Po co te opowieści, że mogliśmy wygrać?

redakcja

Autor:redakcja

10 października 2010, 18:23 • 2 min czytania

Reklama

O meczu z USA napiliśmy już sporo i jak nam się zdawało, wyczerpaliśmy temat. Ze zdumieniem jednak teraz czytamy i słuchamy, że tak naprawdę to szkoda, że w Chicago nie wygraliśmy, bo była na to duża szansa i były ku temu odpowiednie okoliczości.
Jest to o tyle zaskakujące, że na zwycięstwo w tym spotkaniu nie mieliśmy żadnych szans – byliśmy przecież lepsi jedynie w tych momentach, gdy goniliśmy wynik, a Amerykanie bronili jednobramkowego prowadzenia. Kiedy wyrównywaliśmy, to nasi rywale zaczynali znowu przeważać i to oni byli bliżsi strzelenia kolejnego gola. Ostatnie dziesięć minut meczu, to w zasadzie obrona Częstochowy i piłka wybijana z naszej linii bramkowej.

Reklama

Tak wiele osób twierdzi, że z USA mogliśmy wygrać, że aż się zastanawiamy, w którym momencie? Robert Lewandowski miał patelnię przy stanie 1:0 dla USA, a nie przy 1:1 czy 2:2, czyli nawet wówczas nie mieliśmy możliwości wyjść na prowadzenie. I to w zasadzie była jedyna groźna sytuacja, niewykorzystana przez nasz zespół. Pozostałe dwie, z których padły bramki, skonstruowali dla nas niefrasobliwi Amerykanie. Poza tym kopaliśmy w środku pola, momentami fajnie, szybko, z zacięciem, ale niewiele z tego wynikało – tzn. tymi podaniami nie byliśmy w stanie wyprowadzić napastnika czy też pomocnika na pozycję do oddania strzału. Co najwyżej tworzyliśmy okazje do dośrodkowań.

Bądźmy więc obiektywni. Amerykanie przy 1:1 mieli poprzeczkę (trafiają, jest 2:1), przy 2:1 sytuację sam na sam (trafiają, jest 3:1), przy 2:2 wybijaliśmy piłkę z linii (wpada, jest 3:2). Jakim cudem my mieliśmy zwyciężyć, skoro w drugiej połowie Howard prawie nie musiał interweniować? Remis z USA to też świetny rezultat, wycisnęliśmy z tego meczu maksimum, nie ma co tworzyć legend o niedosycie.

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama