Reklama

Piłkarz, trener, odkrycie i szmacianka roku! Wręczamy arcyprestiżowe nagrody

Piotr Tomasik

Autor:Piotr Tomasik

30 grudnia 2015, 15:21 • 7 min czytania 0 komentarzy

Koniec roku – czas wszelakich plebiscytów. My też mamy swój, którego renomę powoli budujemy. Jak każdy młokos w towarzystwie – może być on jeszcze lekceważony, ale spokojnie – zakładamy, że przeżyje nas wszystkich, a pamięć o skromnych początkach będzie przekazywana w formie anegdoty, w którą niełatwo będzie uwierzyć. Jeśli chodzi o wybieganie w przyszłość to tyle, czas skupić się na niedawnej przeszłości i teraźniejszości. 

Piłkarz, trener, odkrycie i szmacianka roku! Wręczamy arcyprestiżowe nagrody

Cytując prawie klasyka – nie będzie żadnych udziwnień, my jesteśmy normalni. Jak zwykle – kategorie, w których wyróżniamy ludzi polskiej piłki, są tylko cztery, czyli z pełnym przekonaniem możemy powiedzieć – jest prestiżowo. Najlepszy piłkarz, najlepszy trener, największe odkrycie – to nagrody, które już niedługo każdy będzie chciał mieć w swojej kolekcji i chwalić się nimi przed całym środowiskiem. Jest też nasza szmacianka. Normalni ludzie powinni traktować ją w kategoriach gorącego kartofla, ale w tym przypadku problem z wyróżnionymi jest taki, iż nie mamy pewności co do tego, że postrzegają pewne rzeczy tak samo jak reszta populacji.

Dobra, występów artystycznych tym razem nie zaplanowaliśmy się, więc przechodzimy od razu do przyznania nagród.

Lewy

PIŁKARZ ROKU – ROBERT LEWANDOWSKI

Reklama

2012: Robert Lewandowski
2013: Robert Lewandowski
2014: Robert Lewandowski
2015: Robert Lewandowski

No nuda, ale nic na to nie poradzimy. Skoro potrafi jednej z najlepszych drużyn w Bundeslidze sieknąć pięć bramek w dziewięć minut i ścigać się najlepszymi na świecie, to i zdominowanie naszego plebiscytu nie jest poza jego zasięgiem. Zwycięstwo „Lewego” nie podlegało dyskusji. Ale zastanawialiśmy się, czy dystans pomiędzy Lewandowskim a resztą stawki w porównaniu z poprzednimi latami jeszcze się zwiększył. Na pierwszy rzut oka pewnie tak, skoro Robert przebojem wdarł się do najlepszej szóstki na świecie (trochę zdziwilibyśmy się, gdyby ktoś sklasyfikował go niżej). Z drugiej strony jednak – Krychowiak wyrobił sobie dobrą markę w Hiszpanii, wygrał Ligę Europy, strzelając gola w finale, najprawdopodobniej już możemy zaliczyć go do szerokiego grona najlepszych defensywnych pomocników, a Kamil Glik też nie powinien mieć żadnych kompleksów, jeśli chodzi o grę na swojej pozycji. Ciągle daleko im do statusu Lewandowskiego, pewnie jest on dla nich – jako ludzi głównie od destrukcji – nieosiągalny, ale nie można powiedzieć, że konkurencja śpi.

Wracając do Roberta – rok prawie jak z bajki. Wprawdzie nie został królem strzelców Bundesligi poprzedniego sezonu, w tym też jak na razie przegrywa tę rywalizację, ale przyklepał chociażby zdobycie korony w eliminacji do Euro. Patrząc holistycznie – 49 bramek we wszystkich rozgrywkach to wynik, który musi budzić respekt pod każdą szerokością geograficzną. Zawsze są detale, do których można się przyczepić – jak zmarnowana setka na Camp Nou w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów – ale nie mogą one przysłonić jakże pozytywnej całości. Polscy kibice już mają prawo tupać nogami w oczekiwaniu na więcej.

