Reklama

Jak upadło Deportivo La Coruna?

redakcja

Autor:redakcja

31 października 2021, 08:48 • 11 min czytania 18 komentarzy

To nie będzie kolejna historia ze szczęśliwym zakończeniem. Przynajmniej na ten moment. Trudno się dostać na szczyt, a jeszcze trudniej się na nim utrzymać. Pewnego razu w głowie ambitnego człowieka zrodziła się wizja uczynienia z Deportivo La Coruna nowej siły, która będzie w stanie ucierać nosy hiszpańskim gigantom. Przez wiele lat na Riazor trwał piękny sen, który z czasem przerodził się w koszmar.

Jak upadło Deportivo La Coruna?

Trudno zbudować zdrowy i silny klub, opierając się wyłącznie na ryzyku i intuicji. Deportivo przez kilka lat znajdowało się na ustach piłkarskiej Europy. Mistrzostwo Hiszpanii. Trzy Superpuchary. Półfinał Ligi Mistrzów. Nie były to wyniki przypadkowe. Z biegiem lat wszystko zaczęło się sypać i zamiast walki o upragnioną Ligi Mistrzów, jest walka o awans do drugiej ligi hiszpańskiej. Co doprowadziło do upadku Deportivo? Czy dało się temu zapobiec? Jakie były realia hiszpańskiej piłki na przełomie wieków? Jak wygląda obecne Deportivo?

500 PLN ZWROTU BEZ OBROTU – ODBIERZ BONUS NA START W FUKSIARZ.PL!

ZASTAW SIĘ A POSTAW SIĘ

Za największe sukcesy Deportivo i doprowadzeniu klubu do bankructwa odpowiedzialna jest jedna osoba. Augusto Cesar Lendoiro, który do dziś budzi skrajne emocje wśród kibiców. Część zawdzięcza mu stworzenie SuperDepor i przymyka oko na drugą stronę medalu. Pozostali mają pretensje o doprowadzenie klubu do bankructwa. Mimo wszystko większość zapamiętała go pozytywnie, ponieważ sprawił, że La Coruna znalazła się na ustach Europy. W tamtym czasie na szersze wody wypłynęły dwa kluby z Galicji. Drugim była Celta, ale mimo wszystko Deportivo było o krok przed Celestes. W latach poprzedzających sukcesy galicyjskiej dwójki, dużym zainteresowaniem w tym regionie cieszył się Real Madryt. Lendoiro doprowadził do tego, że mieszkańcy ćwierćmilionowej La Coruni skupili swoją uwagę na lokalnym zespole i większość pozostała mu wierna do dziś.

Reklama

Lendoiro był wyznacznikiem dawnej ery hiszpańskich prezesów. Cygara i suto zastawione stoły były ważniejsze od zdrowej sytuacji ekonomicznej. Hiszpańscy prezesi mieli odpowiedź na każde pytanie. Nawet jak coś nie szło po ich myśli, działali w myśl zasady, że jakoś się można dogadać. Najwyżej przyjdzie się z reklamówką pieniędzy albo zaprosi odpowiedniego człowieka na imprezę okolicznościową. Postawi się na stole dobry alkohol i będzie dobrze. Realia się zmieniały i już na początku dwudziestego pierwszego wieku cena za „jakośtobędzizm” była bardzo wysoka.

Euforia i agonia La Coruñi

Duży wpływ na rozrzutność Lendoiro miała pobłażliwość organów państwowych. Dopiero po zmianie prawa w Hiszpanii zaczęły się kłopoty wielu klubów. Wcześniej Deportivo bez konsekwencji przez pięć lat nie przekazywało dokumentacji odpowiednim organom. To żadne usprawiedliwienie, ale 19 z 42 klubów występujących na szczeblu centralnym musiało tłumaczyć się z kreatywnej księgowości, zaniechań i innych tego typu praktyk.

Były prezes Deportivo był na pewno barwną postacią i twardym negocjatorem. Jeśli chciał, by któryś z zawodników pozostał w klubie, nie było możliwości, by opuścił szeregi Deportivo. Był w swoim działaniu wręcz złośliwy. Jeśli inny klub oferował osiem milionów, Lendoiro mówił, że chce dziesięć. Jeśli druga strona podniosła ofertę do dziesięciu, zmieniał zdanie i żądał dwunastu. Ostatecznie większość negocjacji kończyła się fiaskiem, czyli zgodnie z planem! Ponadto nie informował zawodników o zainteresowaniu ze strony innych klubów. Dieta niskoinformacyjna była niezwykle skuteczna. Jeśli piłkarz nie wiedział, że interesuje się nim gigant, to nie chciał do niego odchodzić. Proste.

Jedynym piłkarzem, którego nie dało się zatrzymać, był Rivaldo. Barcelona zapłaciła kwotę odstępnego, przez co nie było pola do dyskusji. Czasem bywało i tak, że Lendoiro negocjował dla rozrywki. Po kilku latach znudził mu się Roy Makaay, ale nie dał tego po sobie poznać. Ostatecznie Bayern zapłacił więcej, niż Lendoiro zakładał. Ten przypadek stawia w dobrym świetle byłego prezesa. W kolejnych latach żałował, że nie potrafił w porę sprzedawać swoich zawodników. Być może wówczas udałoby się utrzymać klubowe finanse w ryzach.

KIEDY BYŁO JUŻ ŹLE…

Po raz pierwszy głośno o długach Depor zrobiło się w 2002 roku. Wówczas zadłużenie klubu przekroczyło 180 milionów euro. Efekt domina nastąpił dopiero po sezonie 04/05. Ósme miejsce w lidze odcięło klub od pieniędzy z Ligi Mistrzów. Na domiar złego zmieniły się lokalne władze. Nowi ludzie u steru nie byli przychylni Lendoiro i mocno ograniczyli wsparcie finansowe. Projekt zwycięzców musiał szybko przejść w tryb oszczędnościowy. Długi nie były jedynym zmartwieniem prezesa. Wielu piłkarzy poczuło się zbyt pewnie i nie prowadziło zdrowego trybu życia. To generowało konflikty. Lekceważono problem do momentu, w którym jeden z piłkarzy został złapany na prowadzeniu samochodu pod wpływem.

Reklama

Schyłek Deportivo wyczuł wieloletni trener tego klubu – Irureta. Z roku na rok przedłużał swój kontrakt, aż z końcem sezonu 04/05 ogłosił odejście. Irureta był elastyczny taktycznie, ale część jego metod zaczęła się starzeć. To nie przeszkadzało zawodnikom. Bardzo go cenili, ponieważ na wiele im pozwalał. Jedynym piłkarzem, który za nim nie przepadał, był Djalminha. Brazylijczyka bolało, że musiał walczyć o skład. Wydawało mu się, że musi grać w każdym meczu.

Wszystko wskazuje na to, że Tytoń jest w Hiszpanii spalony

Odejście Irurety nie byłoby złym rozwiązaniem, gdyby nie zatrudnienie Joaquima Caparrosa. Nie poszło mu najlepiej. Szatnia mająca dość luźny stosunek do profesjonalnego podejścia w połączeniu z trenerem wielbiącym rygor to kiepskie połączenie. Początki Caparrosa były nawet obiecujące, ale kontuzja Juana Carlos Valerona sprawiła, że zakończyli rozgrywki na ósmej pozycji. Drugi sezon Caparrosa był już słabszy. Rozgrywki 06/07 zostały okrzyknięte jako Baby-Depor, ale nawet to nie usprawiedliwiało trzynastego miejsca.

Caparrosa zastąpił Miguel Angel Lotina, który w przeszłości odnosił sukcesy z Celtą. Sprawił, że Ander Guardado i Felipe Luis stali się gwiazdami. Na początku wyniki były niezłe. Jego Deportivo wywalczyło powrót do europejskich pucharów. W kolejnych latach wszystko zaczęło się psuć. Deportivo musiało bronić się przed spadkiem. Sezon 10/11 rozpoczęli od sześciu meczów bez zwycięstwa. W przedostatniej kolejce Barcelona postanowiła wyświadczyć im przysługę. Wystawiła mocno rezerwowy skład, ale Deportivo nie potrafiło zdobyć bramki. Mecz zakończył się wynikiem 0:0. W ostatniej kolejce ulegli Valencii i tym samym Deportivo spadło z ligi.

Był to wyjątkowy sezon. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by zespół z 43 punktami na koncie spadł z ligi. Lotina miał pretensje do arbitrów za mecz ze Sportingiem Gijon, w którym sędzia Estrada Fernandez podjął wątpliwą decyzję o przyznaniu rzutu karnego dla Sportingu. Tamten mecz zakończył się wynikiem 2:2. Deportivo straciło dwa cenne punkty, których zabrakło w ostatecznym rozrachunku.

Kolejny rekord Deportivo ustanowiło już w Segunda z nowym trenerem na pokładzie. Wywalczyli awans z największą liczbą punktów w historii tych rozgrywek. Lendoiro wpadł nawet na pomysł, by zastrzec numer 12 jako hołd dla kibiców. Czuł się winny sytuacji ekonomicznej, w którą wpędził klub, a takim gestem mógłby odkupić przynajmniej część win. Po awansie jednak nastąpił kolejny spadek. Wówczas popularne stało się określanie Deportivo klubem jojo.

ERA POSTLENDOIRO

Przeciwnicy Lendoiro pracowali nad tym, by usunąć go z klubu. Kiedy sytuacja po raz kolejny uległa pogorszeniu, Lendoiro został zdymisjonowany. Odejście słynnego prezesa nastąpiło na przełomie 2013 i 2014 roku. Kibice Deportivo pod choinką znaleźli informację o długu, który po raz kolejny przekroczył barierę 160 milionów euro. W raportach finansowych znalazła się adnotacja mówiąca wprost, że przyczyną niewypłacalności klubu było oderwane od rzeczywistości zarządzanie finansami.

Bezpośrednio po odejściu Lendoiro pojawiło się światełko w tunelu. Nowy prezes miał doświadczenie w branży finansowej i szybko zabrał się do pracy. Tino Fernandez Pico zmniejszył klubowy dług o połowę, ale miał inną wadę. O ile w świecie finansów odnajdywał się bardzo dobrze, o tyle o zarządzaniu klubem piłkarskim nie miał zielonego pojęcia. Podczas jego pięcioletniej kadencji w klubie pracowało dziewięciu trenerów:

  • Fernando Vazquez, Victor Fernandez, Victor Sanchez, Gaizka Garitano, Pepe Mel, Cristobal Parralo, Clarence Seedorf, Natxo Gonzalez, Josep Lluis Marti

Wizja klubu zmieniała się mniej więcej co okienko. Przed każdym sezonem przychodziło od dziesięciu do dwudziestu nowych zawodników. Oczywiście w ramach wypożyczeń lub za darmo, bo nie było pieniędzy na głośne transfery gotówkowe.

Na korzyść prezesa zadziałał szybki awans do Primera Division, ale Fernando Vazquez, który go wywalczył, został zwolniony. Nie podobały mu się transfery: „Opcja pierwsza może być bombą, ale zawsze wybieramy opcję piątą, szóstą lub siódmą”. Dla najważniejszej osoby w klubie te słowa były niedopuszczalne. Uznał, że trener wykazał się brakiem zaufania, a on nie chce z kimś takim pracować.

