Reklama

Piotruś, Tworo, Tworas. Nieoczywista historia Piotra Tworka

Leszek Milewski

Autor:Leszek Milewski

25 maja 2021, 14:47 • 32 min czytania 19 komentarzy

Trenerski syn Bogusława Baniaka. Były przedstawiciel handlowy i nauczyciel. Człowiek ciepły, ale sprawiedliwy. Ekstraklasa dopiero poznaje Piotra Tworka. Oto opowieść o trenerze, który nie grał w piłkę, nie miał chodów u możnych tego środowiska, ale dopchał się do Ekstraklasy. To Piotr Tworek oczami tych, którzy znają go z IV ligi i tych, którzy poznali go dopiero w Ekstraklasie.

Piotruś, Tworo, Tworas. Nieoczywista historia Piotra Tworka

ZE SZKOŁY DO BANIAKA

Bogusław Baniak czasami jest nazywany trenerskim ojcem Tworka. To u niego rozpoczął pracę trenerską. – Mój syn? Przecież on starzej ode mnie wygląda, a włosów to zaraz mieć nie będzie! – śmieje się Baniak: – Ale coś w tym jest. Czuję się takim jego ojcem. Pamiętam, że w Kujawiaku nie miałem asystenta. W klubie albo w mieście, nie pamiętam już, powiedzieli mi wtedy „idź do szkoły, tam są koordynatorzy sportu, wuefiści, znajdziesz sobie kogoś. Jest taki niewysoki gość, przypatrz się mu”. No i poszedłem do tej szkoły. I był taki wariat… No dobrze, nie wariat, ale widać było, że ma charyzmę. Dużo mówił, głośno mówił. Duża energia. Pogadałem z nim, został moim asystentem.

Razem pracowali w Kujawiaku Włocławek. Później Baniak wziął go ze sobą do Warty Poznań, później też do Miedzi Legnica. Ale na początku pracy trenerskiej musiał przestawić się na to, że pracuje z seniorami, a nie z dziećmi w szkole.

Piotruś początkowo próbował z tymi piłkarzami współpracować jak z dziećmi, był taki bardzo pedagogiczny. Ale szybko się tego oduczył. W szatni jest tak, że szyderka dotyka każdego, więc zespół szybko by wyprostował trenera, który próbuje do nich mówić jak do uczniaków. A mi Piotruś bardzo pomagał. To był taki czas, gdy do pracy trenerskiej wchodziły komputery. On się inspirował Michniewiczem między innymi. Filmy, animacje, pokazy. Później też analizy. To był jego świat, próbował tego – wspomina Baniak.

Tworek: Miałem 31 lat. Przyszedłem na stadion. Przedstawiłem się, powiedziałem, że jestem chętny, a nawet głodny pracy, że to mnie pociąga. Potem zapytałem, czy trener widzi mnie w swoim sztabie. Trener Baniak powiedział:

Reklama

– Będę ci się przyglądał dwa tygodnie, później dam odpowiedź.

Po dwóch tygodniach nie było żadnej rozmowy, że przeszedłem weryfikację czy cokolwiek. Po prostu dalej pracowałem.

JAK NA ZAWISZY

W 2007 roku Piotr Tworek dostał swoją pierwszą wielką szansę. Bo choć to była tylko IV liga, tak to był aż Zawisza Bydgoszcz.

Tworek, pierwszy raz wskakując w trenerskie siodło, miał zaledwie 32 lata.

Drużynę obejmował więcej niż ciekawą: w Bydgoszczy była presja na awans. Za nią poszło wsparcie miasta, a także lokalnego biznesu. Słowem: mobilizacja, by odbudować bydgoską piłkę, błąkającą się od dekady po marginesie polskiego futbolu. Zawisza, który przez pierwsze czterdzieści lat istnienia tylko raz spadł na trzeci poziom rozgrywkowy, na przełomie wieków wylądował w IV lidze, potrafił z niej jeszcze nawet spaść. Dramat.

Reklama

Mimo że poziom ligowy niski, tam można było się skupić tylko na trenerce. Problemy istniały, choćby stadion Zawiszy był w przebudowie, więc grano na obiekcie Gwiazdy. Koledzy Tworka ze sztabu szkoleniowego wspominają, że czasem ładowało się do Cinquecento dwóch zawodników na tył, piłki do bagażnika i jechało się na Gwiazdę z głowami… niemal wystawionymi przez okno. To jednak koloryt, najważniejsze, a więc podstawa ekonomiczna, była zapewniona.

Skład chciano oprzeć w zdecydowanej większości na zawodnikach, dla których Zawisza znaczył coś więcej – z jednej strony więc na wychowankach, młodych chłopakach, wśród których znalazł się między innymi Maciej Dąbrowski, a później Marcin Krzywicki. Poza nimi doświadczeni zawodnicy z ekstraklasowym przetarciem, jak choćby Marcin Łukaszewski i Marcin Kozłowski, którzy grali w Groclinie, czy obieżyświat Piotr Bajera, który zjeździł pół Polski, zaliczył też grecki Atromitos.

Tworek wejście do szatni zaliczył z falstartem. Marcin Łukaszewski: – Zawisza był jego pierwszą samodzielną pracą z seniorami. I pamiętam, że w na początku… mówił do zawodników po nazwisku. To było dziwne. Zawsze trenerzy mówią po imieniu, w jakiej szatnie nie byłem. Ale OK, przyjęliśmy to. 

Co chciał w ten sposób osiągnąć? Cóż, możliwe, że była to próba budowy autorytetu. Szatnię, jak na pierwszą pracę, dostał wymagającą, a nie miał za sobą ani piłkarskiego nazwiska, ani żadnego doświadczenia w samodzielnym prowadzeniu zespołu. Tymczasem pod sobą miał graczy, którzy trenowali choćby pod Dusanem Radolskym. Wiek też nie był jego sprzymierzeńcem, radę drużyny stanowili w zasadzie jego rówieśnicy.

Pomysł na budowanie pozycji w tak sztuczny, koturnowy wręcz sposób, wydaje się wręcz nie do połączenia z tym, w jaki sposób dzisiaj funkcjonuje w szatni Piotr Tworek. To tylko pokazuje, jak człowiek może się zmienić.

Co istotne, Tworek nie potrzebował do tej zmiany kilkunastu lat, bo jeszcze w tamtym sezonie Zawiszy dał się poznać od tej strony, z której znany jest dzisiaj. Jak wspominają piłkarze, z mówienia po nazwisku szybko się wycofał. I zaczął być bardziej sobą, co wtedy oznaczało wyraźne wpływy Bogusława Baniaka.

Tomasz Lachowski: – Piotr został pierwszym trenerem, ja miałem przyjemność być drugim trenerem. Wcześniej się nie znaliśmy, skojarzył nas zarząd. Dzisiaj jest opanowany jak profesor. Pewnie nie zawsze mu się udaje, ale kiedyś… Kiedyś to był ogień na ławce. Pokrzykiwał cały czas, reagował żywiołowo. Na treningu też impulsywnie reagował. Do dzisiaj się z czasem z tego śmiejemy. Tak mawiał wtedy: „ławka musi żyć!”. No i ławka żyła. Ale czasami przesadnie.

