Paskudny wynik, prowadzić 2:0. Nie wiemy zupełnie dlaczego, ale ostatnio modnym jest twierdzić, że z całego wachlarza piłkarskich wyników najgorsze jest dwubramkowe prowadzenie. Co prawda część fachowców nieśmiało zwraca uwagę, że paskudniej jest przegrywać, ale gdy patrzymy na sposób gry lechitów w momencie, gdy mają zrobiony świetny wynik stosunkowo niewielkim nakładem sił – zaczynamy dostrzegać, że coś jednak jest w tym strachu przed wynikiem 2:0.
Dziś Zawisza był absolutnie bezzębny, bezjajeczny i bezbronny i do 80. minuty Lech robił dokładnie to, co powinien robić wicelider tabeli na boisku beniaminka – pewnie spacerował po zwycięstwo. Przewaga jednego gracza, nieliczne, ale groźne ataki, dwa gole, niezła defensywa, ostry i twardy, zagęszczony środek. Zawisza – jeśli już atakował – był mocno przewidywalny, licząc na indywidualne przebłyski Alvarinho czy Luisa Carlosa. W sumie nic dziwnego, że duet komentatorski w pewnym momencie zaczął rozprawiać o zdawanych na maturze przedmiotach, kolorach nieba, kryzysie w południowej Europie i jakości dań w amsterdamskich kawiarniach. Może trochę przesadzamy (ale tylko z tymi knajpami!), jednakże fakty są takie, że na boisku działo się niewiele, komentatorzy w odwet ruszyli na poszukiwanie tematów w obszary mocno oddalone od futbolu, a my zastanawialiśmy się, czy uda się wytrwać do wieczornego starcia Liverpoolu.
I wtedy Lech wykonał typowego Lecha. Na własne życzenie, w dość niegroźnej sytuacji Wójcickiego przytrzymał Wołąkiewicz, sędzia niesłusznie wyrzucił obrońcę z Poznania z czerwoną kartką, a Geworgian strzelił kontaktową bramkę. I prowadzenie 2:0 faktycznie stało się parszywym wynikiem. Co prawda Zawisza atakował w tempie, do którego przyzwyczaił nas w pierwszych 80 minutach (czyli dość umiarkowanym), ale każde wstrzelenie piłki gdzieś pod bramkę Kotorowskiego wprawiało jednak w lekki dygot każdego, kto pamiętał show Arboledy na boisku Widzewa kilka kolejek temu.
Lech więc znów zbliżył się do Legii na pięć punktów, zagrał poprawny mecz, ale i ukradł kilka minut życia każdemu kibicowi z nieco słabszym serduchem. Z drugiej strony, nawet ta teoretycznie emocjonująca końcówka przypominała spacer. Biorąc pod uwagę okoliczności przyrody – twardy powrót do rzeczywistości bez normalnego dopingu i z dość lichą frekwencją w Bydgoszczy, 3-dniowy odpoczynek Zawiszy po finale Pucharu Polski, bezustanną gadaninę Murawskiego i Smokowskiego… Dobrze, że ta kolejka już się kończy. Obiektywnych cieszy również pewnie samo zwycięstwo Lecha i utrzymanie szansy na absolutny szlagier w ostatniej kolejce, który wciąż może być meczem o mistrzostwo. Pod tym względem – warto było się przemęczyć te półtorej godziny.

Fot. FotoPyK