Zastąpił go Victor Fernandez, ale szybko został zwolniony. Po remisie z Cordobą był mocno zrezygnowany: „Myślę, że to mój ostatni mecz. Jeśli prezes potwierdzi, będzie to mój ostatni mecz. Próbowałem z całych sił”. Okazało się, że miał rację i po tym spotkaniu otrzymał wypowiedzenie. Kolejny trener uratował Deportivo w ostatniej kolejce. Remis z Barceloną sprawił, że „jojo” na moment się zatrzymało, a Victor Sanchez mógł odetchnąć. W kolejnym sezonie wzmocniono zespół. Wykupiono Sidneia i Lucasa Pereza. W pierwszej rundzie Deportivo grało wyśmienicie, Sanchez został wybrany najlepszym trenerem rundy jesiennej. W rundzie rewanżowej wygrał tylko dwa spotkania. W całym sezonie Deportivo zremisowało aż osiemnaście spotkań. Do problemów sportowych doszły konflikty w szatni. Sanchez wytrzymał tylko do końca sezonu i należało poszukać nowego trenera.

Clarence Seedorf i jego mission impossible

W sezonie 16/17 stery przejął Gaizka Garitano. Na starcie zabrano mu Lucasa Pereza, co z góry spisywało go na porażkę. Popracował pół roku. Jego drużyna grała lepiej, niż punktowała. Został zastąpiony przez Pepe Mela. Ekonomicznie klub zaczął odżywać. Dług wobec państwa został w większości spłacony, więc pojawiły się kolejne pieniądze na wzmocnienia. Jednak wszystkie działania okazały się daremne.

OSTATNIE TCHNIENIE W LA LIGA

Ostatnim sezonem Deportivo La Coruna w elicie były rozgrywki 17/18. Ani Mel, ani Parralo, a już tym bardziej Seedorf nie pomogli w utrzymaniu. Najgorszą decyzją było zatrudnienie tego ostatniego. Holender wygrał tylko dwa z szesnastu spotkań, w których prowadził klub z Galicji. Trzeci spadek w ciągu siedmiu lat stał się faktem w kwietniu 2018 roku po porażce 2:4 z Barceloną.

Powrót do drugiej ligi okazał się wymagający. Deportivo miało najwyższy budżet, ale i tak miewało problemy z kopciuszkami Segunda Division. Z czasem nauczyli się ligi i przez większość sezonu trzymali się w czubie. Dotarli do finałów play-off, których stawką był awans, ale górą była Mallorca. Zgodnie z zapowiedziami decyzję o rezygnacji ze stanowiska prezesa podjął Pico.

Clarence Seedorf

Następni prezesi byli równie słabi, jak sezon 19/20 w wykonaniu Depor. Trenerzy Anquela, a następnie Sampedro doprowadzili do tego, że klub znalazł się na dnie ligowej tabeli. Sytuacja była już właściwie nie do odratowania, kiedy nowy prezes zatrudnił Fernando Vazqueza. Nowy-stary trener zdobył 36 punktów w 21 spotkaniach. Jego poprzednicy zaledwie 15 w identycznej liczbie spotkań.

Vazquez starał się naprawić błędy poprzedników, ale zabrakło mu czasu. Deportivo po raz pierwszy od lat osiemdziesiątych wylądowało na trzecim poziomie rozgrywkowym. Gdyby tego było mało, w ostatniej kolejce pojawiło się zamieszanie. Wszystkie spotkania powinny zostać rozegrane o tej samej porze. Deportivo miało grać z Fuenlabradą. Kilku piłkarzy gości otrzymało pozytywny wynik testu i nie byli w stanie wystawić składu. Mecz przełożono. Deportivo chciało unieważnienia tej kolejki. Wyniki pozostałych spotkań sprawiły, że Deportivo sportowo spadło z ligi i nawet zwycięstwo nic by im nie dało. Jednak postanowili się odwołać i zawnioskowali o powiększenie ligi do 24 zespołów. Wniosek został odrzucony.

