Encyklopedia Piłki Podwórkowej (tom I)
Weszło Extra

Encyklopedia Piłki Podwórkowej (tom I)

Tornistry rozstawione na trawie w roli słupków, butelka pełniąca funkcję futbolówki. Bazarowe repliki koszulek, noszone z nabożną czcią, a do tego wytarte, dziadowskie korkotrampki. Nieubłagane matki, przerywające arcyważne spotkania, wywołując na obiad właściciela jedynej piłki na całym osiedlu. Żelazne „prawo Pascala”. Zacięte batalie między reprezentantami różnych ulic z tej samej dzielnicy, których stawką było nie tylko zwycięstwo, ale honor i możliwość przemierzania swoich zaklętych rewirów z podniesionym czołem. Aż do kolejnego starcia i odwrócenia ról. Wcielanie się w stadionowych idoli i kopiowanie bramek, obejrzanych poprzedniego dnia w telewizji. Starszacy, przeganiający szczyli z boiska. Długie godziny spędzane na strzelaniu do pustej bramki, obijaniu murów, słupków i poprzeczek, szlifowaniu żonglerki.

Krótko mówiąc – polskie podwórka. Piłkarskie podwórka. Nasze podwórka.

Wszystkie trochę inne, na swój sposób wyjątkowe, a jednak – w gruncie rzeczy – takie same. Podwórka, które wychowały zawodników, trenerów, działaczy, prezesów, masażystów, psychologów, fotografów, sędziów, dziennikarzy. I – przede wszystkim – kibiców. Całe to gigantyczne grono piłkarskich świrów, którym nigdy awet przez myśl nie przeszło, że z futbolu można wyrosnąć albo się nim znużyć. Trochę inaczej wyglądały te podwórka za czasów młodości Stefana Majewskiego, a inaczej wtedy, gdy pierwsze piłkarskie kroki stawiał Paweł Bochniewicz. Zapraszamy zatem na wieloprzystankową podróż wehikułem czasu – oto zbiór pojęć i zjawisk, które każdy podwórkowy piłkarz – nawet jeżeli odwiesił korkotrampki na kołku – powinien doskonale znać i kojarzyć, pamiętać ze swojego dzieciństwa. Pewnie każdy odnajdzie tu cząstkę własnych przeżyć.

Okej, dość tych wstępów. Oto pierwszy tom Encyklopedii Piłki Podwórkowej (A – J).

155975123493086982

ASFALT. Albo żwir, beton czy piach. Dzisiaj oczywiście boiska ze sztuczną murawą to norma we wszystkich większych, a często nawet i mniejszych miejscowościach, lecz przed laty trzeba było grać na takim placu, jaki akurat był dostępny w okolicy. Bez wybrzydzania. Nie zawsze były to boiska, których płytę można porównać do nieskazitelnej tafli lodowiska albo wymuskanego sukna stołu bilardowego. Ba, takie okoliczności przyrody były wielką rzadkością jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, a co tu dopiero mówić o okresie głębokiego PRL-u. Dawniej grało się… po prostu gdzie popadło. Biegnąc z piłką przy nodze trzeba było nieustannie być czujnym. Rejestrować i na bieżąco odtwarzać w myślach mapę boiskowych nierówności. Uczyć się na pamięć rozkładu dziur, wybrzuszeń. Wiedzieć, w którym miejscu wystaje z ziemi korzeń, a gdzie poprzedniego wieczora jakaś osiedlowa ekipa porozbijała uprzednio opróżnione butelki.

Oczy dookoła głowy były jak najbardziej wskazane. Po pierwsze – żeby się notorycznie nie potykać i nie dokładać do kolekcji dodatkowych skaleczeń. O zdarcie kolan było znacznie łatwiej niż o uchowanie ich w nienaruszonym stanie. Po wtóre zaś – żeby korzystać na zmyślnie zaplanowanych rykoszetach. Zresztą – nawet jeżeli „bojo” trafiło się akurat trawiaste i w miarę uprzątnięte, to i tak podwórkowych piłkarzy czekała tam nierówna wojna z nieznośnymi kępami, które potrafiły uprzykrzyć życie choćby i najbardziej wytrawnemu dryblerowi. No i te przeklęte kałuże (obecne pod jedną i drugą bramką po każdej ulewie), wyrastające jak grzyby po deszczu krawężniki, studzienki, albo nawet bezczelne drzewa, sterczące zwykle tam gdzie nie trzeba…

Biorąc to wszystko pod uwagę – asfaltowe boiska długo uchodziły w oczach podwórkowych piłkarzy za ósmy cud świata.