Marcin Łukaszewski: – Widać było w nim wtedy sporo ze szkoły Bogusława Baniaka. Bardzo żył przy linii. Podchodził do każdego meczu bardzo ekspresyjnie. Przeżywał, jakbyśmy w każdym meczu grali o mistrzostwo świata. I to jest fajne, na plus, ale aż czasami troszkę przesadzał. Z biegiem czasu troszkę się uspokoił i myślę, że to było dla niego lepsze.

Maciej Kremblewski, wówczas w sztabie Zawiszy: – Potrafił przerwać trening i w sposób dosadny wytłumaczyć, na czym polega ćwiczenie. Wtedy to szło do przodu. Swoją charyzmę pokazywał w różnych sprawach, przy różnych problemach życia codziennego.

Krzysztof Kosecki, prezes Wdy Świecie, w której nieco później pracował Tworek: – Na pewno był wtedy trochę bardziej ostry, impulsywny. Ta szatnia u Piotra była gorąca. Lont był krótszy.

Słynne z czasów Wdy było też choćby ciskanie czapki. Gdy zespół nie realizował założeń, potrafił cisnąć czapką o murawę. Usiadł, za dziesięć minut poszedł po czapkę na bieżnię. Po piętnastu znowu ją rzucił.

Tworek sam wspominał w naszym wywiadzie, że w pierwszych latach potrafił przesadzić: – Byłem impulsywny. Komuś coś nie wyszło w treningu, na meczu, człowiek się gotował. Nie było rozmowy, tylko monolog podniesionym głosem, dotykający błędów, ale nie uwzględniając tego, że brały się ze zmęczenia czy braku umiejętności. Wcale zespołowi nie pomagałem. Niektórych młodych hamowałem. Wiem, że to było złe. To są młodzi ludzie, na trybunach są ich rodziny, dzieci – nie bardzo to wyglądało. Wciąż staram się nad tym pracować, bo trener musi wprowadzać swoją osobą spokój w szatni.

Niemniej, mimo wad, szatnia w Bydgoszczy – pierwsza szatnia, której dowodził – go kupiła.

PIOTR TWOREK I CHARYZMA. FAKTY I MITY

Piotr Tworek już powoli zaczyna być przez niektórych postrzegany jako trener, który robi atmosferę, buduję klimat szatni, ma sposób na dotarcie do piłkarzy. I na tym jedzie. Czasami mamy wrażenie, że zmierza szlakiem, jakim swego czasu podążyli dwaj byli współpracownicy Tworka: Leszek Ojrzyński i Maciej Bartoszek. Nawet, gdy odnosili duże sukcesy, nie odpruli łatki ludzi od motywacji, wskrzeszenia iskry, gaszenia pożarów. Na długą metę ta łatka im nie pomogła.

Tworek, faktycznie, ma takie cechy. Piłkarze z różnych drużyn, w których był, wspominają, że umiał, po prostu, rozmawiać. Widzieć w piłkarzu po pierwsze człowieka, z całym spektrum jego życiowych problemów, a dopiero potem wykonawcę określonej pracy. Sam Tworek zauważał to w sobie, ale nie chciał tego przeceniać: – Mecz ze Stalą Mielec, Tomek Boczek upada, pierwsza minuta, pozrywane więzozrosty w stawie barkowym, a za chwilę ślub. Jak on sobie poradzi z pierwszym tańcem? To przecież cholernie ważna sprawa, tak dla niego, jak dla panny młodej. Będzie tańczył z ręką na temblaku? (…) Myślę, że to normalne, nie róbmy z tego czegoś wyjątkowego. Jak można nie żyć sprawami ludzi, z którymi się bardzo dużo przebywa? Na treningach, na wyjazdach, dzień po dniu? Każdy ma swoją historię, czasem to też dramaty, zakręty, dla innych matury, klasówki, narodziny dzieci. To są istotne kwestie też z punktu widzenia trenerskiego, dają większy wgląd, skąd się coś mogło wziąć.

To się wydaje aż oklepane – pogadaj, dowiedz się, czym żyją twoi piłkarze. Faktycznie, na pierwszy i na drugi rzut oka, to nic wyjątkowego. Żadna tajemna wiedza, nic odkrywczego. Ale to jedna z tych sytuacji, w których różnica między teorią a praktyką mówi wszystko. U Tworka nigdy nie było w tym sztuczności. To było po prostu naturalne, spójne.

Marcin Łukaszewski: – Rozmawiał dużo z zawodnikami. Potrafił fajnie zmotywować. Szczególnie tych młodszych. Młodzi szli za nim w ogień, bo widzieli w tym, co im proponował, dużą szansę na rozwój. Ale ogółem bardzo dużo spotykał się z radą drużyny, razem analizowaliśmy sytuację, ustalaliśmy pewne sprawy. Było jasne, że trener ma najważniejsze zdanie, ale słuchał nas. To było innowacyjne na tamte czasy. Trenerzy nie rozmawiali aż tyle z piłkarzami. Było to podejście psychologiczne, do tego spotkania integracyjne, wspólne wyjścia na grill. Rozmawiał też z piłkarzami o sprawach rodzinnych, życiowych. To było fajne – spytał jak żona, jak dzieciaki, jak dziewczyna. I widać było, że to jest u niego szczere. W ogóle w Zawiszy był zgrany sztab, w którym było widać, że się po prostu lubią. To też się przenosiło potem na nas. Zawsze dbał też, by były chrzty w drużynie, przy tym zawsze była kupa śmiechu. Sam też dostawał dużo żartów, odnośnie swojego wzrostu, ale przyjmował to serdecznie. Wielu z nas było u niego na ślubie i weselu. 

Wojtek Łobodziński grał w Miedzi Legnica w czasach, gdy Tworek był najpierw asystentem, a później wspólnie z Adamem Fedorukiem prowadził zespół. Wspomina: – Z mojego doświadczenia trener jest albo bardzo lubiany albo nielubiany – ci co grają, lubią trenera, ci co nie, nie lubią. Piotrek umiał sobie poradzić z tymi, co nie grają, to jego ważna zaleta. To fachowiec, ale przede wszystkim taki normalny facet, dbający o relacje z ludźmi. Był w tym swoim podejściu do piłkarzy naturalny. Te relacje – to jest szczerze.

Adam Fedoruk, który prowadził razem z Piotrem Tworkiem Miedź Legnica: – W drużynach, jakie prowadził, dbał też o takie detale budujące szatnię jak choćby świętowanie… urodzin, rocznic występów w danej drużynie, czy nawet imienin. Zawodnik, który miał akurat danego dnia święto, nie miał taryfy ulgowej na treningu, ale po prostu dawano mu odczuć w szatni, że to jego dzień. Budowało to wartość.

