Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Przepis o wychowanku zamiast przepisu o młodzieżowcu? Plusy i minusy

Jakub Białek

Autor:Jakub Białek

16 listopada 2021, 17:45 • 11 min czytania 27 komentarzy

– Przepis o młodzieżowcu ma rację bytu. Jestem jak najbardziej za tym. Z tym, że mam jedno zastrzeżenie. Chciałbym i wierzę, że to będzie możliwe, żeby ci młodzieżowcy byli wychowankami danego klubu. Uważam, że wtedy wszyscy ludzie, którzy pracują w klubie – zarządy, dyrektorzy sportowi, trenerzy – będą w stu procentach zwracać uwagę, jak się pracuje w danej akademii – rzucił w programie Debata+ Veljko Nikitović.

Przepis o wychowanku zamiast przepisu o młodzieżowcu? Plusy i minusy

Innymi słowy – dyrektor sportowy Górnika Łęczna proponuje, by przepis o młodzieżowcu zastąpić przepisem o wychowanku*.

To ciekawy pomysł. Na tyle ciekawy, że warto się nad nim głębiej pochylić. Zwłaszcza, że skoro został już rzucony w eter, będzie w przyszłości pewnie powracał. Postanowiliśmy wyobrazić sobie, jak wyglądałaby polska piłka, gdyby przepis o młodzieżowcu został zastąpiony przepisem o wychowanku. I wypisaliśmy plusy i minusy takiego scenariusza.

* Wychowanek = piłkarz, który spędził w danym klubie przynajmniej trzy lata pomiędzy 15. a 21. rokiem życia.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

PLUS – KLUBY POPRAWIŁYBY SZKOLENIE

Czy przepis o młodzieżowcu sprawia, że akademie klubów szczebla centralnego działają prężniej? Niekoniecznie. Dla jednych jest to faktycznie impuls, by szkolić lepiej, dla drugich kolejny obowiązek na liście zadań dyrektora sportowego pt. „ściągnij latem dwóch młodzieżowców”. Sama konieczność grania młodymi niewiele zmienia w kwestii szkolenia, jeśli ci są za rogiem i chętnie podpiszą się pod ekstraklasowym kontraktem.

Jednocześnie oczywistym jest, że kluby stawiają dziś na szkolenie. Spójrzmy na samą Ekstraklasę – niedawno powstały porządne ośrodki treningowe w Szczecinie, Krakowie (Cracovia) i Białymstoku. Pytanie, czy są motywowane przepisem, czy jednak liczą na zyski z potencjalnych transferów, wiedząc, że polski talent zaczyna być w cenie.

Gdyby wprowadzić przepis o wychowanku, nie byłoby przeproś. Kluby stawałyby na głowie, by zrobić wszystko, żeby w każdym roczniku produkować piłkarzy gotowych do profesjonalnej piłki. Nagle zaczęłyby znajdować się środki na nowe boiska, rozwijane byłyby rzetelne programy szkolenia, a grupy młodzieżowe nie byłyby prowadzone przez Wieśka, klubową ikonę, któremu trzeba dać pracę, a prawdziwych fachowców.

Po prostu – szkolenie nie stałoby się „tym, czym się zajmiemy, jak już uratujemy ligę 28-letnim Serbem”, a poważnym, pryncypialnym wręcz zadaniem dla każdego klubu. Oznaczałoby to czerwone światło dla wszelkich “sztucznych” projektów w stylu Bruk-Betu czy Groclinu. Jeśli klub nie byłby oparty na jakiś fundamencie, nie miał strategii czy filozofii, a interesowałby go tylko szybki awans na szczebel centralny, miałby problem. Przepis o wychowanku promowałby kluby stawiające na szkolenie od lat. A te, które nie szkolą, po prostu grałyby – w dużym uproszczeniu – jedenastu na dziesięciu.

