Jest taka obiegowa opinia, że Franciszek Smuda lubi grać przy Łazienkowskiej i osiąga tam fantastyczne wyniki. Obecny trener krakowskiej Wisły sam chętnie podkreśla, że jego drużyny świetnie sobie radzą w meczach w Warszawie. – Mi się zawsze na Legii grało dobrze, z jaką bym drużyną tam nie pojechał – powiedział dziennikarzowi Interii przed piątkowym spotkaniem z ekipą Henninga Berga. Oczywiście ta wypowiedź to tylko pierwszy z brzegu przykład, bo Franio przy każdej okazji powtarza podobne regułki.
Mit Smudy będącego postrachem Łazienkowskiej narodził się niecałe siedemnaście lat temu, kiedy to Widzew po raz drugi z rzędu wygrał w Warszawie z Legią. Obydwa zwycięstwa mocno zapadły kibicom w pamięć, bo w ostatecznym rozrachunku dawały ekipie Smudy mistrzostwo Polski. Widzew w każdym z tych meczów grał z wielką pasją i zaangażowaniem i za każdym razem z powodzeniem odrabiał straty. Absolutnie wyjątkowe spotkanie odbyło się w czerwcu 1997 roku, kiedy to łodzianie w ciągu pięciu minut potrafili wbić Legii trzy gole.
Później nie było już tak różowo, bo przez siedemnaście lat Smuda wygrał w Warszawie zaledwie trzy razy – z Wisłą, Odrą i Lechem. Podczas całej swojej trenerskiej kariery nigdy nie udało mu się zwyciężyć przy Łazienkowskiej więcej niż jedną bramką, wynik zawsze był na styku. Daleko było mu do dokonań chociażby Kasperczaka czy Kafarskiego, którzy potrafili zmiażdżyć Legię na jej boisku w stosunku 3:0. Najbardziej przekonująca wygrana – chociaż wciąż jednobramkowa – miała miejsce w 1999 roku, kiedy to po dwóch trafieniach Kałużnego Wisła zdobyła Łazienkowską.
Pełny bilans Smudy na Legii wcale nie prezentuje się zbyt korzystnie, bo na siedemnaście spotkań wygrał tam ledwie pięć razy. Za każdym razem kiedy zdobywał Łazienkowską – za wyjątkiem epizodu z Odrą Wodzisław – dysponował przynajmniej równie silną drużyną co Legia. Nie jest też tak jak opowiada, że gra mu się tam dobrze z każdym zespołem, bo w jego dorobku widnieje między innymi sześciobramkowy łomot zebrany wraz z Widzewem. Pełne liczby Smudy na Legii to pięć zwycięstw, dwa remisy i aż dziesięć porażek. Bilans bramkowy 16-32 na niekorzyść Franka.

Rzecz jasna to żaden dyshonor mieć z Legią niekorzystny bilans, zwłaszcza przy Łazienkowskiej. Chyba nie ma polskiego trenera, który rozegrałby na Legii kilka spotkań i miał więcej zwycięstw niż porażek. Nie zmienia to faktu, że Smuda nie ma żadnego patentu na grę w stolicy, a jego barwne opowieści spokojnie można włożyć między bajki. Przez ponad dwadzieścia lat odniósł tam zaledwie pięć zwycięstw, z czego ponad połowę jeszcze w poprzednim stuleciu. Jeżeli Franek naprawdę chcę być postrzegany jako zdobywca Łazienkowskiej, niech zacznie od zwycięstwa w najbliższy piątek.
Fot. FotoPyK