A jak tak dalej pójdzie, Lewandowski – trochę na wzór FIFA Puskas Award – może zostać patronem naszej nagrody.

zieliTRENER ROKU – JACEK ZIELIŃSKI

2012: Adam Nawałka
2013: Ryszard Tarasiewicz
2014: Leszek Ojrzyński
2015: Jacek Zieliński

Reklama

Różnie układają się losy laureatów naszej nagrody. Pierwszy został selekcjonerem, drugi kilka miesięcy po wyróżnieniu zgarnął Puchar Polski, później spędził ciekawy czas w Koronie, sposobił się do pracy za granicą, a ostatecznie wylądował w pierwszej lidze. Pewnie na chwilę, ale jednak. Trzeci w zasadzie wciąż czeka na prawdziwą weryfikację, która będzie możliwa, gdy dostanie szansę w klubie z ambicjami. Powiedzieć, że ciekawi jesteśmy, jak będzie wyglądać przyszłość tegorocznego zwycięzcy, to jak nic nie powiedzieć.

A wybór tym razem ograniczał się w zasadzie do rozstrzygnięcia jednej kwestii – czy nagroda już należała się Nawałce czy nie. Z jednej strony jego drużyna przywróciła wiarę w narodzie. Reprezentacja przestała być pośmiewiskiem, a jej mecze stały się wydarzeniem, które zakreśla się w kalendarzu na czerwono. I mamy wątpliwości, czy ta zmiana nie jest przypadkiem większym sukcesem niż wywalczony awans na mistrzostwa Europy. Bo umówmy się – trochę wstyd byłoby do Francji nie jechać, drzwi na turniej były uchylone szeroko jak nigdy. Oczywiście można było to spektakularnie przerżnąć – potrafimy sobie wyobrazić taki scenariusz z udziałem nie tak różnych od dzisiejszej drużyn Smudy i Fornalika. Jednak Nawałkę wolimy nagrodzić, gdy nie będzie cienia wątpliwości co do tego, że osiągnął sukces. Najlepiej już w przyszłym roku.

Dobra, miało być o zwycięzcy. Jacek Zieliński. Nie musieliśmy się długo głowić na jego kandydaturą. Wrócił w bardzo fajnym stylu, zupełnie jakby czas, w którym był poza piłką – blisko 18 miesięcy, nie rzucał się na pierwszą lepszą robotę – w całości poświęcił na układanie planu, który teraz skrzętnie realizuje. Gdy przejmował Cracovię pisaliśmy – znalazł się śmiałek, który wkracza na pole minowe. Drużyna rozbita, otoczenie niełatwe do pracy, o czym niejeden trener już się przekonał. Ale Zieliński od początku poruszał się z taką gracją, że do żadnego wybuchu nie doszło. Ba! Można nawet powiedzieć, że niektóre ładunki rozbroił, a potem wykorzystał na własny użytek. Mateusz Cetnarski to przykład najbardziej dobitny.

Cracovia Podolińskiego grała ryzykownym systemem Pilarz-5-2. Za Zielińskiego defensywa funkcjonuje lepiej, choć wciąż nie mamy pewności, czy gola Cracovii nie potrafiłaby strzelić nawet reprezentacja polskich dziennikarzy z „Tuzimem” na szpicy. Ale schodzi to na dalszy plan, bo z przodu wszystko gra i buczy – „Pasy” zazwyczaj potrafią strzelić więcej, niż tracą. A czasami nawet znacznie więcej, koniec końców Cracovia jest najskuteczniejszą ekipą jesieni. Wszystko to bez środkowego napastnika, o którego trener dopominał się w trakcie letniego okienka. Nikt sensowny się nie trafił, więc Zielińskim kombinował z tym, co miał pod ręką. I skonstruował niezwykle groźną dla przeciwników maszynę. Za to przyjazną dla widzów, bo mecze krakowskiej drużyny ogląda się przecież z przyjemnością.

Winni jesteśmy wam też liczby. Od momentu, w którym Zieliński znów pojawił się w Ekstraklasie (20 kwietnia) , nikt nie punktuje lepiej niż jego zespół. 30 spotkań – 17 zwycięstw, 8 remisów, 5 porażek. Razem 59 punktów. Tylko rewelacja jesieni, Piast Gliwice, we wspomnianym okresie idzie łeb w łeb z Cracovią Zielińskiego (obie drużyny kończyły poprzedni sezon w grupie spadkowej), z kolei Legia jest punkt za plecami tej dwójki.