PLUS – ROZBUDOWA SKAUTINGU MŁODZIEŻOWEGO

Czy skauting jest problemem polskich klubów? Całkiem sporym. Należy go podzielić na dwa sektory – skauting do pierwszej drużyny i skauting młodzieżowy. Transfery wciąż opierają się na zasadzie poleceń menedżerów czy analiz w stylu „dobra, nieźle wygląda na wideo, bierzemy go”. Dość stwierdzić, że dopiero w zeszłym sezonie Jagiellonia i Wisła Płock utworzyły w swoich klubach działy skautingu.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Ale praca skauta to nie tylko lot na weekend do Hiszpanii, obejrzenie kilka meczów Segundy B, zjedzenie paelli, przepicie winem i powrót do kraju z notesem obserwacji. W rzeczywistości to o wiele mniej efektowna robota. I tu dochodzimy do skautingu młodzieżowego, który oznacza jeżdżenie po niższych ligach w regionie i wyłapywanie perełek. Te działy nie są zbyt rozbudowane. I często, zamiast na klasycznych skautach, kluby opierają się na…

  • pasjonatach, którzy jeżdżą po regionie, żeby mieć sobie co wpisać w CV,
  • byłych piłkarzach, którym wypadałoby dać pracę, bo przecież tyle zrobili na boisku, a poza doświadczeniem z szatni i zasługami niewiele mają do zaoferowania,
  • znajomościach, czyli odbieraniu telefonów od znajomych trenerów „słuchaj, w Zrywie Skroniów gra ciekawy chłopak”.

Czy to hula? Trochę tak, a trochę nie. Skauting młodzieżowy to coś, na co warto stawiać, bo to nie tak, że wielkie talenty same przychodzą do klubu. Kacpra Kozłowskiego, Jakuba Modera czy Karola Linettego też trzeba było gdzieś wypatrzyć. Ilu zdolnych chłopaków przepadło, bo nikt ich nigdy nie zauważył albo źle ocenił potencjał? No i ile talentów z regionu przeszło klubom koło nosa, bo ktoś był szybszy?

PLUS – TRENERZY AKADEMII ZOSTANĄ DOCENIENI

Rozwój akademii oznaczałby także rozwój trenerów. Kluby chciałyby mieć jak najlepszych fachowców, więc chętniej wysyłaliby ich na wszelkie kursy, staże czy konferencje. A ponadto znacznie bardziej by ich doceniały.

Dlaczego? Ano dlatego, że dobrego trenera można byłoby skusić niezłą ofertą. Rzeczywistość wielu zdolnych szkoleniowców od piłki juniorskiej wygląda dziś następująco: do 13 wuef w szkole, o 16:00 zajęcia w akademii X, o 19:00 trening w szkółce Y. To praca dla pasjonatów, a nie ludzi ceniących stabilizację.

Sławomir Czarniecki, koordynator akademii Bayeru Leverkusen, uważa, że najwięcej powinni zarabiać trenerzy najmłodszych kategorii wiekowych, bo oni mają największy wpływ na rozwój zawodnika. Większy nacisk na wychowywanie sprawiłby, że ci niżsi w hierarchii mieliby większe możliwości rozwoju, stabilniejszą pracę i docenienie. Pojawiłby się również skauting takich trenerów, podczas gdy w Ekstraklasie wciąż raczkuje skauting szkoleniowców do pierwszego zespołu.

PLUS – WIĘCEJ KORZYŚCI DLA MAŁYCH KLUBÓW

Żeby wychować piłkarzy gotowych do gry w Ekstraklasie, kluby musiałyby przechwycić jak najwięcej perełek z regionu na wczesnym etapie. Można to zrobić na dwa sposoby – albo wypatrzeć talent i spróbować go kupić, albo wcześniej dogadać się z małymi klubami w okolicy na stałą współpracę, z której skorzystałyby obie strony.

Dla małych klubów to budowanie success story na zasadzie „co roku dwóch naszych piłkarzy idzie do Wisły” i zgarnianie procentów od przyszłych transferów. Dla dużych – stały dopływ zdolnych zawodników już na etapie 12- czy 14-latków.