Marcin Mięciel: – Nasze boisko. Coś pięknego. Dwadzieścia pięć metrów długości, połać ziemi przy bloku. Trochę piasku miękkiego, trochę twardego. Bliżej bloku oddzielony krawężnikiem pas zieleni, który sprawiał, że każdy chciał być skrzydłowym, by grać na trawie. Chociaż ta trawa: parę kęp, które spółdzielnia przycinała raz na miesiąc, ale i tak cieszyło. Szliśmy na budowę, podkradaliśmy wiadro wapna i robiliśmy linie. Brało się deski i zbijało bramki. Kolega miał wujka rybaka, który dał nam siatki. Te bramki stały, dopóki nam ich ktoś nie zepsuł. Aż się chciało grać. Każde osiedle w Tczewie miało boisko własnej roboty. Całą sobotę i niedzielę chodziło się po osiedlach i grało mecze. Graliśmy ich w weekendy kilkanaście dziennie. Od dziewiątej rano, po późny wieczór, kiedy już piłki nie było widać. Jedna lampa przy chodniku coś tam świeciła, wszędzie ciemno. I tak graliśmy. Jak ktoś przychodził do nas, to rewanż u nich za tydzień.

*

„AUT Z RĘKI CZY Z NOGI?”. Ważny dylemat, który trzeba było rozstrzygnąć przed każdym spotkaniem. Jeżeli boisko było dość duże, zdarzało się bawić w poważny futbol i wyrzucać piłkę z autu, lecz częściej chyba jednak obowiązywało wykonywanie autów nogą. Co zresztą wiązało się potem z całą misterną strategią wyblokowywania i zastawiania przeciwników, ewentualnie sprytnego nabijania rywala, celem rozpoczęcia gry w zaskakujący sposób.

*

AWANTURY. Co tu dużo mówić, zdarzały się. Punkty zapalne mogły być rozmaite – czasami poszło o zbyt ostry faul, czasami o jakiś obelżywy komentarz. Paradoksalnie – bardzo często najzacieklejsze konflikty wybuchały między rodzeństwem, ale z drugiej strony – brat zawsze stawał w obronie brata, gdy dochodziło do kłótni z kimś spoza rodziny. Ot, paradoksy braterskich relacji. Oczywiście spory nie zawsze eskalowały aż do bijatyki – niekiedy kończyło się na wyzwiskach, ewentualnie zaczepnej przepychance. Ale bywały i takie sytuacje, że bójki nie dało się uniknąć.

Po zwycięskim meczu, zwłaszcza przeciwko ekipie z innego podwórka albo sąsiedniej ulicy, także trzeba było zachować szczególną ostrożność. Pokonani lubili się zrewanżować za boiskowe upokorzenie metodami nawiązującymi raczej do boksu niż futbolu, zwłaszcza jeżeli byli starsi.

Zbigniew Boniek (dla Przeglądu Sportowego): – Człowiek musi mieć charakter. Ja go mam. Podwórko uczy życia. Nigdy nie byłem pierwszy do bicia, ale o swoje potrafiłem walczyć. No i byłem dobry w piłkę. Graliśmy blok na blok, drużyna składała się z szesnastolatków. Tylko ja miałem dwanaście i zawsze brali mnie do zespołu. Dzięki temu miałem chody. Poza tym byłem szybki. Najpierw się biło, potem trzeba było umieć uciec. Jakim ja mogłem być urwisem? Coś tam się broiło, pomalowało ławkę, uciekło ze szkoły, albo dopisało ocenę w dzienniku. Powiem wam jednak, że byliśmy łatwi do zarządzania. Gdy szedł milicjant, to każdy z nas dwudziestu trząsł portkami, żeby nie dostać pałką po łbie. Dziś idzie dwudziestu policjantów i boi się, że oberwie od dwóch karków. To zupełnie inna skala.

