Żegnaj, mistrzu
Blogi i felietony

Żegnaj, mistrzu

Będę szczery. Przy śmierci ponoć wypada być szczerym.

Jest sto tysięcy osób, które są w stanie powiedzieć o Kobe Bryancie więcej ode mnie.

Są miliony tych, którzy widzieli więcej jego spotkań.

Całe rzesze osób, którzy mają wdrukowane w pamięć jego najlepsze zagrania, tak jak ja mam w głowie urywki meczów reprezentacji Polski, całe armie, u których wzbudził pasję do koszykówki, do NBA, kibicowania Lakers, względnie do śledzenia tego, jak idzie jemu, Kobemu Bryantowi, co było śledzeniem przygody przez duże P.

Ale może i mój głos nie jest zupełnie nieprzydatny. Ja jestem bowiem z tych milionów, które choć nie śledziły poczynań Kobe Bryanta co mecz, co play-offy, co roszady w kadrze Jeziorowców, tak generalnie wiedziały najważniejsze:

Że jest jednym z najwybitniejszych sportowców świata bez podziału na kategorie.

Że jest mistrzem w swoim fachu.

Może to i mało. A z drugiej strony i całkiem sporo. Bo Kobe Bryant wykraczał poza koszykówkę, wykraczał poza sport, działał na wyobraźnię nie tylko tych, którzy byli pilnymi kibicami kosza.

Moje związki z NBA to kilka pamiętanych jak przez mgłę transmisji w TVP w latach dziewięćdziesiątych, gra w demo NBA 99 – grałem w nie jednak jak w pełną wersję, grałem z kumplami, grałem całe serie meczów – później program w TVN, leciał chyba w niedzielę, dawał taki ogólny przegląd tygodnia. Nie miałem kablówki, nie mówiąc o jakichś płatnych telewizjach, więc Kobe od meczu do meczu pozostawał za szybą.

Okno uchylił internet. Wciąż nie na Kobe od meczu do meczu, ale – pamiętam to dobrze – włączałem po prostu kompilacje z Kobe Bryantem. Obejrzałem też choćby nierealne 81 punktów rzuconych Toronto w 2006 roku, bo co tu kryć, ktoś może nie interesować się wcale sportem, ale 81 punktów rzuconych w meczu koszykówki nie wymaga tłumaczenia.

Nie, nie znam dramaturgii jego finałowych meczów, nie wiem jakie były wady i zalety jego duetu z Shaqiem, nie wiem jak się zmieniał, i na pewno tym, którzy wiedzą, zazdroszczę. Bo tylko w ten sposób jesteśmy w stanie objąć fascynującą wielkość danego sportowca – czy w ogóle kogokolwiek w danej dziedzinie – śledząc go cały czas, widząc go nie tylko w najlepszych momentach, ale w rutynie, w błędach, w słabościach, w pudłach, w porażkach. Wszystko by zobaczyć, że nie jest robotem trafiającym zawsze, tylko zwykłym gościem, takim jak ty czy ja, pełnym zwątpień, wkurzeń na samego siebie, ale który jednak potrafi wznieść się na całkowite wyżyny swojej dziedziny.

Lubiłem te kompilacje wspaniałych rzutów, to było jak oglądanie czystej wirtuozerii, momentami sięgającej perfekcji, a to, znowu, bez względu na dziedzinę przykuwa uwagę. Ale pamiętam, kiedyś trafił mi się taki filmik, podczas którego Kobe, bodajże podczas All-Star Weekend, bierze udział w konkursie sprawności. Mierzyli czas, trzeba było najpierw wykonać celne podanie – w tym celu obręcz, ale poziomo i na wysokości parkietowego kolegi – potem jeszcze coś podobnego i w końcu rzut. Banał, najmniej ciekawa konkurencja.