PLUS – MNIEJ PRZEDWCZESNYCH WYJAZDÓW

Są trzy szkoły transferów zagranicę. Pierwsza – wyjedź czym prędzej i jak najszybciej przesiąknij zachodnimi wzorcami. Druga – zdecyduj się na transfer, gdy będziesz gwiazdą ligi. Trzecia, pośrednia i ostatnio najpopularniejsza – błyśnij w Ekstraklasie i w miarę szybko ruszaj w świat.

Rzeczywistość pokazuje, że pierwsza szkoła często oznacza powrót po kilku latach z niespełnionymi ambicjami.

Ilu kojarzycie chłopaków, którzy jako 16-latkowie grali w Borussiach, Bayerach czy innych Evertonach, a po powrocie do Polski nie dają rady na poziomie Ekstraklasy? Jest ich całkiem sporo. Czasem dlatego, że wyjazd okazał się przedwczesny, a oni ulegli złudzeniu dużej marki. Przepis o wychowanku sprawiłby, że młodzi piłkarze mieliby przed sobą większe perspektywy w swoich obecnych klubach. I wizja szybkiego debiutu na szczeblu centralnym byłaby dopisana do listy argumentów na „nie” przy propozycji z dużego klubu.

PLUS – KIBICE WIDZIELIBY OSŁAWIONĄ MŁODZIEŻ Z REGIONU

Chcemy budować klub, który stawia na wychowanków, promuje młodzież z regionu, bla, bla, bla… Jeśli nowy prezes chce zaplusować u kibiców, mówi na starcie kadencji właśnie taką formułkę. A później zazwyczaj okazuje się, że chęci są, ale młodzież z regionu się nie nadaje. Przepis o wychowanku byłby mokrym snem każdego kibica-idealisty. Obserwowałby regularnie chłopaków z osiedla, a nie młodzieżowców-najemników.

MINUS – KLUBY NIE SĄ NA TO GOTOWE

Pomysł brzmi bardzo idealistycznie, ale czy jest realny? Gdyby wprowadzić go dziś, w Ekstraklasie graliby regularnie następujący piłkarze:

  • Lech Poznań: bez zmian (dalej gra Kamiński)
  • Lechia Gdańsk: bez wielkich zmian (dalej grają Żukowski, Sezonienko i Kałuziński, odpada Biegański)
  • Pogoń Szczecin: bez zmian (dalej grają Kozłowski, Żurawski i Smoliński)
  • Raków Częstochowa: gra np. Trelowski (odpadają Szelągowski, Lederman i Długosz)
  • Radomiak Radom: gra np. Nowakowski (odpadają Majchrowicz, Kochalski i Grudziński)
  • Śląsk Wrocław: gra np. Boruń (odpadają Praszelik, Zylla, Bejger i Iskra)
  • Stal Mielec: gra np. Seweryn (odpada Sitek)
  • Piast Gliwice: gra np. Gendera (odpadają Pyrka, Mosór, Ameyaw, Kirejczyk i Winciersz)
  • Jagiellonia Białystok: bez wielkich zmian (dalej są Dziekoński czy Bida, odpadają Tabiś i Wdowik)
  • Wisła Płock: gra np. Witek (odpadają Kocyła, Gerbowski czy Błachewicz)
  • Cracovia: bez zmian (dalej grają Rakoczy i Myszor)
  • Zagłębie Lubin: bez zmian (dalej grają Poręba i Kruk)
  • Wisła Kraków: odpadają Starzyński, Młyński czy Sobol
  • Górnik Zabrze: dalej gra Kubica (ale odpada Wojtuszek)
  • Bruk-Bet: gra np. Kuta (odpadają Śpiewak, Grabowski i Kukułowicz)
  • Warta Poznań: nie gra nikt (odpadają Matuszewski, Burman i Czyż)
  • Legia Warszawa: bez wielkich zmian, gra Miszta lub Tobiasz (odpadają Skibicki i Nawrocki)
  • Górnik Łęczna: gra np. Duda (odpadają Wędrychowski i Szcześniak)

