Kiedyś chłopaki liczyli mi zagrania. Miałem siedem goli, cztery podania
Weszło

Kiedyś chłopaki liczyli mi zagrania. Miałem siedem goli, cztery podania

19 lipca, godzina 18:00, Gdynia. Arka wraz z Jagiellonią otwierają sezon 19/20 PKO Bank Polski Ekstraklasy. O 18:05 mamy pierwszą bramkę i klasyczne wejście smoka, bowiem gola po raptem kilkuset sekundach swojego ligowego debiutu strzelił młodzieżowiec Bartosz Bida.

Późniejszymi meczami w Jagiellonii potwierdził, że trafienie nie było przypadkiem i dziś skrzydłowy z talii Ireneusza Mamrota może liczyć również na powołania do młodzieżówki Czesława Michniewicza, a przecież Bartosz Bida to rocznik 2001 i wspólnie z Mateuszem Boguszem jest najmłodszy w zespole. Dla Bidy to jednak nie pierwszyzna: Michał Probierz zapraszał go na treningi seniorów już gdy wychowanek Stali Rzeszów miał… piętnaście lat. 

Bartosz pochodzi z Podkarpacia, a dokładnie z Wysokiej Głogowskiej, podrzeszowskiej miejscowości.

– Wysoka Głogowska ma około trzy tysiące mieszkańców. Ze cztery sklepy, kościół, jedna szkoła, remiza. Jestem zadowolony, że stąd pochodzę. Miejski hałas nie jest dla mnie, lubię spokój. W wakacje też wracam do domu, lubię spotykać się ze starymi znajomymi – opowiada Bartek.

Na futbol był skazany. Jego dom tętnił piłkarską atmosferą, był też pełen wsparcia i zrozumienia dla futbolowych ambicji.

To nie ode mnie wyszedł pomysł, żebym grał w piłkę, to starszy brat Mateusz chciał chodzić na treningi. Miałem wtedy cztery lata, nie za wiele do roboty i też poszedłem na trening. Zaczynałem w roczniku 1997 Stali Rzeszów. Miałem kilka latek, nie ogarniałem co się w ogóle dzieje, raczej biegałem za piłką. Gdy wracaliśmy do domu, z bratem graliśmy kolejne sparingi – miałem bramkę na podwórku, z pół kilometra dalej było też większe boisko. Zawsze było z kim pograć, bo tata też grał w piłkę w miejscowym Orle Wysoka Głogowska. Mały byłem, gdy grał, ale pamiętam, że był zawsze szybki. Z kolei mama mnie woziła na treningi. Czasem ja nie chciałem, a ona mnie motywowała. Pracuje w szpitalu, nie miała więc za wiele czasu, nie raz była po dyżurze, a wiozła mnie, za co bardzo jej dziękuję – opowiada Bida.

Dzisiaj rodzina to wierni kibice, ale też nie szczędzi uwag, w czym celuje zwłaszcza starszy brat, już były piłkarz.

– Brat występował na obronie. Miał epizod w czwartej lidze, ale potem poszedł do wojska i zakończył przygodę. Dzisiaj obaj z tatą to moi najwięksi kibice – tata raczej mówi c obyło pozytywnie, brat jest merytorycznym krytykiem. Pierwszy mi powie co było nie tak. 

Co ciekawe, Bartosz, dziś jeden z najbardziej utalentowanych polskich skrzydłowych młodego pokolenia, zaczynał jako stoper i w takiej roli chciała go Legia Warszawa. Dziś sam zastanawia się gdzie byłaby jego kariera, gdyby nie trenerzy, którzy zauważyli u niego potencjał na zupełnie inną pozycję.

– Najważniejszym momentem w Stali było dla mnie, gdy trafiłem pod skrzydła trenerów Adama Domaradzkiego i Katarzyny Wis. Oni przestawili mnie z pozycji środkowego obrońcy na napastnika. Zaczynałem co prawda jako napastnik w roczniku 1998, ale szwendałem się po boisku wszędzie i nigdzie, więc później, w roczniku 2001, trener przestawił mnie na stopera. Byłem silny, szybki, spędziłem tu ze 2-3 lata. Nawet byłem na testach w Legii jako obrońca, przyjęli mnie, zostałem wpisany do dziennika klasowego, ale moja mama nie zgodziła się, żebym w tak młodym wieku jechał do dużego miasta. Argumentowała, żebym poczekał rok, dwa. Z perspektywy miała rację, na wszystko przyjdzie czas. Myślę, że jakby było trzeba, na obronie dałbym radę, choć dziś nie mam już tak dobrych warunków fizycznych jak kiedyś.

