacka Moskwy, byłego pracownika akademii Zagłębia Lubin i obecnego trenera bramkarzy w Aspire Academy w Al Rayyan, pracuje w miejskiej kwiaciarni, której właściciele szczycą się zarobkiem na poziomie pięciuset tysięcy riali miesięcznie w okresie ramadanu. Architekci stadionów prześcigają się w rzucaniu kwotami, liczonymi w petrodolarach i wydanymi na wzniesienie monumentalnych obiektów, które w siedmiu na osiem przypadków w pełnej okazałości przydadzą się tylko między 21 listopada a 18 grudnia. Otoczenie emira Tamima bin Hamada Al Thaniego lubi podkreślać, że żaden inny kraj nie wydał więcej pieniędzy na zbudowanie infrastruktury przed startem mundialu. Ba, suma kosztów organizacji imprez we wszystkich dotychczasowych państwach-gospodarzach w historii piłki nożnej nie przekracza sumy kosztów organizacji katarskiego czempionatu.

Wydano grubo ponad dwieście miliardów dolarów. Wzniesiono tysiące budynków. Powstały setki kilometrów wielopasmowych autostrad. Wybudowano dziesiątki stacji metra. Na rzecz mundialu postawiano nawet całe miasto – Lusail ugości finał katarskiej imprezy. Nigdy wcześniej żaden inny kraj nie dostał więcej czasu na przygotowanie się do mistrzostw świata, więc grzechem byłoby nie skoncentrować uwagi całego narodu wokół jednego celu i jednej daty. Jeśli piłka nożna – podążając za myślą Ryszarda Kapuścińskiego – gdziekolwiek może pełnić rolę czynnika narodowotwórczego, to właśnie na zachodnio-południowym wybrzeżu Zatoką Perskiej.

Najlepiej proces ten uwidacznia się na Doha Corniche, gdzie w balonie umieszczony został Countdown Clock, zegar odliczający czas do startu mundialu. Lokalsi, zarabiający dziesiątki tysięcy riali miesięcznie i dopieszczani przeróżnymi ulgami przez państwo, uczynili sport narodowy z przechadzania się pomiędzy łopoczącymi w drodze do instalacji flagami trzydziestu dwóch uczestników mistrzostw świata i wręcz kompulsywnego strzelania selfie z zegarem w tle. W okolicy pachnie morską bryzą, cumują drewniane stateczki, bawią się rodziny z dziećmi, rosną palmy, cieniem kusi park, a strażnicy na wielbłądach krążą dookoła pałacu Amiri Diwan, czyli oficjalnego miejsca pracy i biuro emira Kataru.

To drugie – po tradycyjnym rynku Souq Waqif – miejsce najchętniej odwiedzane przez turystów z zachodnich cywilizacji. Dwa kanadyjskie małżeństwa przyglądają się więc moim wywodom przed okiem kamery. Chcą zobaczyć banderę swojej reprezentacji i strzelić sobie fotkę w anturażu symboliczności Countdown Clock i panoramy West Bay. Kanadyjczycy porozumiewają się z akcentem zrozumiałym dla każdego, kto nie przysypiał na zajęciach języka angielskiego w podstawówce.

– Chcemy, żebyście zapamiętali nasze twarze, jeśli Kanada wygra mistrzostwa świata! – przekazuje dziarski mężczyzna z kraju Alphonso Daviesa.

– Podoba wam się Katar?

– Ten Countdown Clock to pierwsze miejsce, do którego przyjechaliśmy. Piękna rzecz, świetny pomysł. A to co? Amiri Diwan, rezydencja emira, mówisz? Chyba nic ciekawego, nie? Ale też piękna rzecz!

Niepiękna rzecz na dziesiątym piętrze AMT Mena

„Jedyną rzeczą bliską reporterskiemu obiektywizmowi, jaką w życiu widziałem, była kamera na stacji benzynowej”

Hunter S. Thompson

Widok z pokrytego warstwą nawianego piasku okna pokoju na dziesiątym piętrze hotelu AMT Mena w centrum Dohy to jeden wielki plac budowy i jeszcze raz jeden wielki plac budowy. I jeszcze jeden wielki plac budowy. Wszędzie przechadzają się robotnicy w jaskrawych kamizelkach narzuconych na masywne kombinezony, w kominiarkach na twarzach i goglach na nosach. Pracują od brzasku do zachodu słońca i od zachodu słońca do jutrzenki. Niewiele mówią. Najwyższym zaobserwowanym stadium interakcji społecznym była wyrażona na migi prośba grubawego proletariusza o kopsnięcie mu szluga. Nawet nie zdążył podziękować, bo zanim dostał zapalniczkę, znikał już w gąszczu wieczornych robót.