Wszystko więc składa się w całość, dokłada kolejną cegiełkę do wizerunku charyzmatycznego lidera szatni. Ale wymowne, że to treningi pokazują pełnię filozofii Piotra Tworka.

NIE RÓBMY Z TWORKA CHARYZMATYKA

Wszyscy podkreślają, że Tworek już wtedy, kilkanaście lat temu, miał charakterystyczną, niepodrabialną charyzmę. Ale taka charyzma może szybko się wyczerpać.

To tak jak diagnozowano fenomen Janusza Wójcika. Najpopularniejsza narracja warsztatu Wójta polega na tym, że jego legendarne przemowy doskonale działały, szczególnie na młodych, chłonnych graczy, ale miały swój termin ważności. Bo za pierwszym, drugim i piątym razem gadka o kiełbasach mogła wzniecić ogień. Ale za siedemnastym po prostu się osłuchała. I wtedy piłkarze chcieliby więcej posłuchać o planie taktycznym.

I to jest to, co rozmówcy podkreślają – Tworka w żaden sposób nie można degradować do roli pana od atmosferki. Owszem, wiedział, jak ją tworzyć, owszem, ma naturalny dar do rozmów z piłkarzami. Ale to wszystko jest nadbudową na fundamencie z warsztatu. Fundamencie, który zapewniał szacunek i autorytet, nie grille i urodziny.

Wymowny jest właśnie ten pierwszy epizod w Zawiszy. Może pieniądze były, ale wciąż – IV liga. Wielu młodych chłopaków, dopiero u progu piłkarskiej kariery. Tymczasem ówcześni gracze nie tylko zgodnie przyznają, że u Tworka trzeba się było naharować jak u nikogo wcześniej i później.

To, co zaskakuje – pierwsza samodzielna praca – to standard zajęć. Wymowne są w tym ujęciu słowa Marcina Łukaszewskiego, który kilka lat spędził w Ekstraklasie: – To, co go wyróżniało, to fakt, że zawsze był przygotowany do meczu. Wiedzieliśmy, na których przeciwników zwrócić uwagę. Dużo nowinek, fajne prezentacje na projektorze. Takie rzeczy w IV lidze! Muszę powiedzieć, że też bardzo ciężko trenowaliśmy. Byłem w Ekstraklasie, a myślę, że najcięższy obóz w karierze miałem z Piotrem Tworkiem w Szklarskiej Porębie. Trenowaliśmy cztery razy dziennie: rozruch przed śniadaniem, później jeden trening, po południu drugi trening, wieczorem albo basen, albo zajęcia taktyczne lub analizy. Potem zrobiliśmy awans do II ligi. Po latach, te obozy, te ciężkie treningi, wbieganie na Szrenicę… To był naprawdę potężny wysiłek. Ale każdy chętnie szedł na to.

Maciej, Kremblewski: – Wielu z takim trenerem wcześniej nigdy nie pracowało. Trenerem z takim zaangażowaniem, z takim poczuciem wartości. Jakość treningów, wiedza taktyczno-techniczna, przygotowanie motoryczne – to stało na wysokim poziomie. IV liga, a mieliśmy odprawy przedmeczowe, wszystkie szczegóły rozpisane, gdzie piłkarze mają być ustawieni. Dbał nawet o takie szczegóły jak to, gdzie ma być wodopój dla zawodników podczas treningu, żeby mieli jak najbliżej, nie marnowali czasu.

Wojciech Łobodziński: – Przygotowanie do treningów, taktyczna dojrzałość. Na treningach każdy detal, każdy szczegół był dopracowany. To jest Piotr Tworek – wszystko dopracowane na ostatni guzik.

Tomasz Lachowski: – Piotr zawsze stawiał na jakościowe treningi. Dopracowane, dograne, omówione. Nie było tam przypadku. Przyjeżdżali zawodnicy z przeszłością w ESA i mówili: kurczę, IV liga, a trenujemy jak tam. To też zawodników przyciągało, tym sobie ich zjednywał. Dla niektórych szokiem wręcz była ta organizacja treningów: każda minuta, a nawet sekunda jest odpowiednio wykorzystana. Masa szczegółów, które składają się na całość.

Dodajmy do tego, że jego konikiem były stałe fragmenty gry. Piłkarze Zawiszy wspominają, że to też działało już wtedy, bo Zawisza po wymyślonych przez Tworka stałych fragmentach strzelał mnóstwo bramek.

Być może kluczowe słowa, które słyszeliśmy o Tworku, to te, że wymaga bardzo wiele od innych, ale równie wiele od siebie. Ważny aspekt zauważa Łukaszewski: – Jak szliśmy biegać do lasu, to zawsze biegał z nami. Do dziadka też wchodził z nami, wszyscy polowali, żeby dostał dziurkę. Raz dostał dziurkę w jedną, w drugą stronę, dopiero wtedy przestał wchodzić. Generalnie czuło się, że trener jest zawsze z nami.

Jakub Poznański, piłkarz Kotwicy Kołobrzeg pod Tworkiem: –  Trener Tworek sam z nami trenował, czy na matach, czy w fitnessie. W zapasach mocny był, sprawdzał się z Tomkiem Rydzakiem. Wzrostem się dobrali. To budowało, że robił zajęcia razem z nami.

Piotr Tworek zmieniał się na przestrzeni lat. Potrafił kiedyś przesadzić z emocjami. Potrafił podejść tak ambicjonalnie do wyniku drużyny, że tracił szatnię, co sam przyznał w rozmowie z nami, że zdarzyło mu się w Kołobrzegu. Ale cechy składające się na jego warsztat już tam były od samego początku.

PIERWSZE SUKCESY, PIERWSZE PORAŻKI

W Zawiszy zrobił awans w pierwszym sezonie, choć szło do końca na noże z Olimpią Grudziądz.

W wyniku reorganizacji rozgrywek przez PZPN, Zawisza stanął do walki o II ligę, gdzie wygrał baraż z LZS-em Leśnica. Tworek tuż po meczu spełnił swoje marzenie… prowadząc klubowy autokar. Tylko wyjeżdżając nim ze stadionu w Leśnicy, ale zawsze. Pierwszy sukces był znowu szansą na to, by pozwolić odpiąć piłkarzom wrotki, ale już ten powrót z Leśnicy pokazywał Tworka od nieco innej strony. Marcin Łukaszewski: – Po awansie bawiliśmy się razem, ale to nie było tak, że róbcie co chcecie. Najpierw, zaraz po meczu, poszliśmy do sanktuarium. To też było coś innego. Później zjedliśmy spokojnie kolację, dziękowaliśmy sobie nawzajem. Dopiero powrót… wiadomo jak wygląda powrót z awansu.