Bartka specjalnością jest gra jeden na jeden. To, że dzisiaj kiwka nie sprawia mu problemu, nie wzięło się z powietrza, ale również – mówiąc bez ogródek – z często egoistycznej gry w juniorach.

Nie byłem zwolennikiem podań. W lidze podkarpackiej grałem na pozycji napastnika i w jednym sezonie strzeliłem ponad sto bramek. Jak dostawałem piłkę, to musiałem skończyć strzałem albo stratą. Trener Wojciech Kobeszko, który prowadził mnie w młodszych rocznikach Jagiellonii, a teraz prowadzi rezerwy Jagi, zwracał mi uwagę: futbol to gra zespołowa, sam meczu nie wygram. Ale zarazem mogłem grać indywidualnie, nie hamował mojego rozwoju, nie chciał zabijać tego luzu, który mam z piłką. Co nie zmienia faktu, że na początku nie przepadano za mną, w niektórych meczach chłopaki liczyli mi zagrania: był taki mecz, gdzie strzeliłem siedem bramek, a zrobiłem tylko cztery podania.

Wojciech Kobeszko: – Bartek przyjechał na testy na kilka dni. Od pierwszego treningu wiedzieliśmy, że ma ponadprzeciętne umiejętności i bardzo go chcemy u siebie. Czasami rzeczywiście częściej próbował indywidualnie niż podawał, ale był w tym dobry, więc nie hamowaliśmy jego rozwoju. Zawsze był indywidualistą, aczkolwiek dziś potrafi dostrzec partnera na boisku, cały czas rozwija się też w tym elemencie.

Z trenerem Kobeszką mocno pracowali też nad aspektami mentalnymi.

Zdarzały mu się frustracje. W każdym meczu chciał strzelać bramki, więc gdy mu się nie udawało, był zły. Trzeba było go uspokajać, zwracać mu uwagę, żeby dostrzegł też inne rzeczy: wygraliśmy, inni z jego podań strzelili. Jemu zawsze było mało, należy to chwalić. Nie było z nim problemów wychowawczych, to chłopak skromny do dzisiaj. Często z nim na ten temat rozmawiam i proszę go, by nie odlatywał – dodaje białostocki szkoleniowiec.

– Trener Kobeszko to w Białymstoku jedna z najważniejszych postaci dla mnie. Wszyscy się śmiali, że jestem jego synkiem, gdzieś zawsze brał mnie pod rękę i tłumaczył co zrobiłem źle, co dobrze. Pokazywał mi też swoje gole – był dość niski, a świetnie grał głową, też chciałbym się w tym elemencie poprawić – zaznacza Bartek.

Jego talent nie wystrzelił przed chwilą, był widoczny gołym okiem. Do tego stopnia, że gdy Bartek był jeszcze w gimnazjum, już mógł liczyć na zaproszenia od trenera Probierza.

Gdy miałem piętnaście lat dostałem pierwsze zaproszenie na treningi seniorów Jagiellonii Białystok. Potrenowałem, a potem trener Probierz zaprosił mnie na obóz zimowy do Turcji. Ucieszyłem się, ale wróciłem do internatu i przypomniałem sobie, że nie mam paszportu. Z obozu nic nie wyszło, ale i tak jestem zadowolony, że w tak młodym wieku doświadczyłem treningu w takiej drużynie. Dziś paszport zawsze mam gotowy.

Rok temu Bartek poszedł na wypożyczenie do Wigier Suwałki. W pierwszej lidze poznał smak seniorskiej piłki i fizycznej walki na całego. Przyznaje, że to był ważny rok, bo zrozumiał jaka przepaść jest między grą juniorów a seniorów – o ile mniej jest czasu na reakcję, o ile twardsza jest gra. Wypadł obiecująco, strzelając pięć bramek i dołączył do pierwszej Jagi.

– Sympatycznie zostałem przyjęty przez pierwszą drużynę, choć niektórzy są ode mnie dwa razy starsi. Pamiętam swój chrzest – pytania o Jagiellonię. Nie wiedziałem jak się nazywa… córka trenera Mamrota. Dzisiaj już wiem.

Nie mógł się jednak spodziewać, że na otwarcie sezonu dostanie tak wielką szansę, od razu występując w pierwszej jedenastce. To był debiut marzeń.

– Do ostatniego dnia przed meczem nie wiedziałem czy wystąpię. Gdy na odprawie przedmeczowej dowiedziałem się, że wyjdę w pierwszym składzie, poczułem presję. Wziął mnie na bok Kuba Wójcicki i powiedział: „Bartek, spokojnie. To to samo co na treningach, nic trudniejszego nie będzie. Wyjdź na luzie i pokaż co potrafisz”. Na pewno mi to pomagało, a bramka w szóstej minucie była takim momentem, kiedy ciśnienie spłynęło, łapie się wtedy ten potrzebny piłkarski luz.

