Sobotnie lanie, jakie Wisła sprawiła Pogoni i prywatne święto Pawła Brożka, skutecznie zawładnęły uwagą mediów i kibiców, spychając na daleki plan całą resztę. Zwłaszcza symboliczny fakt wręcz dramatycznie niskiej frekwencji, jaką odnotowano tego dnia przy Reymonta. Pustki w znacznie większej mierze będącej pokłosiem wojenki między kibicami a klubem, niż długiego weekendu majowego.
Na trybunach doliczono się dokładnie 4198 osób, co oznacza, że w tej samej kolejce Ekstraklasy większa liczba widzów obejrzała nawet mecze Piasta i Widzewa. Gdyby chcieć odnaleźć z kolei ostatni występ Wisły przy Reymonta, który na własne oczy zobaczyła podobna garstka ludzi, należałoby się cofnąć do… sierpnia i września 2001 roku. Do meczów z Odrą Wodzisław oraz KSZO Ostrowiec, kiedy barw Wisły bronili jeszcze Sarnat z Kaliciakiem, a w Odrze grali wówczas Dudek, Matyja czy Saganowski. 12 sezonów temu.
Równie nędznie bywało oczywiście w związku z przebudową stadionu, kiedy Wiśle przychodziło grać w Sosnowcu i na krakowskich Suchych Stawach. Na własnym obiekcie była to jednak rzecz nie do pomyślenia.
Sezon 2012/2013 – najniższa frekwencja na meczu z Górnikiem – 7300 widzów.
Sezon 2011/2012 – ani jednego meczu poniżej 10 000 ludzi na stadionie.
Sezon 2008/2009 – dokładnie to samo – ani jednego meczu poniżej 10 000.
Sezon 2007/2008 – 8000 w weekend majowy, kiedy Wisła podejmowała ŁKS.
Osiem tysięcy. Do czterech z soboty wciąż daleko.
W bieżącym sezonie, przed bojkotem, frekwencja oscylowała w granicach 10-13 tysięcy. Pozytywnymi wyjątkami były starcia z Legią (32 tysiące) i Cracovią (28 tysięcy) oraz z Lechem (18 tysięcy). Jednak od kiedy „najzagorzalsi” na dobre wynieśli się ze stadionu, liczby lecą na łeb, na szyję. Zaczęło się od 7400 widzów na meczu z Zawiszą, z Podbeskidziem zjechało do 5700. W sobotę – wiadomo. Jak poniżej.

Puste trybuny na meczu z Pogonią Szczecin
Przeciętnemu kibicowi, który na stadion przychodzi dla piłki, nie dla trybun, bojkot póki co szczególnie nie szkodzi. Pisaliśmy o tym, kiedy się zaczynał. Jest spokojnie i bezpiecznie, może nawet trochę bardziej spontanicznie, widownia żyje wydarzeniami na boisku. Oczywiście, jest również ponuro, ale o ile z boiska nie wieje nudą, idzie się przyzwyczaić. Nie da się jednak uciec od rzeczywistości, w której klub funkcjonuje – jako firma. Na dłuższą metę frekwencja tak daleka od prognozowanej to kolejny gwóźdź do wiślackiej trumny. A ubytek czterech, pięciu czy sześciu tysięcy sprzedanych biletów – jakkolwiek liczyć – strata przynajmniej 100 tysięcy złotych. Im więcej takich meczów, tym więcej straconych setek.
Pół biedy jeszcze w tym sezonie. Gorzej, jeśli przed rozpoczęciem kolejnego okaże się, że w kolejce po karnety ustawia się już nie kilka tysięcy osób, ale dosłownie kilkaset.
Ciekawe w zaistniałej sytuacji, że celowniki nieobecnych (czyt. protestujących) ustawione są wprost na Jacka Bednarza. Jeśli wsłuchać się w ich głosy czy nawet prześledzić fora kibicowskie, to już jest akcja pod tytułem „Bojkot, aż do ostatniego dnia Bednarza w klubie”. Zaczęło się niepostrzeżenie, od fiaska negocjacji w sprawie złotówki od każdego biletu na cele Stowarzyszenia Kibiców Wisły Kraków. Kończy się na prezesie, który nagle dla paru tysięcy ludzi stał się największym złem, którego należy się jak najszybciej pozbyć.
Bednarz rozmawiać z nami i komentować sprawy nie chce. Prosi też, by w kłopotliwej sytuacji nie stawiać zawodników i nie umieszczać ich po którejkolwiek stronie sporu. Ale sytuacja jest patowa.
Z jednej strony – Wisła zdobyła się na pokaz siły. Padło już wiele mocnych haseł o nieuginaniu się pod żądaniami kibiców i twardym zwalczaniu stadionowej bandyterki. Z drugiej – niespodziewanie zaogniony konflikt, tak znacząco odbijający się na frekwencji, nikomu w sporcie jeszcze nie przyniósł korzyści. Wisła jak nigdy wcześniej w erze Tele-Foniki potrzebuje dzisiaj pełnych trybun, kasy zapełniającej się wpływami z biletów i od dawna niewidzianych sponsorów. Tylko że do poszukiwania tych ostatnich zupełnie nie ma dziś w Krakowie klimatu. Pozycja negocjacyjna klubu zdaje się być słabsza niż kiedykolwiek.
Fot. FotoPyK