post Avatar

Opublikowane 24.01.2019 17:47 przez

Jan Ciosek

W świecie sportu nie brakuje cudownych dzieci, sportowców, którzy w bardzo młodym wieku osiągają gigantyczne sukcesy. Weźmy na przykład taką Marię Szarapową, która w wieku 17 lat wygrała Wimbledon, a niedługo po osiemnastce była już liderką światowego rankingu. Albo Lewisa Hamiltona, który w pierwszym sezonie w Formule 1 był o punkcik od mistrzostwa świata. Znacznie więcej sympatii i szacunku można jednak mieć do długodystansowców – sportowców, którzy wbrew wszelkim przeciwnościom losu nigdy nie zrezygnowali z marzeń o zwycięstwie. I po wielu latach dopięli swego. Jak ostatnio choćby Dawid Kubacki.

W hollywoodzkich filmach o sporcie to jest stały schemat: bohater ma pod górkę, upada, podnosi się, upada ponownie, aż znajdzie się na krawędzi przepaści. I wreszcie, kiedy już praktycznie nikt na niego nie stawia, zaczyna iść po swoje. W filmie udaje się prawie zawsze i na końcu Rocky, czy inny bohater, sięga po wielkie zwycięstwo. W życiu wszystko jest oczywiście znacznie bardziej skomplikowane, ale… filmowe historie także się zdarzają. Bohaterem najnowszej właśnie został Dawid Kubacki, który 10 długich lat czekał na zwycięstwo w konkursie Pucharu Świata w skokach narciarskich.

169 konkursów

Dawid Kubacki powoli dobiega do trzydziestki. W Pucharze Świata po raz pierwszy wystąpił 11 lat temu, w sezonie 2007/08. Wtedy, jako niespełna 18-letni zawodnik dostał szansę startu w Zakopanem. Dokładniej mówiąc: w kwalifikacjach. Szansy nie wykorzystał i do zawodów się nie zakwalifikował. Rok później było nieznacznie lepiej i Kubacki zdołał awansować, choć na Wielkiej Krokwi zajął zaledwie 49. miejsce.

Dalej? Szału nie było i kariera wcale nie nabrała wielkiego tempa. Sezon 2009/10 to cztery występy w Pucharze Świata (dwa w Sapporo, dwa w Zakopanem), wszystkie bez awansu do drugiej serii. 2010/11 to 14 występów, siedem zakończonych w kwalifikacjach, siedem po pierwszej serii. Rok później – osiem startów i znów – połowa to pierwsze serie, połowa – kwalifikacje. Dopiero następny sezon przyniósł mu regularne występy i pierwsze punkty, a w Engelbergu nawet miejsce w pierwszej dziesiątce. Żeby jednak wszystko nabrało właściwego rozpędu, trzeba było kolejnych kilku lat. W ubiegłym sezonie Dawid doczekał się pierwszego podium (trzecie miejsce w Oberstdorfie), potem kolejnego (trzeci w Willingen). Pod koniec sezonu był drugi (za Stochem) w Lillehammer. Najwyraźniej mu się spodobało stawanie na podium, bo w nowym sezonie jest na nim stałym gościem.

A już początek 2019 roku to już prawdziwa petarda w wykonaniu Kubackiego. 1 stycznia był trzeci w Ga-Pa, kilka dni później – drugi w Bischofshofen. Na drugim miejscu zakończył także zawody w Predazzo. To był jego 168. występ w konkursie Pucharu Świata. Jakie są szanse na to, że po 168 występach bez wygranej zdoła wygrać, w dodatku w sytuacji, w której musi rywalizować o zwycięstwo z gościem, który ma formę życia? Przecież Kobayashi w sobotę wyprzedził Kubackiego aż o 26,5 punktu. A jednak – w niedzielę to Polak był najlepszy. Po 11 latach startów, w 169. występie w końcu stanął na najwyższym stopniu podium.

Wreszcie! Bardzo długo czekałem na to pierwsze miejsce. Kosztowało mnie to dużo pracy, ale się opłaciło. Wciąż jeszcze mam rezerwy, wiem, nad czym muszę pracować. Głowa ma bardzo duże znaczenie w skokach narciarskich, od lat pracuję z psychologiem, dziś mi się to bardzo przydało – mówił na gorąco po zwycięstwie w Predazzo. – Presja? Nie, nie czuję dodatkowej presji, ja po prostu robię swoje, jak zawsze.

