Nowy Śląsk, stary Lech

redakcja

Autor:redakcja

09 sierpnia 2019, 23:26 • 3 min czytania

Reklama
Nowy Śląsk, stary Lech

Wystarczyło, że Lech Poznań na początku sezonu zaprezentował trochę entuzjazmu w swojej grze i zdobył siedem punktów w trzech meczach, a już na Bułgarską waliły tłumy. Spotkanie ze Śląskiem Wrocław obejrzało na trybunach ponad 32 tys. ludzi i zapewne wielu z nich nie tak prędko wróci na stadion. „Kolejorz” bowiem w momencie, w którym mógł się na dobre rozpędzić, niespodziewanie zawiódł. Podobnie… jak rok temu. 

Reklama

W ubiegłym sezonie Lech po czterech z rzędu zwycięstwach, w których nieraz miał sporo szczęścia, w 5. kolejce prowadził u siebie z Wisłą Kraków już 2:0, a Joao Amaral zmarnował setkę na 3:0. Skończyło się na porażce 2:5, a poznańska ekipa w zasadzie już do końca rozgrywek nie odzyskała równowagi. Czy teraz domowa wpadka również będzie początkiem czegoś gorszego w dalszej perspektywie, aż tak mocno przekonani nie jesteśmy. Na pewno jednak drużyna Dariusza Żurawia otrzymała zimny prysznic i to taki, po którym nie wystarczy tylko przetarcie twarzy ręcznikiem.

Wygrana Śląska 3:1 to nie żaden przypadek. Goście przez większość meczu byli drużyną lepszą, lepiej zorganizowaną, odważniejszą i pewniejszą siebie. Tak naprawdę dopiero w ostatnich kilkunastu minutach Matus Putnocky przypomniał kibicom Lecha, że nadal jest bardzo dobrym bramkarzem, wykazując się refleksem po dwóch próbach Christiana Gytkjaera. Szczególnie zaimponował przy pierwszym strzale Duńczyka, który stał w polu karnym na wprost bramki i niestety dla siebie właśnie w okolice środka posłał piłkę. Oprócz tego fatalnie z paru metrów spudłował niepilnowany Kamil Jóźwiak, a rezerwowy Maciej Makuszewski wściekał się, że zamiast dwóch asyst ma w statystykach zero.

Wcześniej WKS rozgrywał to spotkanie po swojemu. Wysoki, skomasowany pressing szybko wymusił błąd Djordje Crnomarkovicia, wyjątkowo kulawy tego dnia Thomas Rogne zablokował ręką strzał Przemysława Płachety i wrocławianie błyskawicznie prowadzili po karnym. A później do akcji wkroczył ON.

Łukasz Broź.

Reklama

33-latek dotychczas w Śląsku nie zachwycał, uchodził wręcz za lekkie rozczarowanie po przyjściu z Legii Warszawa. Dziś jednak zaliczył występ życia. Chcemy się mylić, ale zapewne nic lepszego w karierze już go nie spotka. Broź we wcześniejszych 237 ekstraklasowych występach zdobył 12 bramek. Nigdy nie strzelił dwóch goli w jednym meczu. Aż do 9 sierpnia 2019 roku. Mało tego – oba gole były spektakularne. Najpierw spadający liść za plecy zdezorientowanego Van der Harta, a później lobujące uderzenie głową po dalekim zagraniu Krzysztofa Mączyńskiego z rzutu wolnego. Holenderski bramkarz wyglądał na jeszcze bardziej zaskoczonego, najchętniej by się rozpłakał. Czego jak czego, ale takich rzeczy nie mógł się spodziewać.

W Lechu temat ogarniali jedynie Darko Jevtić i Pedro Tiba. Reszta została stłamszona przez Śląsk, który poza życiówką Brozia miał zgrany, dużo biegający zespół (Jakub Łabojko!) i dobrze dysponowanego bramkarza. Jak widać, więcej nie trzeba, żeby wygrać w Poznaniu.

Licząc końcówkę tamtego sezonu, Śląsk jest niepokonany od dziewięciu kolejek (siedem z tych meczów to zwycięstwa). Vitezslav Lavicka dostał czas, żeby poukładać klocki i opłaciło się czekać. Lechowi grozi powtórka z rozrywki i szybkie zgaśnięcie po pierwszym plaskaczu, choć teraz zespół mimo dzisiejszych cyrków w defensywie i tak zdaje się być bardziej zrównoważony od tego, który próbował budować Ivan Djurdjević.

Z perspektywy widza niezaangażowanego, świetnie się ta kolejka rozpoczęła. W kwestii widowiskowości, poprzeczka przed kolejnymi dniami została wysoko zawieszona.

Reklama

lech slask grafika

Fot. newspix.pl

 

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Kolegium Sędziów wydało werdykt. Widzewowi należał się karny!

Jan Broda
18
Kolegium Sędziów wydało werdykt. Widzewowi należał się karny!

Weszło

Reklama