Wszystko układało się znakomicie, także poza boiskiem. Bydgoszcz była dla Tworka ważna, ponieważ tutaj ustatkował się. To w Bydgoszczy poznał żonę, Natalię. To w Bydgoszczy urodziła się też jego pierwsza córka, Julka. Tomasz Lachowski: – Spotykaliśmy się rodzinami, żony też się przyjaźniły. Pamiętam jeszcze z wszelkich obozów telefony. Tak zwana „rybka”, czuły zwrot do żony. Codziennie musiał mieć ten czas na kontakt z Natalią.

Zawisza był beniaminkiem II ligi, wracającym na ten poziom po dekadzie nieobecności. W klubie jednak była presja na to, by robić błyskawicznie kolejny awans. Było przekonanie wręcz, że choć Zawisza jest beniaminkiem, to powinien roznieść rywali.

Tymczasem Zawisza był tylko konkurencyjny. W marcu 2009, po porażce  z Miedzią Legnica, Tworek został zwolniony. Siedziało w nim to bardzo mocno – możliwe, że planował, iż z Zawiszą będzie szedł w górę, być może aż do Ekstraklasy. Tymczasem przyszedł dzwon.

Piotr Tworek: – Byłem młodym trenerem, przeżyłem to mocno. Dzisiaj już tak nie boli. Dziś wiem, że jeśli jestem zatrudniony, to kiedyś będę i zwolniony. Taka kolej rzeczy w trenerskim świecie. Przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Nigdy nie wolno trenować z myślą, że ten topór już wisi, że to nic, natomiast taka prawda – zwolnienie jest wliczone w nasz zawód. Ważne jest, żeby potem móc sobie powiedzieć: zrobiłem co mogłem. Więcej nie byłem w stanie z siebie dać. (…) Nie mnie to oceniać, natomiast byłem zżyty z zespołem, uważałem, że robiliśmy fajną robotę i pokazaliśmy w przeszłości, że razem potrafimy coś osiągnąć i podnieść się również z trudniejszych chwil. Zawisza to jednak dla mnie przede wszystkim mnóstwo dobrych wspomnień, pamiętam drugoligowy mecz z Elaną Toruń, na który przyszło siedem tysięcy kibiców. Pamiętam, że gdy dostałem zwolnienie, w szatni pojawiły się nawet łzy. To miłe. Sympatyczne. Wykraczające poza zawód: po prostu się z piłkarzami szanowaliśmy i lubiliśmy.

Marcin Łukaszewski potwierdza: – Gdy się rozstawaliśmy, spotkaliśmy się całą drużyną w sali klubowej. Daliśmy sobie prezenty. Tam było nas ze trzydziestu plus trenerzy. I wiem, że to cukierkowo zabrzmi, ale mówię, jak było: wszyscy płakaliśmy. Napisaliśmy razem coś fajnego, a to się skończyło.

PRZEDSTAWICIEL HANDLOWY

Jego pozycja na rynku trenerskim po Zawiszy wciąż nie była za mocna. Zgłosiła się Wda Świecie, beniaminek III ligi. Tworek wspominał po latach w „Expressie Bydgoskim”, że po czasie, kiedy mógł skupić się tylko na trenerce, tym razem zaczęły się inne realia: – W niższej lidze nie zarabia się na tyle dużo, by utrzymać rodzinę, spłacać kredyt i jeszcze w siebie inwestować, bo wymagane przez PZPN kursy trenerskie sporo kosztują. Nie ukrywam więc, że byłem dodatkowo też przedstawicielem handlowym. W wolnych chwilach mogłem jeździć po bydgoskich zakładach pracy. Sprzedawałem na terenie Bydgoszczy środki chemiczne do odkamieniania dużych powierzchni przemysłowych. Nawiązałem kontakty, często rozmawialiśmy o futbolu. Widziałem, że ludzie piłką w Bydgoszczy się interesują.

We Wdzie był jednym z trzech kandydatów, ale kupił prezesa Krzysztofa Koseckiego tym, co dla Tworka charakterystyczne. Po pierwsze: charyzmą. Po drugie, konkretnym planem, po którym było widać, że nie zamierza jechać tylko na charyzmie.

Krzysztof Kosecki: – Szukaliśmy w regionie trenera młodego, z ambicją, a trener Tworek był odpowiednim kandydatem. Zawsze było widać w nim pasję i zaangażowanie. Mogę w samych superlatywach go oceniać. U Piotra widać było ten ogień, widać było, że to trener o dużych predyspozycjach. Po pierwszych rozmowach miałem wrażenie, że jest to trener, który przede wszystkim chce wygrywać. Ma determinację, jest ambitny, ale przede wszystkim ma pomysł na to jak swoje cele realizować. Była tam konkretna koncepcja. Czasem trenerzy na spotkaniach dobrze wypadają, a w późniejszej pracy okazuje się, że to były tylko puste słowa – to na pewno nie była kwestia trenera Tworka. Czerpiemy dziś dużą satysfakcję obserwując go w Warcie, jesteśmy dumni, że kiedyś prowadził nas.

Tworek wchodził na trudny stołek, ponieważ klub po awansie pożegnał trenera Dariusza Durdę, bardzo cenionego w mieście. Tym uważniej więc patrzono mu na ręce. Gdyby mu się nie powiodło, od razu miałby gorący stołek, także ze strony kibiców. A jednak Wda zaskoczyła. Zespół półamatorski miał stoczyć ciężką batalię o utrzymanie, tymczasem był pewny ligowego bytu już po pierwszej rundzie. Sezon kończyła w środku stawki.

Problem w tym, że apetyt rósł w miarę jedzenia, szczególnie u Piotra Tworka. Skoro przychodziły wyniki, chciał to rozwijać. Tymczasem napotykał sufit.

We Wdzie nie było ani jednego piłkarza, który żyłby z piłki nożnej. To utrudniało organizację treningów o optymalnych porach. To sprawiało, że dochodziło nawet do konfliktów – piłkarze pracowali bowiem na najwyższych obrotach, a przecież to było dla nich tylko pół etatu. Niektórzy w zwykłej pracy też zasuwali przecież fizycznie. Byli gotowi do treningów, ale nie na takich obciążeniach, jakich wymagał Tworek.

Krzysztof Kosecki, prezes Wdy: – Problem był w realiach. Piotr miał bardzo wysokie wymagania, i wydaje mi się, że gdzieś tam w pewnym momencie mogło być ich na tamten moment za dużo. Choć wciąż myślę, że może troszkę brakło nam wtedy cierpliwości? Dzisiaj mogę powiedzieć, że nie wszyscy chłopcy w tamtej drużynie chcieli tak mocno pracować, jak wymagał Piotr. Ale po latach, wspominając różnych trenerów, przyznają, że Piotra najbardziej cenili z warsztatu. Myślę, że było widać, że praca w piłce półamatorskiej nie do końca go satysfakcjonowała. Nie było mu łatwo się odnaleźć w tych warunkach. Chłopaki łączyli grę z pracą, szkołą. Niełatwo to połączyć z intensywnym treningiem, z różnymi wymaganiami. Widać było po Piotrze, że musi się znaleźć w piłce w pełni zawodowej, by rozwinąć skrzydła. Stawiał bardzo wysokie cele przed zespołem, ale przed nami, zarządem, także. A te wymagania III ligi związane z organizacją też były dla nas wyzwaniem. Niemniej Piotr dołożył cegiełkę, sporą, do rozwoju piłki w naszym klubie. Do tego, że graliśmy w III lidze ponad dwanaście sezonów. Ta nasza przygoda zaczęła się z Piotrem i często pokazywał nam pewne elementy, które trzeba poprawić. Jego wymagania zawsze dążyły do pełnego profesjonalizmu.