130 wyścigów

Robert Kubica, który właśnie wraca do Formuły 1, bardzo szybko zaczął odnosić sukcesy. W trzecim wyścigu po raz pierwszy zameldował się na podium (trzecie miejsce w Grand Prix Włoch na Monzy). W 25. występie w F1 wywalczył jedyne pole position (Grand Prix Bahrajnu), a cztery wyścigi później sięgnął po jedyną wygraną (Grand Prix Kanady). Po słabym dla BMW Sauber sezonie 2009 (1 podium w Brazylii), rok później zaliczył trzy pudła w barwach Renault. Czyli: cztery i 1/3 sezonu w F1, 1 zwycięstwo, 12 miejsc na podium. Nieźle? Zdecydowanie.

No bo weźmy takiego Nico Rosberga. W pierwszych sześciu sezonach w Formule 1 wywalczył tylko pięć podiów. Pierwsze pole position i pierwsze zwycięstwo zgarnął w 111. starcie. Potem już tak się rozkręcił i dostał tak dobry samochód, że dołożył kolejne 22 wygrane plus mistrzostwo świata w 2016 roku. A jego dobry znajomy Jenson Button? On także po pierwszą wygraną sięgnął w siódmym sezonie startów (113. wyścig). W dziesiątym sezonie dołożył sześć kolejnych zwycięstw w barwach Brawn GP i sięgnął po mistrzostwo świata.

Jednak Rosberg i Button wcale nie są rekordzistami. Nie jest nim także Rubens Barrichello. Brazylijczyk zwyciężył po raz pierwszy w ósmym sezonie startów, w dodatku w niesamowitych okolicznościach, po starcie z 18. pola. Wygrana w 123. występie w Formule 1 była wówczas (2000) rekordem pod względem długości czekania na triumf. Osiągnięcie Barrichello przetrwało 9 lat. Pobił go Mark Webber, który na wygrane Grand Prix czekał aż do 130. wyścigu. Dokonał tego dopiero w wieku 33 lat.

To niesamowity dzień. Tak bardzo chciałem w końcu wygrać. Miałem wokół siebie wspaniałych ludzi, którzy bardzo mnie wspierali i wykazali się ogromną cierpliwością – mówił uradowany Webber, który w sumie w barwach Red Bulla wygrał 9 wyścigów, trzy razy kończył sezon na trzecim miejscu w klasyfikacji generalnej.

43 Wielkie Szlemy

Agnieszce Radwańskiej przez całą karierę towarzyszyło kluczowe pytanie: czy zdoła sięgnąć po wielkoszlemowy triumf? Dwa razy było blisko. W 2012 osiągnęła finał Wimbledonu, gdzie po zaciętej walce uległa w trzech setach Serenie Williams. Rok później było niby dalej, ale tak naprawdę bliżej. W półfinale po ekstremalnie zaciętym spotkaniu Polka przegrała jednak z Sabine Lisicki. Niemka z kolei w finale okazała się gorsza od Marion Bartoli. Nikt nie miał wątpliwości, że te kilka piłek z półfinału zdecydowało o tym, że Radwańska nie wygrała Wimbledonu. Z Francuzką wygrywała w zasadzie za każdym razem, w finale prawdopodobnie nie byłoby inaczej. Tak czy inaczej, Radwańska już zawiesiła rakietę na kołku. W sumie zagrała w 46 turniejach wielkoszlemowych, osiągnęła finał, cztery półfinały, siedem ćwierćfinałów.

Niewiele brakowało, a podobne liczby na koniec kariery towarzyszyłyby jej przyjaciółce, Karolinie Woźniackiej. Reprezentantka Danii przez lata goniła wielkoszlemowego króliczka, ale wiąż, tak jak Radwańska, nie mogła go złapać. Od debiutu w Roland Garros 2007 przez 10 lat nie opuściła żadnego wielkoszlemowego występu. Bywało, że była bliska triumfu. W US Open 2009 i 2014 osiągała finał, cztery razy grała w półfinałach. Ale zawsze brakowało kropki nad i. Aż do stycznia ubiegłego roku, kiedy zdołała zwyciężyć w Australian Open. Co ciekawe, bardzo niewiele brakowało, a z turniejem, który zmienił jej życie, pożegnałaby się już w drugiej rundzie. Wówczas, w trzecim secie meczu z Chorwatką Janą Fett obroniła dwie piłki meczowe. To był jej 43. wielkoszlemowy występ. Statystycy wyliczyli, że tylko trzy zawodniczki w historii zdołały wygrać Szlema po dłuższym oczekiwaniu. – Szczerze, uważam, że jedną z najbardziej pozytywnych rzeczy związanych z tym zwycięstwem jest to, że już nigdy nie usłyszę tego pytania. Teraz już mogę czekać na pytanie: kiedy wygrasz kolejny turniej wielkoszlemowy – mówiła wzruszona Karolina. – Spełniło się moje marzenie, to dla mnie bardzo emocjonalna chwila. Długo na to czekałam.