Nawet jeśli nagroda dla Zielińskiego poniekąd wynika ze słabości konkurencji – jeszcze w czerwcu przebicie Skorży lub Probierza wydawało się trudne, a jednak sami się podłożyli – to należy przed nim chylić czoła za robotę, którą już w Krakowie wykonał.

kapi

ODKRYCIE ROKU – BARTOSZ KAPUSTKA 

2012: Arkadiusz Milik
2013: Bartosz Bereszyński
2014: Bartłomiej Drągowski
2015: Bartosz Kapustka

Zaczynał u Podolińskiego, co z perspektywy czasu możemy ocenić chyba jako największy pozytyw pracy młodego trenera po Wawelem. U Zielińskiego za to okrzepł – przede wszystkim piłkarsko, ale również, jak nam się wydaje, życiowo. Z niewiele znaczącego młodego chłopaka, który znany był głównie z tego, że coś tam fisiował w trakcie  meczu z Błękitnymi, stał się ważną postacią drużyny z aspiracjami. 18 spotkań – 2 gole, 8 asyst, 3 kluczowe podania. To naprawdę solidny wkład w dorobek drużyny, tylko Cetnarski i Rakels dali jej więcej. Z kolei w klasyfikacji asyst w całej Ekstraklasie lepszy od niego jest jedynie Patrik Mraz.

Jednak o nagrodzie zdecydowało oczywiście coś innego. Reprezentacja. Bez niej Kapustka też musiałby być brany pod uwagę, ale takie a nie inne wejście do drużyny narodowej zakończyło wszelką dyskusję. Nie był oczywistym kandydatem do kadry, ale brawurowo wskoczył do jadącego już pociągu. Trzy mecze w biało-czerwonej koszulce (łącznie 135 minut) i w każdym coś zmalował.

Gibraltar – gol 12 minut po wejściu.
Islandia – gol minutę po wejściu i spory udział przy bramce Lewandowskiego
Czechy – asysta przy trafieniu Milika

Oj, mocno by się musiał postarać, by nie pojechać na Euro, bilet w zasadzie już trzyma w rękach. Pewnie podobnie jak oferty zagranicznych klubów. W 2015 roku nie pojawił się na horyzoncie ciekawszy, bardziej intrygujący piłkarz.

gren

SZMACIANKA ROKU – KAZIMIERZ GREŃ 

2012: Franciszek Smuda
2013: Sylwester Cacek
2014: Sylwester Cacek
2015: Kazimierz Greń

Poprzednie kategorie mają swoje ramy, ta jest kategorią „open”. Każdy człowiek z szeroko rozumianego środowiska ma na nią szansę, wystarczy się tylko skompromitować. Najlepiej doszczętnie, by nikt nie mógł kapitule niczego zarzucić. Na szczęście – a tak naprawdę: niestety – kandydatów nie brakuje. Na przykład spory apetyt na hat-tricka miał Sylwester Cacek, który już ostatecznie pogrzebał wielki, zasłużony klub,  ale – mówiąc po piłkarsku – piłkę z nogi zdjął mu Kazimierz Greń. I zaczął ładować samobója za samobója.

Nikt w tym roku nie skompromitował się bardziej. Pewnie gdybyśmy opuścili na chwilę piłkarskie poletko, znaleźlibyśmy gorszych od niego, ale i tam, na arenie ogólnej – Greń również byłby brany pod uwagę przy wyborze. Handel biletami w Dublinie. Pokrętne tłumaczenia, włącznie z najbardziej niedorzeczną konferencją w najnowszej historii i fejkowym filmikiem, który został wzięty na serio. Akcja Ciechocinek, w trakcie której blady strach padł na pracowników jednego z tamtejszych hoteli, zakończona ucieczką bez płacenia. No i jeszcze uczynienie z Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej swego prywatnego folwarku, na którym z każdego rogu wystają szemrane sprawy.

Maxi Kaz. Gdyby nie istniał, nawet najlepsi fantaści mieliby problem, by taką postać wymyślić. Jak wspomnieliśmy – na szmaciankę ma szansę każdy przedstawiciel piłkarskiego środowiska, lecz laureaci powinni być z niego usuwani na margines. Na pewno w tym przypadku.

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...