Tworek został zwolniony w drugim sezonie pracy z Wdą po kilku kolejkach, w których wyniki nie były złe – trzy zwycięstwa na siedem meczów. Można podejrzewać, że to nie one zaważyły na jego losie.

SPADEK I MIEDŹ

Tworek przyjął propozycję poprowadzenia Bałtyku Koszalin na finiszu III ligi. Objął klub 23 kwietnia w takiej sytuacji:

Nie wydźwignął drużyny. Bałtyk spadł, dwa ostatnie mecze przegrał po 0:3. Tworek nie bał się roli strażaka, ale po prostu nie dał rady ugasić pożaru.

W tej trudnej dla niego sytuacji znowu zadzwonił Bogusław Baniak. Był to swoisty powrót po latach, ale też pokazujący, że coś poszło nie tak. Tworek wracał do punktu wyjścia, na asystenturę doświadczonego szkoleniowca. Był innym człowiekiem, rozwinął się jako trener, ale w pewnym sensie wrócił do punktu wyjścia.

Mówiłem mu „słuchaj, ty jesteś asystentem, ale ja ci ufam – jak ci daje rozgrzewkę, to rób ją tak, jak uważasz”. Asystent pracuje na swoje nazwisko, nie jest tylko „panem od pachołków”, jak to czasem dziennikarze nazywają. Później, gdy szedłem już do Miedzi, zastanawiałem się, czy brać Piotrka ze sobą, bo on już był za mocny na asystenta. Nie to, że wpieprzał mi się w robotę. Ale po prostu czułem, że to jest ten moment, gdy powinien pracować już na własny rachunek – wyjaśnia Baniak.

Baniak właśnie zrobił z Miedzią awans na zaplecze Ekstraklasy. I od razu miał wywalczyć elitę, bez półśrodków, sezonów przejściowych. Drużyna byłą pełna doświadczonych graczy: Bledzewski, Mowlik, Łobodziński, Zakrzewski, Nowacki, Wołczek. Klub zajął jednak tylko miejsce w środku tabeli i Baniaka zwolniono. Tworek został w klubie, pracując najpierw z Rafałem Ulatowskim, zwolnionym po kilku meczach, a potem tworząc duet trenerski z Adamem Fedorukiem.

Fedoruk był człowiekiem ściągniętym przez Ulatowskiego, ale został w parze z Tworkiem, dysponując bezcennym atutem: wymaganą licencją. Był już na kursie UEFA Pro. Pierwotnie Tworek już wtedy, w Miedzi, miał samodzielnie prowadzić drużynę ku Ekstraklasie. Fragment wywiadu ze „Słowa Sportowego”:

Piotr Tworek: – Rzeczywiście była taka propozycja. Ale aby samodzielnie prowadzić zespół w I lidze, trzeba mieć UEFA PRO. Ja nie mam i chwilowo nie mogę zrobić. Nie ma możliwości, aby dwóch trenerów z jednego klubu przebywało jednocześnie na tym samym szkoleniu. A w tej chwili jest na nim Adam. Być może rozpocznę szkolenie w kolejnym etapie. Będę chciał, bo na razie mam tylko UEFA A, które uprawnia do prowadzenia drużyn najwyżej w II lidze.

Dadełło w wywiadach zaznaczał jednak, że w sprawach kluczowych decydujący był głos Piotra Tworka. Fedoruk nie był słupem, Tworek sam podkreślał jego rolę, wkład, zaangażowanie. Ale zarząd to Tworka informował o pewnych ruchach w pierwszej kolejności.

Baniak charakteryzował ten duet w 2013 na łamach „Przeglądu Sportowego” tak: „Piotr był dla mnie jednoosobowym sztabem szkoleniowym. Odpowiadał za analizę gry przeciwnika, robił rozgrzewki i plan przygotowań. Jest kompleksowo przygotowany do pracy trenerskiej. Nieco inaczej niż Fedoruk, ale ten grał na wysokim poziomie”.

Adam Fedoruk: – Nie widziałem, by kiedykolwiek przeszkadzało Piotrowi to, że nie grał w piłkę. Szatnia mu ufała, a nam dobrze się pracowało. Widać było, że Piotrek jest bardzo zaangażowany w pracę. Bardzo dobrze radził sobie z elementami przygotowania motorycznego. Bardzo mi się też podobało takie mentalne podejście, zrozumienie zawodników. Potrafił z nimi rozmawiać nie nerwowo, ja jestem bardziej nerwowy. Po zwycięstwie, po brawach, Piotrek mówił, że to są dni pracy, trzeba się skupić. Co istotne, prezes bardzo chciał Ekstraklasy, a także finału Pucharu Polski. Piotrek spokojnie do tego podchodził, mimo, że były mocne naciski ze strony prezesa. Zachowywał kamienną twarz i opanowanie, co dawało zawodnikom poczucie pewności. Wtedy pomyślałem, że to materiał na trenera dużej próby. Zdawał test w trudnej sytuacji.

Początek był miesiącem miodowym. Drużyna szła jak burza. Ale w pewnym momencie zgubiła kierunek ESA, a Puchar Polski został przegrany w ćwierćfinale z Arką Gdynia po dogrywce. Dadełło doceniał ten sukces, ale miał wtedy mniej cierpliwości.

ASYSTENT OJRZYNY I BARTOSZKA

Następną propozycję dostał już z Ekstraklasy. Co więcej, od trenera, z którym nigdy nie pracował wcześniej. Zadzwonił bowiem Leszek Ojrzyński z Podbeskidzia: – Konkretny, zdecydowany facet. Kiedy do niego zadzwoniłem, szybko podjął decyzję, że będzie ze mną współpracował w Podbeskidziu. Praktycznie w pięć minut się spakował i ruszył w drogę. Był w tym element szczęścia, bo Piotrek był moim drugim nazwiskiem na liście, ale tamten trener… akurat pływał w basenie. Piotrka nie znałem, tylko „cześć, cześć”. Ale pewne rzeczy się obserwuje, ma się też przeczucie. To nie był nowicjusz. Znaliśmy się z ligi, bo gdy ja byłem w Rakowie, on prowadził Zawiszę. Analizowałem jego zespół. Pomyślałem, że to będzie odpowiedni człowiek. Nie pomyliłem się. Dogadywaliśmy się bardzo dobrze. Był moją prawą ręką. Piotrek miał swojego konika na siłowni – zajęcia ze sztangą. Urodzony ciężarowiec. Nawet postura odpowiednia, do tego uda nabite. Z tą sztangą wyglądał jak profesjonalista. Zajęcia swoją drogą mieliśmy na siłowni obecnego prezesa Podbeskidzia, Bogdana Kłysa. Był taki moment, kiedy choroba mnie złapała. Pojechał na Puchar Polski, poprowadził mnie w zastępstwie. I wygraliśmy ten mecz. Lojalny, uczciwy, pracowity. To najważniejsze cechy, które zauważyłem. Współpracowało nam się bardzo dobrze, ale zostaliśmy zwolnieni w 30. kolejce, bo nie byliśmy w górnej ósemce i nie weszliśmy do półfinału Pucharu Polski.