A propos czekania – jeszcze dłużej czekali Brytyjczycy. Marzenie o zwycięstwie ich reprezentanta na Wimbledonie przerodziło się w pasję, która kolejnym kandydatom plątała nogi. Mijały lata, a kibice na kortach przy Church Road wciąż musieli patrzeć, jak najbardziej prestiżowy puchar w świecie tenisa odbierają goście – z USA, Australii, Szwajcarii, Szwecji, Serbii, Hiszpanii, nawet Czechosłowacji, Peru i Holandii. Słowem: z całego świata, tylko nie z Wielkiej Brytanii. Wreszcie, po 77 latach i 71 edycjach w 2013 roku na kortach All England Lawn Tennis & Croquet Clubu triumfował Andy Murray. – Presja była ogromna. Od czterech, pięciu lat to było bardzo trudne, ogromnie stresujące. Kilka dni przed turniejem było naprawdę ciężkie, na każdym kroku odczuwałem gigantyczną presję. Gdziekolwiek poszedłem, widziałem, jak duże są oczekiwania, nie tylko dlatego, że to taki wielki turniej, ale też z powodu historii i czekania na brytyjskie zwycięstwo. Teraz to oczekiwanie się skończyło i myślę, że teraz będzie łatwiej. Mam nadzieję, że będzie, mam nadzieję – mówił po historycznym zwycięstwie. Było – Murray zdołał powtórzyć sukces na londyńskiej trawie w 2016 roku.

49 walk

Jeśli chodzi o polskich bokserów, którzy długo i bezskutecznie próbowali zdobyć tytuł zawodowego mistrza świata, nikt nie może się równać z Andrzejem Gołotą. Nasz ciężki, nazywany w USA „Ostatnią nadzieją białych”, do walk o tytuł stawał czterokrotnie, w tym aż trzy razy z rzędu. To sytuacja absolutnie bezprecedensowa w historii boksu, żeby ktoś dostał ich tyle. Gołota najpierw w 1997 roku walczył o pas WBC z Lennoksem Lewisem (skończyło się błyskawicznym nokautem). Minęło nieco ponad 6 lat, Polak związał się kontraktem promotorskim z potężnym Donem Kingiem. Ten doprowadził do jego walki z Chrisem Byrdem o pas IBF. Gołota był świetny, zrobił wszystko, jak należy, ale sędziowie wypunktowali remis. Minęło pół roku, Polak stanął naprzeciwko czempiona WBA Johna Ruiza. Powalił Amerykanina dwa razy na deski, Ruiz stracił punkt za cios po komendzie „stop”, Endrju miał przewagę trafionych uderzeń (141 do 103). A jednak – sędziowie wypunktowali… jednogłośną wygraną obrońcy tytułu! W ostatniej szansie kontrowersji już nie było – Brewster znokautował Polaka już w pierwszej rundzie i marzenie nie doczekało się spełnienia.

Inaczej było w historii wojownika z Republiki Południowej Afryki o przydomku „Sugar Boy”. Thulani Malinga zadebiutował na zawodowym ringu w wieku 26 lat. Szybko zdobył tytuł mistrza RPA w wadze średniej, jednak na poważne walki musiał poczekać jeszcze kilka lat. W wieku 34 lat doczekał się walki o pas mistrza świata wagi średniej federacji IBF. Na ringu w Charlottenburgu przegrał wysoko na punkty z Graciano Rocchigianim. Dwa lata później dostał drugą szansę – tym razem w wadze super średniej. Z Lindellem Holmesem boksował znakomicie, ale na kartach sędziowskich znów był słabszy. Podobnie jak po kolejnych dwóch latach, gdy w Birmingham próbował odebrać pas czempiona WBO w super średniej Chrisowi Eubankowi (przegrał niejednogłośnie na punkty).