Kobe wystartował, tak na pewniaka wykonał pierwszą próbę, że już przymierzał się do drugiego zadania, ale… podanie było niecelne. Musiał się wrócić, aż zaskoczony, mało nie skręcił sobie nóg w kolanach. Złapał więc znowu szybko piłkę, znowu spróbował… też pudło. Trzeci raz z jakimś takim zaskoczeniem – znowu niecelnie. Konkurencja była przegrana. Więc już nie ścigając się, złapał piłkę spokojnie, ustawił się, przycelował parę sekund jak do osobistego oddał rzut…

Wiecie jak było: też pudło.

Piłka tańczy na obręczy, wciąż nic.

Najprostszy element, niby powinien to zrobić z automatu, taki mistrz, a jednak na sobie się zatrzymał.

Śmiał się z tego serdecznie, miał dystans, choć widać było też, że nawet przy takim zadaniu na dzień dobry miał mentalność gościa, który chce wygrać.

Ale przede wszystkim dawało mi to posmak tej głębi, że nie był niezniszczalnym mistrzem, maszyną do trafiania rzutów, bo nikt, bez względu na to ile pracy włoży, ile ma te w danej dziedzinie predyspozycji, automatem nie jest i nie będzie. Z automatu nie dzieje się nic. Za każdym talentem kryje się wiarygodna historia i nie inaczej było z Kobem, którego gra była naznaczona dziwną mieszanką intensywności i lekkości, ale poparta była zawsze wielką pracą, koncentracją, siłą mentalną – całą gdzieś za kulisami wzniesioną przez niego katedrą. Przyznam wam, uwielbiał ten filmik, jak Kobe się myli, był hipnotyzujący i paradoksalnie przypominał mi właśnie o najlepszym, o tym tle, ogromie pracy.

Był taki moment, bodajże dwa sezony, gdy pracowałem po nocach, a noce te umilałem sobie puszczaniem jako tło do pracy meczów NBA. Lakersi byli już wtedy słabsi, to były finalne momenty Czarnej Mamby. Kobe często walczył z rywalem sam, otoczony niedojeżdżającymi kolegami, bywało, że przegrywał sam ze sobą. A jednak lubiłem to oglądać – znowu tym bardziej podkreślało, ile musiał pokonać, żeby zostać tym, kim został.

Nie żyje, choć miał zaledwie 41 lat. Połowa życia. Nie żyje, a wraz z nim zginęła jego córka. Nie mam na to słów, bo nie ma na to słów.

Wiesław Myśliwski napisał kiedyś, że śmierć dziecka nie idzie w parze z naturą. Nie da się nie zgodzić. Ale można to zagadnienie bez kontrowersji rozszerzyć: każda przedwczesna śmierć jest na naturze gwałtem.

Może to dziwne, ale gdy usłyszałem o śmierci Kobego, najpierw był szok, a później pomyślałem, ile jeszcze na pewno miał planów, ile rzeczy chciał zrealizować, nie mówiąc o jego córce, która miała przed sobą całe życie. W pewnym sensie wydało mi się to aż nierealne, bo przecież on, milioner, ikona, miał wszystko by zapewnić sobie długowieczność, najlepszą opiekę medyczną, by przygotować się na każdą ewentualność, zapewnić sobie wszelkie bezpieczeństwo.

Ale to zawsze tylko złudzenie.

Śmierć lubimy odpychać daleko. Nie myślimy o niej, wielu – jestem pewien – nawet ma problemy z tym, by sobie ją wyobrazić. A ona jest zawsze w naszym cieniu, czasem my w jej.

Można z tego wyciągnąć wnioski czarne, lamentować – ale ja wolę myśleć, że oswajając się z tym, możemy być, po prostu, lepsi. Wdzięczniejsi. Życzliwsi. Kobe dzisiaj mi o tym przypomniał – tyle mogę mu dać, że będę za to wdzięcznym.

Poniżej jego pierwszy punkt. Ile lat minęło. Ile wszystkiego.

Zawsze jest później, niż myślisz.

Leszek Milewski

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (7)