– Jadę do tego Kataru. Powiem szczerze, że jestem załamany. Mały kraj, pewnie dużo mniejszy niż województwo mazowieckie. Są tam sztuczne zbiorniki, sztuczna trawa, wszędzie jest piasek. W dodatku wyzysk ludzi, młoty pneumatyczne, które słyszy się o drugiej czy trzeciej w nocy. Wszędzie pył. Stadiony są blisko siebie, a galerie otwarte od godziny piętnastej. Piwa brak. Co tam robić przez miesiąc? – pytał retorycznie komentator Mateusz Borek, gdy wrócił z losowania mundialowych grup, w felietonie „Espresso z Matim” na Kanale Sportowym.

W Polsce szaleje inflacja, więc na katarskiej ziemi można chociażby pasyjnie kupować półtora litrowe baniaki wody za trochę ponad złotówkę, zalewać po trzy złote za litr benzyny i uśmiechać się na całkiem rozsądne ceny na sklepowych półkach. Już pal licho, że wychylenie filiżanki kawy potrafi uszczuplić kieszeń o trzydzieści złotych, bo to jeszcze nie ten wiek, żeby każdy poranek zaczynać od małej czarnej. I byłoby tak pięknie, gdyby tylko nie to piwo, które nie jest ogólnodostępne i kosztuje równowartość sześćdziesięciu złotych w niektórych hotelowych barach. Podczas mistrzostw świata – naturalnie rozpłukanego i niskiej jakości – browarka będzie można napić się też w strefach kibica, ale tanio nie będzie.

Tym bardziej, że im bliżej listopada, tym częściej emir Al Thani nastraja swoich popleczników wokół narracji o treści – „przymkniemy oko na drobne grzeszki przyjezdnych, ale pod warunkiem, że goście uszanują naszą kulturę”. W Ambasadzie Polski w Dosze słyszymy, że Katarczycy nie znoszą widoku ulicznego pijaństwa i należy spodziewać się zdecydowanych interwencji miejscowych policjantów, wspartych chociażby oddziałami antyterrorystów z Wielkiej Brytanii czy funkcjonariuszy z Maroka, w pacyfikowaniu nabzdryngolonych kibiców.

W końcu Katar chlubi się mianem jednego z najbezpieczniejszych krajów świata. Podczas mundialu nie wjedzie na jego teren nikt, kto nie będzie identyfikował się jako kibic. Już teraz tego pustynnego państwa bogaczy nie zwiedzi żadna istota ludzka bez paszportego covidowego i ważnego testu PCR. Na siedemdziesiąt dwie godziny przed przylotem każdy przyjezdny musi zarejestrować się w systemie lub aplikacji Ehteraz, o którą – dla żartu lub na serio – pytają w każdym sklepie i na każdej stacji benzynowej. Nieprzypadkowo choć pierwsza katarska zasada poruszania się samochodem brzmi – „trąb na każdego”, druga – „nie przekraczaj prędkości”, to trzecia – „nie zgub się”. Gdy więc wynajętym autem zboczyliśmy z szosy w drodze do Al Rayyan, zatrzymał nas służbista z karabinem w ręku i przez kilka minut pokrzykiwał, że zarekwiruje paszporty i tyle z wizyty na stadionach. Trep łaski udzielił dopiero na hasło „journalist”.

Podobnie alergicznie reaguje otyły koleś w błękitnej koszulce polo w okolicach Doha Sports Stadium, stołecznego mini-obiektu piłkarskiego w kształcie twierdzy. Wołają na niego „boss”. Na ogrodowym białym krzesełku siedzi z powagą króla na tronie. – Gadasz po angielsku, to posłuchaj. Tam rozgrywa się ważny mecz władz federacji. Dostałem przykaz, że nikt nie może wejść. Musiałbyś napisać podanie do Najwyższego Komitetu. Ktoś napisał, to ty? Nie ty? Zmykaj stąd w podskokach, dobrze? – rozkazuje. Naprawdę żal patrzeć na dwudziestu dwóch chłopa męczących się z piłką przy nodze na połówce trawiastego boiska, więc – zgodnie z przykazem – zmykam w podskokach, ale zaraz „boss” goni mnie obskurną uliczką, żeby dodać, że innego dnia przywita mnie chętniej i prosi, żebym nie miał do niego żalu.