Potem przegrał na punkty z Nigelem Bennem, przez nokaut z Royem Jonesem, wygrał kilka pojedynków w RPA. I nagle, niespodziewanie dla wszystkich, w wieku 41 lat, z bilansem 40 zwycięstw i 9 porażek, dostał szansę walki o pas z Nigelem Bennem, który w międzyczasie zdobył pas WBC w wadze super średniej. Dla Benna miała to być formalność, łatwa robota i 10. obrona tytułu. Zapowiadało się łatwo, w piątej rundzie Malinga był na deskach. Ale jakoś się pozbierał i zaczął tłuc Anglika. Choć wiemy, co potrafią sędziowie w zawodowym boksie, jakie wałki potrafią robić i jakie werdykty wydają bez mrugnięcia okiem, tym razem postanowili, że będą uczciwi. „Sugar Boy” był lepszy i wygrał jednogłośnie na punkty.

Cztery miesiące później, także w Anglii, Malinga stracił pas, przegrywając niejednogłośnie na punkty z Vincenzo Nardiello. Koniec bajki? Nic z tych rzeczy! Bokser z RPA odpoczywał przez półtora roku, „jego” pas przejął Robin Reid. „Sugar Boy” poleciał do niego do Londynu i… wypunktował nowego czempiona, tylko po to, by trzy miesiące później stracić tytuł.

Inny przykład „długodystansowca” to Robin Deakin. „Rockin” wygrał walkę w zawodowym debiucie, w 2006 roku. W kolejnych 50 walkach zawsze opuszczał ring jako pokonany. 8 lat, 50 walk. Same porażki, w tym na przykład z Polakiem Damianem Ławniczakiem (bilans 0-11). Można się załamać? Dać sobie spokój? Kto by tak nie zrobił? Na pewno nie „Rockin”. Choć brytyjskie media z pewną dozą sympatii pisały o nim, jako o „najgorszym bokserze świata”, on nie zrezygnował. Zrobił sobie półtora roku przerwy, po czym w legendarnej York Hall w Londynie wypunktował Denissa Kornilovsa w czterorundowej walce. Trudno nam sobie wyobrazić, jakie uczucia musiały mu towarzyszyć, kiedy sędzia Lee Murtagh unosił w górę jego ramię, ale zakładamy, że czuł się co najmniej mistrzem świata. Bo jak wiadomo – prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. I nawet, jeśli brzmi to nieco banalnie – naprawdę nigdy nie jest za późno na to, żeby zacząć wygrywać.

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl

Opublikowane 24.01.2019 17:47 przez

Jan Ciosek

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 0
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
Powiadom o
Blogi i felietony
22.10.2020

Valmiera? Benfica? Bez różnicy. Lech ma jaja

Lech przegrał z Benficą. No i co z tego? Czy ktoś powinien mieć do niego jakiekolwiek pretensje? Nie, bo pokazał, że ma jaja i nie boi się grania tego, co chce. Przed meczem mówiłem sobie, że wynik mnie nie interesuje. Szanse na to, by Lech pokonał Benficę – faworyta nie tylko naszej grupy, ale i […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Sporo pozytywów oraz duet stoperów i Kaczarawa. Noty Lecha za Benfikę

Mimo że Lech Poznań przegrał z Benfiką, nie mamy pretensji do jego zawodników. Podjęli walkę, zagrali w swoim stylu, nie było wątpliwości, że obie drużyny uprawiają tę samą dyscyplinę sportu. Większość ocen jest więc co najmniej przyzwoita, choć są wyjątki. Skala not tradycyjnie 1-10, wyjściowa 5.  Filip Bednarek (5) Dwie dobre interwencje w końcówce, szczególnie […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Gol sezonu Rangersów. Szkoci zaczynają od zwycięstwa w lechowej grupie

Mogliśmy się zastanawiać nad tym, który z pozostałych zespołów w grupie Lecha Poznań w Lidze Europy jest silniejszy. Rangersi czy jednak Standard Liege? Bo co do tego, że Benfica przerasta resztę stawki, nie było wątpliwości. No i na „dzień dobry” Szkoci ograli Belgów 2:0. Natomiast pewnie nie wynik, a gola z 92. minuty zapamiętamy na […]
22.10.2020
Blogi i felietony
22.10.2020