Skąd taki akt desperacji? Niższe ligi nie dokończyły sezonu 19/20, więc nie było spadków. Z tego zrodził się bałagan. Sezon 20/21 miał być sezonem porządków. Jednak – coś za coś. W sezonie przejściowym zespoły z dawnego Segunda B mogły:

  • awansować do Segunda Division
  • utrzymać się na trzecim szczeblu (nowa nazwa Primera RFEF)
  • spaść na czwarty szczebel (nowa nazwa Segunda RFEF)
  • spaść na piąty szczebel (nowa nazwa Tercera RFEF)

Dla wielu klubów sezon 20/21 był obarczony olbrzymim ryzykiem. Deportivo miało najwyższy budżet, ale zrealizowano tylko plan minimum. Utrzymali się na trzecim szczeblu. Lista płacowa przyprawiała niektórych o dreszcze. Starano się ze wszystkich sił wypchnąć Diego Rolana, którego wynagrodzenie wynosiło milion euro rocznie. Kwota, jak na trzecią ligę z kosmosu, a i tak wcześniej zgodził się na obniżkę pensji o połowę. Piłkarzy zarabiających nieco mniej, a wciąż bardzo dużo nie brakowało.

Deportivo spuszczone przy zielonym stoliku? Wypływają na wierzch korupcyjne brudy La Liga

DEPORTIVO DZIŚ

W chwili obecnej Deportivo nadal ma problemy finansowe, ale sytuacja uległa znacznej poprawie. Promykiem nadziei jest praca z młodzieżą. W poprzednim sezonie zdobyli mistrzostwo Hiszpanii w kategorii Juvenil. Deportivo postawiło na rozwój technologii. Za pomocą nowoczesnych urządzeń i kamer monitorują rozwój oraz zmęczenie zawodników. Oprócz tego piłkarze są zobowiązani do wypełniania ankiet opisujących ich odczucia. Wszystkie dane są zbierane, przetwarzane, a następnie na ich podstawie tworzone są plany treningowe.

Deportivo zajmuje czwarte miejsce w swojej grupie. Mają tylko dwa punkty straty do zespołu znajdującego się na czele. Pomimo wielu lat kryzysu, utrzymali dużą bazę kibicowską. Wspiera ich 17 tysięcy socios, którzy marzą o spektakularnym powrocie do La Ligi. Podobną drogę przeszła Mallorca i Cadiz, ale w przypadku Deportivo pośpiechu nie ma, a i sytuacja jest bardziej skomplikowana.

Konsekwencje działań podjętych w przeszłości odbijają się czkawką do dziś. Tak jak wielu prezesów nadużywa Excela, tak Lendoiro go po prostu zabrakło. Dziennikarze zajmujący się Deportivo niechętnie oceniają prezesa. Mają w stosunku do niego ambiwalentne odczucia. Z jednej strony szanują go za wyniki, z drugiej mają żal o doprowadzenie do katastrofy ekonomicznej. Z perspektywy czasu część winy za obecną sytuację można przerzucić na następców Lendoiro. Gdyby lepiej wykonywali swoje obowiązki, możliwe, że Deportivo nadal grałoby w Primera Division. Lendoiro swoje przeskrobał, ale to nie on zatrudnił czternastu trenerów w ciągu siedmiu lat. Nie on zatrudniał i zwalniał kolejnych dyrektorów sportowych. Nie on zmieniał wizję klubu, kiedy tylko wiatr obierał nowy kierunek. Wydarzenia z ostatnich lat powinny być przestrogą dla innych klubów, które myślą, że kiepskie zarządzanie w połączeniu z niestabilnym finansami można z łatwością wyprostować.

PAWEŁ OŻÓG

CZYTAJ TAKŻE:

Fot. Newspix

Najnowsze

Hiszpania

Modrić o Kroosie: Nigdy nie zapomnimy tego złotego czasu w klubie naszego życia

Arek Dobruchowski
1
Modrić o Kroosie: Nigdy nie zapomnimy tego złotego czasu w klubie naszego życia

Hiszpania

Hiszpania

Modrić o Kroosie: Nigdy nie zapomnimy tego złotego czasu w klubie naszego życia

Arek Dobruchowski
1
Modrić o Kroosie: Nigdy nie zapomnimy tego złotego czasu w klubie naszego życia
Hiszpania

Kroos: Zawsze mówiłem, że Real będzie moim ostatnim klubem

redakcja
2
Kroos: Zawsze mówiłem, że Real będzie moim ostatnim klubem

Komentarze

18 komentarzy

Loading...