Jak widać – nie wszystkie kluby byłyby gotowe na taką zmianę. Nawet w przypadku Górnika Łęczna, czyli macierzystego klubu Nikitovicia, pojawiłby się ogromny problem oznaczający spadek jakości pierwszej jedenastki. Kluby są na różnym poziomie rozwoju – o Rakowie można mówić w samych superlatywach nawet mimo faktu, że nie dorobił się jeszcze prężnej akademii. Można zakładać, że efekty szkolenia przyjdą. Nie za sezon, a za kilka lat. Do tego momentu Raków byłby ewidentnie poszkodowany przepisem o wychowanku.

MINUS – POSZKODOWANE BYŁYBY KLUBY Z MAŁYCH MIAST I Z TRUDNYMI RELACJAMI Z MIASTEM

Żeby szkolić, potrzebna jest infrastruktura i materiał ludzki. Są ośrodki, gdzie zwyczajnie trudno zebrać porządną liczbę utalentowanej młodzieży. O wiele łatwiej wyłapać zdolnych chłopaków w Warszawie, będąc Legią, nieporównywalnie łatwiej np. do Niecieczy, gdzie – tak po prostu – mieszka znacznie mniej osób. Oczekiwanie od Bruk-Betu, że co sezon wyprodukuje jakiegoś wychowanka, jest zwyczajnie szaleństwem. I taki Bruk-Bet byłby poszkodowany względem większych ośrodków.

Tak samo jak wszystkie kluby, które nie mogą się dogadać z miastem. Bez porządnej infrastruktury trudno o efektywne szkolenie. A bez przychylności miasta, trudno o porządną infrastrukturę. Już teraz niektóre kluby mogą czuć się poszkodowane przez brak stadionu na miarę XXI wieku, a doszedłby do tego jeszcze aspekt konieczności posiadania dobrej akademii.

MINUS – WYCHOWANKOWIE STAWIALIBY KLUBY POD PRESJĄ

Pamiętacie Oskara Sewerzyńskiego i szalony kontrakt, jaki zaproponował Koronie jego agent? Jeśli nie, to przypomnimy wam tę historię w skrócie – młody piłkarz pokazał się na zimowym obozie i klub w ramach docenienia chciał zaproponować mu nową umowę. Odbił się od ściany po propozycji agenta, która była… hmm… co najmniej ciekawa.

O jej szczegółach można przeczytać tutaj.

I tak jak plusem przepisu o wychowanku byłoby unormowanie transferów pomiędzy klubami, tak patologie mogłyby zacząć dziać się w samych klubach. Załóżmy, że jest 18-latek, który ma świadomość, iż wybija się ponad resztę wychowanków. Dlaczego miałby nie zażyczyć sobie od klubu o 10 tysięcy więcej, niż powinien dostać? Przecież klub straciłby o wiele więcej na jego odejściu, musząc grać piłkarzami, którzy nie są gotowi na ligę. Dziś taki klub może powiedzieć „nie to nie, ściągniemy sobie innego”. Z przepisem o wychowanku stałby pod ścianą.

MINUS – PIŁKARZE DUSILIBY SIĘ W KLUBACH

Czy Kamil Piątkowski wypłynąłby, gdyby funkcjonował przepis o wychowanku? Miałby znacznie trudniej. Raków dostrzegł w nim coś więcej niż Zagłębie Lubin, bo musiał znaleźć sobie młodzieżowców. Czy równie chętnie ściągnąłby do siebie tego piłkarza, mającego niewielkie znaczenie w drużynie „Miedziowych”, gdyby nie musiał? Mamy wątpliwości.