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Gdy Lech strzelał pierwszą bramkę, na powtórce każdy Polak mógł wyczytać z ust Puchacza soczyste „MOŻNA KURWA”. Gdy Crnomarković naciśnięty pressingiem oddał piłkę za darmo w aut, zebrał opieprz za minimalizm. Za brak podjęcia nie walki jako takiej, a walki o grę w piłkę. Jakub Kamiński przy drugim golu w zasadzie był kryty przez dwóch […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Zawiodło to, czego się obawialiśmy. Gra w obronie

Wiadomo, że podobał się nam ten mecz w wykonaniu Lecha. Zobaczyliśmy to, co w gruncie rzeczy chcieliśmy, czyli drużynę walczącą jak równy z równym z bardzo mocną Benfiką. Co więcej, zobaczyliśmy Kolejorza, który się nie bał, nie pałował wszystkich piłek, pokazał wiele więcej niż tylko mityczne już cechy wolicjonalne. Zresztą po raz kolejny. Oczywiście na […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Lech Poznań? Tak przecież nie grają polskie drużyny! Porażka, ale bez wstydu

Lech Poznań przegrał mecz. To fakt. Ale przypuszczamy, że gdybyśmy zrobili dziś wieczorem spacer po Poznaniu i gdybyśmy pytali poznańskich kibiców „czy jesteś dumny z Kolejorza”, to dostalibyśmy same odpowiedzi twierdzące. Poznaniacy przegrali. Ale postawili Benficę trudne warunki, długimi minutami byli stroną przeważającą, dwukrotnie odrabiali straty. Z taką grą lechici nie mają się czego bać […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

HEJT PARK PO MECZU LECHA | TRAŁKA, WAWRZYNIAK, STANOWSKI

Wow, Lech zrobił nam dziś wieczór. Ale na 90 minutach show w Poznaniu emocje się nie kończą. O godz. 21 startujemy z „Hejt Parkiem w Dobrym Składzie” w Weszło.FM oraz w Kanale Sportowym! Prowadzenie: Krzysztof Stanowski. Goście: Łukasz Trałka i Jakub Wawrzyniak. Temat? Chyba oczywisty. Czekamy na wasze telefony: 22 219 94 42! Sponsorem programu […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

„Nie wyobrażam sobie, żeby Lublin nie miał Ekstraklasy do 2025 roku”

Iście mocarne plany ma Motor Lublin. Nie dość, że w czerwcu właścicielem klubu z Lubelszczyzny został miliarder Zbigniew Jakubas, to teraz ogłoszone zostało, że jednym z jego doradców będzie Bogusław Leśnodorski. Postać absolutnie nieprzypadkowa i mająca know-how, jak w polskiej piłce zrobić sukces, w który wszyscy w Lublinie celują. – Nie wyobrażam sobie, żeby Motoru […]
22.10.2020
Live
22.10.2020

LIVE: Panowie… To wasz czas!

Oj, wyczekał się Lech Poznań na ten wieczór. Lata niepowodzeń, lata rozczarowań, ale jak wreszcie zaskoczyło.. Ofensywna, atrakcyjna, widowiskowa gra. Mnóstwo wychowanków w składzie, większość z nich jasno deklarujących, że gra dla Kolejorza to dla nich coś więcej niż praca. Parę autentycznych gwiazd ligi, bo tak trzeba określić Tibę czy Ishaka. Efekt? Dziś ich wieczór. […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Real w pułapce – jak wiele zaufania może otrzymać legenda?

Futbol nie jest, nie był i nigdy nie będzie bajkowym światem. Nigdy nie ma tutaj kropki na końcu zdania „i żyli długo i szczęśliwie”. Każdy dobry moment to tak naprawdę wyczekiwanie, aż wszystko się rozsypie. Długo rzeczywistość oszukiwał Zinedine Zidane. Trzy razy feta po zwycięstwie w Lidze Mistrzów. Opuszczenie statku jeszcze przed kryzysem, właściwie na […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Trudne zadanie przed Lechem. Polskie kluby nie potrafią łączyć ligi i pucharów

Występy polskich klubów w europejskich pucharach są zbawieniem i męką. Zbawieniem – bo kibice wreszcie mają okazję się uradować, bo UEFA wysyła pieniądze, a i jakoś tak zawsze można ponapinać się przed resztą Ekstraklasy. Ale wejście do fazy grupowej Ligi Europy (czy rzadziej – Ligi Mistrzów) wiąże się też po prostu z grą. Częstą, intensywną […]
22.10.2020
Inne sporty
22.10.2020