Bo Katar, choć cały zakopany w budowie i wciąż niegotowy na start mistrzostw świata, choruje na obsesję przedstawiania się w najpiękniejszych obiektywach. Gianni Infantino, mieszkający na katarskiej ziemi prezydent FIFA, mawia, że to będzie najbardziej ekologiczny i nieinwazyjny w kwestii emitowania dwutlenku węgla mundial w historii piłki. Specjaliści z Carbon Market Watch ripostują, że obietnice władz giganta naftowego są w tej kwestii „niewiarygodne” i „nieprzejrzyste”, ale cóż z tego, skoro słyszymy, że jeśli gospodarz mistrzostw świata 2022 nie zdąży z wykończeniem infrastruktury, wszelkie place budowy przykryte zostaną roślinnością z lokalnych szkółek. I miasta się zazielenią.

Brzydka rzecz Asian Town

„Nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele twojego pochodzenia wszyto w podszewkę twoich ubrań”

Tom Wolfe

Nie zazielenią się za to zapomniane przez bogaczy dzielnice industrialne. Brudne i nudne pustynne baraki leżą dwa kwadranse drogi od centrum największych miast. W obozach pracy mieszkają setki tysięcy robotników-migrantów z krajów trzeciego świata. W jednej z lokalnych galeriach handlowych w biedackim Asian Town, takiej przywodzącej na myśl potworkowate wytwory rodem z początku lat dziewięćdziesiątych, stoi ochroniarz z Kenii. Każdego białego, nie ma tu ich za wielu, najpierw pyta o Ehteraz, a potem jest już sztama. – Pracuję dwanaście godzin dziennie na baczność – mówi i zbija piątkę. Zna tu tylko pojedyncze osoby, kilku rodaków, kilku taksówkarzy i kilku hinduskich kuchcików, ale nie ma za dużo pracy, bo nikt tu nie kradnie. Bo i nie ma czego. Katarczyków w thawbach widuje tylko na zdjęciach.

Nie zazielenią się również parkingi podziemne. Parkują w nich najdroższe samochody globu. Są tak wypasione, że aż żałuję, iż nigdy nie zajarałem się motoryzacją. Panuje w nich tropikalna duchota, w której egzystują ochroniarze z krajów afrykańskich. – Nie pytaj mnie o to, w ojczyźnie byłem bardzo, bardzo biedny – rzuca chłopak z Ugandy, który dzień w dzień odprowadza wzrokiem fury w hotelu AMT Mena. Zarabia minimalną krajową – tysiąc riali. Nie ma nic do powiedzenia. Ani na temat siebie, ani na temat nas, ani na temat mundialu.

Nie zazielenią się też inne miejsce, w których żyją robotnicy-migranci, którzy wybudowali ten mundial i których spotyka się na każdym kroku. W listopadzie i grudniu mają zniknąć z ulic. Spotkać ich będzie można w przestrzeniach użyteczności publicznej, w dyskretnej odległości od fanów futbolu, z dala od piłkarskiej euforii. W końcu trzeba będzie przejechać szmatką po drzwiach szaletu.

W Kwartalniku Kanału Sportowego znajdziesz większe reportaże o przygotowaniach Kataru do mistrzostw świata 2022

Czytaj więcej o Katarze:

Magda Linette pokonała Wiktorię Azarenkę!

Sebastian Warzecha

32-letni debiutant z dubletem dla reprezentacji Hiszpanii

redakcja

Hiszpanie wykończyli Norwegów. Wymarzony debiut 32-letniego Joselu

redakcja

Andreas Christensen kontuzjowany, opuści El Clasico

redakcja

Media: Marco Asensio na wylocie z Realu Madryt

redakcja

Jan Błachowicz zawodnikiem roku w polskim MMA

redakcja

Magda Linette pokonała Wiktorię Azarenkę!

Sebastian Warzecha
0

Hiszpanie wykończyli Norwegów. Wymarzony debiut 32-letniego Joselu

redakcja
6

Bez Kubackiego też się da. Polacy na podium drużynówki w Lahti

Sebastian Warzecha
0

Słabi Bednarek i Kiwior nie sprawiają, że Glik staje się dobry

Mateusz Janiak
32

Janczyk z Pragi: Dotrzeć do głów, a nie je ścinać. Santos i walka z mentalnością przegrywów

Szymon Janczyk
75

Halowe Mistrzostwa Świata 2026, czyli co to za impreza… i czy się opłaca?

Szymon Szczepanik
3