Od Ojrzyńskiego czerpał kolejne elementy swojego warsztatu, a raczej: rozwijał te, które już posiadał. Znowu była troska o detale: przed meczem Pucharu Polski z Zawiszą, w celu motywacji, skupienia na celu, zespół… namalował plakat, na którym zdobywa Puchar Polski. Ten plakat z nimi jeździł później na wszystkie mecze – lepsza okazała się dopiero Legia w półfinale.

O kolejnym wyzwaniu Tworka zadecydował jeden telefon do Ojrzyńskiego: – Byliśmy na pożegnalnym grillu, gdy zadzwonił do mnie znajomy z Kołobrzegu, że szuka trenera Kotwicy. Powiedziałem „masz kandydata, dogadujcie się” i przekazałem telefon Piotrkowi. Dokończył grilla, a następnego dnia objął Kotwicę Kołobrzeg. Działał szybko, ale nie pochopnie. Po prostu lubi pracować. Niejeden by się zastanawiał, ważył – on chce pracować. Jest w tym odpowiedzialny za rodzinę, ale rozumie też jaki jest los trenera. Jesteśmy skazani na to, że czasem trzeba szybko ruszyć na drugi koniec kraju. W Kotwicy pierwotnie miał ratować ligę i tyle, a tak się złożyło, że został na kolejny sezon i dobrze mu się układało. Potem jeszcze do niego dzwoniłem, ale gdzieś coś wypadło, a potem sam zaczął trenować.

W Kotwicy szedł ratować sezon, a więc podejmował się misji, na której już sparzył się w Bałtyku. Tym razem jednak ligę uratował. Gdy obejmował Kotwicę, sytuacja wyglądała tak:

Spadały dwie ostatnie drużyny – Kotwica finalnie miała pięć punktów przewagi nad strefą spadkową.

Pobyt w Kotwicy był powrotem, było nie było, do niższych lig. Tworek opowiadał o tym, jaką były nauką: – Nie będę odkrywczy: w niższych ligach człowiek wszystkiego. Jest się trenerem bramkarzy, asystentem, nierzadko kierownikiem. Organizacja dodatkowego sprzętu, logistyka, a czasem zawodnicy dzwonią, że jednak zostają w pracy, nie będzie ich na treningu. To uczy organizacji i efektywności: wyciskania soków z każdej minuty, którą spędza się razem na zajęciach. Uważam, że każdemu trenerowi nie zaszkodziłoby poznanie realiów pracy niżej, by później doceniać też to, co się ma w ligach zawodowych. Uczy też… kreatywności, bo jeśli chce się, żeby było lepiej, trzeba dołożyć coś od siebie. W Kotwicy zrobiliśmy tak z Danielem Kokosińskim. Daniel miał znajomego stolarza, zadzwonił i zrobiliśmy cztery duże skrzynie, takie podesty do treningów.

Wspomniany „Kokos” ma wyjątkowy szacunek dla Piotra Tworka, bo to Tworek wymyślił go na nowo. Daniel Kokosiński: – Byłem jego grającym asystentem na początku. To on był pomysłodawcą tego, żebym rozwijał się w kierunku trenerskim, szukając tutaj sposobu na życie. Wiedziałem, że już w tamtym wieku nie zrobię kariery piłkarskiej, a on mi pokazał drogę. Oznajmił mi, że muszę wybrać szatnię, w której będę się przebierał. Wiedziałem, że to będzie krok do przodu. Mówiąc szczerze, to najlepszy trener, jakiego w życiu spotkałem. Byłem na różnych poziomach, drugiej, trzeciej ligi, Ekstraklasy, nigdy nie miałem trenera, który byłby tak przygotowany do pracy pod każdym względem. Ma tą charyzmę, ona go wyróżnia, jest wyjątkowa, potrafi dotrzeć dzięki niej nawet do 25 zawodnika, zmotywować go do ciężkiej pracy, do pokazywania pełni swoich możliwości, dania z siebie wszystkiego. Jest też pracoholikiem, potrafi siedzieć całe dnie w klubie.

Te słowa pasują do kolejnego sezonu Kotwicy, kiedy w pewnym momencie sezonu klub walczył nawet o awans na zaplecze Ekstraklasy. Rozstanie przyszło w listopadzie 2016 i widać, że pewne kwestie są pomiędzy wierszami. Piotr Tworek uważał bowiem, że stracił szatnię: – Ciężko to wyjaśnić. Człowiek to przeczuwa. Wchodzisz do zespołu, do szatni, do treningu, a czujesz niewidoczną barierę dzielącą cię od piłkarzy. W słowach i w oczach nie ma tej pasji i wiary, że można zrobić coś fajnego.

O rozstaniu z Kotwicą da się jednak przeczytać takie słowa, jak te działacza Ireneusza Zarzyckiego, od wielu lat związanego z Kotwicą:

Z czasem, jak trener dobrał się do skóry zawodnikom, zaczął wytykać błędy, to go postanowili wyrzucić i w tym byli zgrani. Posunęli się do niecnych czynów, wciągając w swoje rozgrywki kibiców i całą społeczność sportową. Ci kupili temat, nie znając sprawy, wspierali niecne działania kilku piłkarzy. Co dziwne, odnieśli zwycięstwo nad trenerem, któremu profesjonalizmem nie dorównują do pięt. Trener zrezygnował z pracy z tą drużyną, a oni święcą triumf. Tyle tylko, że to zwycięstwo kilku piłkarzy jest porażką całej drużyny i Zarządu. Z tej porażki powinni wyciągnąć wnioski tak jedni, jak i drudzy i przekuć ją w zwycięstwo nad głupotą kilku pseudo zawodników. Po ostatnich wyczynach kilku zawodników czuję wielkie rozgoryczenie? Sposób, w jaki zespół pozbył się trenera Piotra Tworka, budzi mój sprzeciw. Dane mi było oglądać z bliska warsztat szkoleniowy Piotra Tworka i wielu trenerskich tuzów. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że trener Piotr Tworek nie musi się wstydzić swojego warsztatu trenerskiego. Doczekaliśmy się w Kotwicy szkoleniowca z charyzmą, oddanego zespołowi i bez reszty temu, co robi.