Gamrot: Kiedy usłyszałem werdykt, poczułem się, jakbym dostał bejsbolem

Od debiutu Mateusza Gamrota w UFC minęło już parę dni, ale emocje wciąż wiszą w powietrzu. Polski zawodnik MMA wspominał swoją walkę z Guramem Kutateladze w programie Oktagon Live na Kanale Sportowym, którego był gościem wraz z Marcinem Tyburą. Spisaliśmy dla was najciekawsze wątki z jego rozmowy z Maciejem Turskim. Różnice między KSW a UFC: […]
22.10.2020
Uncategorized
22.10.2020

Superliga powraca, odcinek 2841. Co wielkie kluby wykombinowały tym razem?

Są pewne rzeczy, wydarzenia, czynności, które wydają się nam ciągnąć w nieskończoność. Nawet, gdy myślimy, że już nadszedł ich kres, powracają i próbują skupić swoją uwagę. Wczoraj znowu można było pomyśleć: “jest, wylazł”, bo Liverpool i Manchester United przypomniały, że oni to by w sumie chcieli tę Superligę. Znowu. Nie jest to pomysł nowy, wszak […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Może Świderski, może Klimala, a może Bale? Kto błyśnie w Lidze Europy?

W tym roku na Ligę Europy patrzymy z większym zaciekawieniem, niż miało to miejsce przez ostatnie kilka lat, kiedy siłą rzeczy traktowaliśmy ją nieco po macoszemu. Lech świetnie zagrał w eliminacjach, awansował do fazy grupowej, więc naturalnie czwartkowe wieczory na europejskich boiskach, przynajmniej te jesienne, będą nieco gorętsze. Tylko, czy sprawiedliwym jest sprowadzania tych rozgrywek […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Finansowy raport za 2019 rok. Lech z najwyższymi spadkami, Wisła Płock oszalała

Firma Deloitte opublikowała swój coroczny raport finansowy dotyczący Ekstraklasy. Jak zwykle dostaliśmy sporo ciekawych danych podanych w przystępnej formie. Jednak mamy gdzieś z tyłu głowy to, że ta analiza dotyczy 2019 roku. Czyli roku, w którym nie było pandemii, nie było zawieszenia rozgrywek, pustych stadionów, pobicia rekordu transferowego Ekstraklasy, fazy grupowej Lecha Poznań… Niemniej kilka […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Jak katowiccy bombardierzy nastraszyli Benficę

Gdy w 1993 roku GKS Katowice pojawił się w Lizbonie na meczu Pucharu Zdobywców Pucharów, otrzymał od portugalskiej prasy przydomek „bombardeiros”. Aż tak nas doceniali? Zachwycała ich gra głową Mariana Janoszki, a także nieustępliwość Kazka Węgrzyna? Otóż nie: dziennikarze określili polskich przybyszów bombardierami, ponieważ katowiczanie przylecieli rozklekotanym, postsowieckim IŁ-em. Lata dziewięćdziesiąte? Kasety VHS, trzepak, Super […]
22.10.2020
Weszło Extra
22.10.2020

„Wygralibyśmy z Lechem 99 meczów na 100”. Pucharowe boje Kolejorza w sezonie 2010/11

Dwanaście spotkań zdążył rozegrać Lech Poznań w sezonie 2010/11 przed meczem otwarcia fazy grupowej Ligi Europy, w którym „Kolejorz” miał się zmierzyć z Juventusem. Ówcześni mistrzowie Polski tylko w jednym z tych dwunastu starć zdobyli więcej niż dwa gole. W siedmiu w ogóle nie znaleźli drogi do siatki rywali. Powodów do optymizmu przed występem podopiecznych […]
22.10.2020
Weszło
22.10.2020

Niedawno juniorzy Benfiki, dziś III liga. „Za dużo imprez, odbiła mi sodówka”

Przemysław Macierzyński mając 16 lat i 116 dni zadebiutował w Ekstraklasie jako zawodnik Lechii Gdańsk. Stał się pierwszym chłopakiem z rocznika 1999, który zagrał w polskiej elicie. Ciągu dalszego jednak nie było, a jego kariery wcale nie przyspieszyło pójście do juniorów Benfiki Lizbona. Dziś wciąż dość młody napastnik (21 lat) próbuje się odbić w III […]
22.10.2020