PRACOWITY LENIUCH. TAJEMNICA SUKCESU KAMILA PIĄTKOWSKIEGO

Takich historii byłoby pewnie więcej. Piłkarze siedzieliby w swoich klubach, licząc, że w razie urazów ich kolegów w końcu dostaną szansę. Kluby z kolei trzymałyby ich na wszelki wypadek, nie wierząc, że z tej mąki będzie chleb. W efekcie wszystkie strony traciłyby czas.

Identycznie miałyby się sprawy z talentami w niższych ligach. Raz, że zgłaszałoby się po nich mniej klubów (nie musiałyby), dwa – drugoligowcy też musieliby grać wychowankami, więc nie byliby zbyt chętni na oddawanie swoich piłkarzy. Taki chłopak w efekcie siedziałby na poziomie drugiej ligi i zbierał doświadczenie, podczas gdy przepis o młodzieżowcu otwiera mu wrota do Ekstraklasy.

MINUS – OGRANICZYŁABY SIĘ LICZBA WYPOŻYCZEŃ MŁODYCH PIŁKARZY

Hubert Turski i Filip Szymczak nie rozwijaliby się w pierwszej lidze. Zostaliby odpowiednio w Pogoni i Lechu po to, żeby siedzieć na ławce. Analogicznie, nie doszłoby pewnie do wypożyczeń na poziom Ekstraklasy…

  • Macieja Żurawskiego do Warty, gdzie zaliczył najlepszą rundę w karierze,
  • Marcela Wędrychowskiego do Górnika, gdzie może grać,
  • Mateusza Kochalskiego do Radomiaka, gdzie ma znacznie większe szanse na grę niż w Legii (choć i tak nie gra).

Oczywistością jest, jak ważna dla młodego piłkarza jest regularna gra. Kluby z tego samego bądź niższego szczebla sięgają po nich, gdy mają problem z młodzieżowcami. Wypożyczenia oczywiście wciąż by funkcjonowały, ale ich skala byłaby nieco mniejsza.

MINUS – PRZEDWCZESNE SZANSE

Gdy Kacper Kozłowski miał 14 lat, trenował już z pierwszym zespołem. Wiadomo było, że zrobi karierę. Na dobrą sprawę mógł dostawać regularne szanse już jako 15-latek, ale z jakichś powodów Kosta Runjaić chciał go wprowadzać powoli. Wszystko po to, by młody piłkarz się nie spalił, był gotowy fizycznie na ten poziom i by nie odwaliło mu po zbyt szybko otrzymanym zaufaniu.

Wielu trenerów podkreśla, że nie można za szybko postawić na młodego. On musi być faktycznie na to gotowy. Przepis o wychowanku drastycznie obniżyłby pulę młodych zawodników, z których trzeba wybierać, a to znaczyłoby, że wielu z nich dostawałoby szansę zdecydowanie przedwcześnie. A jeśli 16-latek nie jest jeszcze przygotowany na Ekstraklasę – czy fizycznie, czy mentalnie, czy pod względem umiejętności – to lepiej by rozwijał się w rezerwach, a nie pływał po zbyt głębokiej wodzie.

***

Co nam wyszło z tego porównania plusów i minusów? Ano to, że w idealnym świecie byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie. Ale świat idealny nie jest – a zwłaszcza nasza piłka – więc na ten moment widzimy więcej zagrożeń niż korzyści.

Pamiętajmy jednak, że przepis o młodzieżowcu, gdy sobie teoretyzowaliśmy, też nam się nie podobał. Praktyka pokazała, że jak najbardziej spełnia swoją rolę. Póki co nie słyszeliśmy, by ktokolwiek w polskiej piłce rozważał na poważnie przepis o wychowanku, więc potraktujcie nasz tekst jak dyskusję akademicką.

No i jednocześnie dajcie znać – a co wy sądzicie o pomyśle Veljko Nikitovicia?

CZYTAJ TAKŻE:

Fot. FotoPyK

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

27 komentarzy

Loading...