Trener Mamrot zauważa postępy młodego zawodnika, nie zapominając o tym, że to gracz, który ma bardzo wiele nauki przed sobą.

 – Bartek gra bez kompleksów. Mimo młodego wieku nie kalkuluje na boisku, jeśli ma okazję jeden na jeden, to próbuje, jest przy tym zdecydowany i skuteczny. Spójrzmy jakie ma liczby na tym etapie rozgrywek w pierwszym swoim sezonie w Ekstraklasie – na pewno cieszą, bo wielokrotnie pracowałem z zawodnikami bardziej doświadczonymi, którzy taki liczby mieli po całym sezonie grając na takiej pozycji. Oczywiście ma pewne elementy do poprawy, czy lewa noga, czy uderzenie głową – musi pracować cały czas. Natomiast już widać chociażby duży postęp jeśli chodzi o jego przygotowanie taktyczne. Zmieniliśmy mu pozycję, wcześniej był dziewiątką, dziś gra jako skrzydłowy, ma trochę inne zadania, tu też czuje się już lepiej. Żałujemy, że w momencie, kiedy był w świetnej formie, dopadło go mocne przeziębienie. Kuracja antybiotykowa odbiła się na nim, ale już wraca do formy i na pewno będziemy mieli już za chwilę z niego dużo korzyści – zauważa trener Jagiellonii Białystok.

– Na początku trudno mi się było odnaleźć taktycznie na nowej pozycji, ale sam czuję, że wygląda to dziś dużo lepiej. Czuję się pewnie, mam więcej miejsca i częściej piłkę, więc jest dużo okazji by wchodzić w pojedynki jeden na jeden – mówi osiemnastoletni skrzydłowy.

Jeśli w takim wieku grasz w Jagiellonii, strzelasz bramki w lidze, to trudno nie wierzyć, że kiedyś rozwinie się tak, by zagrać dla pierwszej kadry. Z grą z orzełkiem na piersi Bida jest zaznajomiony, występował dla kilku roczników.

– Pierwsze powołanie do juniorskiej reprezentacji było troszkę stresem. Zastanawiałem się: co inni potrafią? Czy będę odstawał? Grałem wtedy z Jagiellonią w lidze podlaskiej, nie było tu za wiele mocnych zespołów, więc nie wiedziałem czego mogę się spodziewać. Usłyszeć pierwszy raz Mazurek Dąbrowskiego mając na sobie koszulkę z orłem na piersi… to na pewno wielka duma, stres niby jest, ale już wtedy troszkę puszcza, przede wszystkim jest fajne uczucie.

Tego lata, jeszcze przed ligowym debiutem, był w orbicie zainteresowań trenera Jacka Magiery na mundial U20.

– Od trenera Jacka Magiery dostałem książkę „Szczęście czy fart” i jak do tej pory to książka, która miała na mnie największy wpływ. Głowna refleksja jest taka, że jeśli sami sobie nie zapracujemy na coś, nie stworzymy odpowiednich warunków, to nie osiągniemy danego celu. Nie pójdziemy dalej. Staram się stosować to w praktyce, zostawać po treningach, robić więcej.

Dziś należy do zespołu Czesława Michniewicza, gdzie wspólnie z Mateuszem Boguszem jest najmłodszy w zespole. Przypomnijmy, że za kolegów ma nawet trzy lata starszych zawodników, a jednak w tych eliminacjach zagrał już w trzech meczach, walnie przyczyniając się do dobrego początku Polaków.

– Na reprezentacji trenera Michniewicza starsze chłopaki fajnie mnie przyjęły. Są tu tacy, którzy grają w niej już dłużej, dbają o atmosferę. Mnie pod skrzydła wziął Patryk Klimala, pojechaliśmy razem z Jagiellonii, a on znał większość chłopaków, więc zadbał o to, bym się zaaklimatyzował.

Bartosz Bida ma wszystko, by zrobić dużą karierę –  nie ukrywajmy, w Polsce skrzydłowych, którzy nie boją się kiwać, nie ma za wielu. Częściej bazujemy tylko na szybkościowcach, ale z przebojową kiwką gorzej. Bida jest nadzieją, że w nim będziemy mieli zawodnika, który umie zrobić różnicę jeden na jeden, a przy tym charakternego i walecznego, nie mniej trzeba dać mu czas: ma przecież dopiero osiemnaście lat, musi być wprowadzany z głową.

ADAM ZOSZAK I LESZEK MILEWSKI

 

KOMENTARZE (3)