Tak czy siak, pewnym powracającym schematem u Tworka była więc jakaś nieciągłość. Potrafił robić dobre wyniki w różnych klubach. Ale często nie było kontynuacji, z różnych przyczyn.

Po Kotwicy mógłby pracować na własny rachunek, ale zadzwonił Maciej Bartoszek. Sam Tworek opowiadał o relacji z Bartoszkiem tak:

Z Maćkiem znaliśmy się z dawnych lat, gdy ja pracowałem w Kujawiaku, a Maciek w Zdroju Ciechocinek – było nie daleko, był częstym gościem naszym i trenera Baniaka. Przyjeżdżał na mecze, na rozmowy, od tego momentu ten kontakt był utrzymywany, choć nigdy wcześniej ze sobą nie pracowaliśmy. Maciek zaproponował mi współpracę w okresie, gdy straciłem pracę w Kotwicy, a on objął klub w Ekstraklasie.

– Co robisz?

– Nic, odpocznę sobie, nie mam opcji na razie.

– Pomożesz mi w Kielcach?

Oczywiście się zgodziłem, potraktowałem to jako duże zrządzenie losu. Chciałem się dalej uczyć tej piłki ekstraklasowej. Maciek miał i ma kapitalne podejście do zawodników. On ma taki naturalny styl bycia, a jego osobowość przekłada się na zespół. W szatni była i praca, i śmiech, i szczerość, i zrozumienie. To człowiek kontaktowy, gdy trzeba czasem się wycofuje i stawia na swoim, ale ma też w sobie taką dobroć, przez którą cały czas dąży do kompromisu, choć nie jest to często kompromis, który mu służy. To było niezwykle cenne doświadczenie, na pewno jeśli chodzi o współpracę z zespołem dążę dziś w tym samym kierunku.

Tak pobyt Tworka w Koronie wspomina Michał Siejak, twórca Korona TV: – Przyszedł z trenerem Bartoszkiem do sztabu i rzucał się w oczy pracowitością, rzetelnością, merytorycznym przygotowaniem. Wiecznie robił jakieś analizy. Był prawą ręką Maciej Bartoszka, który miał duże zaufanie do Piotra w kwestii planowania treningów. Jako człowiek, od razu dal się lubić. Normalny facet, bez jakiegoś nadęcia. Pokorny, pracowity. Odpowiadał też za stałe fragmenty, za analizę przeciwnika. Widać, że bardzo zależało mu na wynikach Korony. Korona wtedy awansowała do pierwszej ósemki, choć przegrała z Termaliką. W tym samym czasie Wisła Płock strzeliła i tylko dzięki temu Korona weszła do górnej. Taki rollercoaster na trybunach, na stadionie. Pamiętam zapłakanego Tworka, który nie dowierzał, że tak to się stało. Pokazywało, jak bardzo przeżywał ten sukces. Jako sztab byli bardzo zgrani, jeden z najbardziej zgranych, jaki widziałem. Tam w Koronie poza Bartoszkiem i Tworkiem byli jeszcze Kamil Kuzera i Zbigniew Robakiewicz.

Piotr Tworek za Bartoszkiem szedł do Niecieczy, a także do Chojniczanki. Dopiero wtedy spróbował znowu pójść na swoje.

WARTA, KTÓRĄ POZNAŁ W LATACH PYŻALSKICH

Tworek nie był jedynym kandydatem do objęcia Warty po Petrze Nemcu. Jeszcze przed rozstaniem z Czechem poprzedni dyrektor sportowy sondował możliwość sprowadzenia Zbigniewa Smółki. Ale ten miał powiedzieć, że skoro Warta nie będzie walczyła o awans, to nie chce do niej przyjść. Później na listę kandydatów wskoczył Enkeleid Dobi, późniejszy szkoleniowiec Widzewa Łódź. Warta rozmawiała też z Mariuszem Pawlakiem (obecnie Wisła Puławy), ale nie dogadała się z nim. Wreszcie padła kandydatura Tworka.

Dla dziennikarzy i kibiców Warty zmiana trenera była jednak zastanawiająca. Można pójść nawet krok dalej – wydawała się irracjonalna. Nemec wywalczył awans do I ligi, utrzymał zespół – zrealizował stawiane przed nim cele. I „Zieloni” zastąpili go trenerem, który nigdy nie pracował na tym poziomie rozgrywkowym jako pierwszy trener. Był asystentem Baniaka, Jarosława Araszkiewicza, Artura Płatka czy Czesława Jakołcewicza w Warcie. Ale to było w czasach, gdy rodzina Pyżalskich wchodziła na grubo do klubu.

Zielona Rewolucja! Pamiętam doskonale. Pojawiły się w Warcie pieniądze, właściciele potrafili przylatywać na mecz helikopterem. No i jak to się skończyło… – wspomina Baniak.

Na jednej z pierwszych konferencji w Warcie, gdy małżeństwo Pyżalskich ogłosiło “Zieloną Rewolucję”, Baniak miał wygłosić przemowę. No i wygłosił. Opowiadał o tym, jak pieniądze Pyżalskich pozwolą klubowi na skok jakościowy, zachwycał się jakością nowych piłkarzy. – Pani Prezes zbudowała nam pięknego Titanica i my teraz musimy nim dopłynąć do celu – spuentował. Sam się zreflektował nad tym, jaką głupotę palnął. Po konferencji podszedł do dziennikarzy na catering i powiedział: – Ale z tym Titaniciem to dopierdoliłem…

Anegdota anegdotą, ale jakże proroczy był ten lapsus Baniaka dla przygody Pyżalskich z Wartą. Baniaka wywalono po siedemnastu meczach. Płatka po dziesięciu. Araszkiewicza po dziewięciu. Jakołcewicza po pięciu. Po czterech – Czesława Jakołcewicza, wraz z nim odszedł też Tworek.

CYGARA, KTÓRE ZAMKNĘŁY KLAMRĘ

Warta, do której przyszedł Tworek, była zgoła innym klubem niż tamta Warta z okresów „Zielonej Rewolucji”. Na pierwszym zgrupowaniu w Jarocinie nowy trener nie mógł nawet zorganizować gry wewnętrznej. Nie to, że boiska był złe czy to, że pogoda nie sprzyjała. Warta po prostu nie miała tylu zawodników – kadra była lepiona właściwie już po rozpoczęciu sezonu.

I ta Warta po ostatnim meczu jesieni była liderem I ligi. Po meczu z Wigrami Suwałki Tworek wpadł na pomysł, by piłkarze faktycznie poczuli się jak liderzy rozgrywek. Na szybko zaklepał lokal do świętowania i wyraźnie zaznaczył wytyczne do zamówienia – każdy z piłkarzy miał dostać cygaro i szklankę whisky. Zespół wrócił do Poznania, zajechał pod lokal i przywitała ich srebrna taca pełna cygar. Po jednym dla każdego – dla piłkarzy i dla sztabu. Lokal zadymiony cygarami miał sprawić, że piłkarze zapamiętają ten wieczór dla długo.

Półtora roku później Warta wygrała mecz z Cracovią, który sprawiał, że „Zieloni” zajęli piąte miejsce w Ekstraklasie. Wynik szokujący biorąc pod uwagę, że przez wielu byli typowani do spadku i że mieli najmniejszy budżet w lidze. Półtoraroczna klamra została spięta – Tworek znów zamówił dla wszystkich cygara. Z imprezy zachował się film, na którym Tworek obejmuje Michała Jakóbowskiego i razem zaciągają się sukcesem. – Prawie jak Guardiola – śmiał się trener, bo kilka dni wcześniej hiszpański trener w podobny sposób świętował zdobycie mistrzostwa Anglii.

Praca nad atmosferą w zespole nie ogranicza się jednak do jednorazowego wyskoku na cygaro. Pytamy piłkarzy Warty o Tworka w szatni. Co słyszymy? „Sprawiedliwy, nie czuć fałszu”. „Dwudziesty zawodnik w zespole czuje się tak samo, jak pierwszy”. „Ojcowski”. „Najpierw patrzy na człowieka, później na piłkarza”. Nie miał problemu, by kilkukrotnie dać zawodnikom wolne, gdy mieli do załatwienia sprawy prywatne. Bartosza Kielibę wysłał na urlop, by ten był blisko córki podczas jej leczenia we Włoszech.

Do tradycji warciańskiej szatni przeszły też urodzinowe prezenty. I to prezenty personalizowane. Tworek razem ze sztabem w dniu urodzin daje piłkarzom upominki, które kojarzą się z jubilatami. Adam Zrelak dostał kolanka hydrauliczne – to a propos jego problemów z kolanem. Makana Baku – trzymetrowego węża, bo panicznie boi się tych zwierząt. Łukasz Trałka – zabawkowy mikrofon, bo przecież Trałka aspiruje do bycia ekspertem telewizyjnym. Albo sam Tworek, albo ktoś ze sztabu podpytuje rodziny, znajomych lub kolegów z zespołu o to, co pasuje do jubilata i praca nad prezentem trwa kilka lub kilkanaście godzin przed dniem urodzin.

Baniek: – Piotruś to niesamowicie ciepły człowiek. W tym środowisku jest sporo osób, które zgrywają kogoś na pokaz, ale Piotr taki jest, że on ujmuje swoją kulturą osobistą. Przez te kilkanaście lat dojrzał jako mężczyzna. Pamiętam ten czas, gdy poznawał się ze swoją żoną. Byłem na jego ślubie. Później rodzina im się powiększyła. Ciepło mi się robi na sercu, gdy widzę, jak idzie do przodu jako trener, ale przede wszystkim jako człowiek. 

EKSTRAKLASA – A KIEDY JA TAM BĘDĘ?

Najlepiej jednak pracę Tworka nad team-spirit obrazuje historia z baraży o Ekstraklasę. „Zieloni” ograli w półfinale Termalicę Nieciecza i trzy dni później mieli mierzyć się z Radomiakiem o awans do elity. Czasu było mało, ale trener wpadł na pomysł, by stworzyć odprawę, która może okazać się game-changerem dla losów rywalizacji.

Kwadrans do wyjścia na rozgrzewkę. Tworek daje ostatnie wskazówki taktyczne, omawia plan na mecz. Kończy wyjątkowo wcześnie. – Panowie, na koniec jeszcze coś ważnego, usiądźcie i obejrzyjcie – mówi: – Adasiu, włącz – prosi asystenta Adama Szałę, a ten odpala film.

Na ekranie pojawiają się nagrania żon, dziewczyn, braci, sióstr, przyjaciół piłkarzy Warty. Każdy przekazuje słowa wsparcia. Do walki zagrzewają też m.in. Bartosz Bereszyński, Andrzej Żurawski czy Marcin Kamiński. Najbardziej wzruszające były słowa od Marty Kieliby, żony Bartosza, kapitana warciarzy. To małżeństwo, które wiele już przeszło. Ich córka Maja cierpi na bardzo poważną chorobę – rdzeniowy zanik mięśni. Rodzina była wówczas w rozłące, bo Marta z Mają przebywały we Włoszech na nowatorskiej terapii leczeniowej.

 Kochanie, wiesz, że dla nas nie ma rzeczy niemożliwych – mówi Marta Kieliba na nagraniu.

Wielu piłkarzy miało łzy w oczach. Część była niesamowicie zmotywowana. I widać to było na boisku, gdzie przez pierwsze pół godziny warciarze dominowali. Baraże wygrali, kolejne miesiące są już historią ekstraklasową.

– Pamiętam, gdy pracowałem w Zawiszy Bydgoszcz w II lidze, rozmawiałem z Mariuszem Kundelskim, który był odpowiedzialny za kwestie bezpieczeństwa i infrastrukturę. On mi powiedział wtedy “Piotrek, będziesz kiedyś pracował w Ekstraklasie”. Ja wtedy sobie pomyślałem “cholera, ale kiedy to będzie?” – mówił po awansie Tworek.

Doczekał się.

Dzisiaj jest ceniony, jest na topie. Ale przyjdzie taki moment, gdy kopną go w tyłek i będzie uznawany za nieudacznika, taki jest ten zawód. Trenerka to wieczne nerwy. I skoro jest prawie łysy już teraz, to przecież zaraz już w ogóle nie będzie miał włosów! – śmieje się Baniak.

***

I na koniec anegdota.

Warta poleciała na obóz do Turcji, Tworek był asystentem Baniaka. Baniak – jak to Baniak – szukał czegoś na miejscowych straganach. Kupił sobie koszulę, kurtkę, ale chodził wokół Turka, który sprzedawał klapki znanej firmy. Oczywiście podróbki. Tworek z Maciejem Borowskim, trenerem bramkarzy, nakręcali trenera.

Trener się utarguje, pogada, zejdzie z ceny.

Baniak negocjował, dwóch trenerów nakręcało go „za pięć dolców już trener kupi, niech trener bierze”. No i kupił. Wrócili do hotelu, Baniak rozpakowuje pakunki, wyciąga klapki…

KUUUUUUUURWAAAA! TO PRZEZ WAS, BO STALIŚCIE MI NAD UCHEM, TRUTNIE!!!

Okazało się, że klapki owszem – były za pięć dolarów. Problem w tym, że oba lewe.

LESZEK MILEWSKIDAMIAN SMYK

fot. NewsPix

Ekstraklasa. Historia polskiej piłki. Lubię pójść na mecz B-klasy.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
0
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”
Ekstraklasa

Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Jakub Białek
0
Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Ekstraklasa

Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
0
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”
Ekstraklasa

Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Jakub Białek
0
Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Komentarze

19 komentarzy

Loading...