1559751234930869h82

BEKI. Rozgrywka jeden na jednego, toczona na podobnych zasadach co kultowa gra „Pong”, znana z automatów Atari, pod pewnymi względami przypominająca też siatkonogę. Każdy gracz miał swój obszar, którego nie mógł przekraczać i przebijał stamtąd piłkę na połowę przeciwnika. Zadaniem rywala było odebranie podania i kopnięcie futbolówki (ewentualnie piłki tenisowej) z powrotem na pole drugiego zawodnika. Punkt tracił ten gracz, który pozwolił by futbolówka zbyt wiele razy dotknęła podłoża. Przynajmniej w jednym wariancie rozgrywki. Inni grali w beki na takiej zasadzie, żeby zza połowy trafić piłką do bramki strzeżonej przez rywala.

Zielonogórska „Gazeta Wyborcza” przytacza jeszcze inną formę zabawy, mniej futbolową: – Do gry potrzebna była duża ściana. Przed ścianą ustawiała się grupa dzieciaków. Jeden rzucał ile miał sił piłeczką w ścianę. Piłka złapana oburącz – 50 punktów, prawą ręką – 100, lewą – 150. Gdy rzucającego wyłapano na 300 punktów, następował zwrot akcji. Ten co złapał, ciskał piłką o ścianę. To był sygnał do ucieczki. Grupa się rozpierzchała, a goniący, by nie przegrać, musiał dopaść uciekiniera i trafić go piłką. W ten sposób uwalniał się od kary. Kto przegrał stawał pod ścianą, tyłem do grupki. Ta wymierzała mu karę. Z paru metrów, z całej siły rzucało się w delikwenta, celując w tyłek. Po gumówce czasem zostawał siniak.

*

„BEZ PODANIA NIE MA GRANIA”. Jedna z twardych reguł w podwórkowych meczach. Nieco temperująca zapędy najlepiej wyszkolonych technicznie zawodników, zdolnych przedryblować wszystkich rywali na całej długości boiska i właściwie w pojedynkę przesądzać o losach spotkań. Nie o to jednak chodziło w podwórkowym graniu, które miało sens jedynie wówczas, gdy wszyscy członkowie drużyny czuli się równie ważni i jednakowo zaangażowani w grę.

Jeżeli ktoś się zagalopował i zdobył bramkę po całkowicie solowej akcji, przeciwnik mógł żądać anulowania gola, powołując się właśnie na omawianą regułę. Dlatego dobrze było przed rozpoczęciem ataku wymienić chociaż jedno podanie w okolicy własnej bramki.

*

BOISKO. Tak naprawdę boiskiem mogło być dowolne miejsce – parking samochodowy, chodnik, szkolny korytarz, trawnik pod blokiem, park. Byle istniała możliwość do wygospodarowania odrobiny przestrzeni i wyznaczenia umownych bramek. Pomówmy jednak jeszcze przez chwilę o tych prawdziwych boiskach. Przecież każdy miał w swoim życiu takie miejsce, które traktował tak jak Katalończycy traktują Camp Nou, a Anglicy swoje kultowe Wembley. Fakt – pokopać można było w gruncie rzeczy wszędzie. Ale rozegrać mecz na odpowiednio przygotowanym placu, może nawet z bramkami, może nawet z ogrodzeniem i liniami bocznymi? To już sprawa większego kalibru.

Im głębiej zajrzymy w przeszłość, tym trudniej było o taką przygodę. Wielu doświadczało zaszczytu gry na przyzwoitym boisku dopiero po przystąpieniu do lokalnej drużyny piłkarskiej.

Jan Tomaszewski: – Moje pierwsze boisko to było zagruzowane podwórko w centrum Wrocławia. Wychodziliśmy na ulicę, rozkładaliśmy cztery cegły albo kamienie i graliśmy na małe bramki. Na szczęście na ulicach nie było większego ruchu, to było jedyne wolne miejsce w okolicy. Potem przy szkole podstawowej mieliśmy boisko, na którym spędzałem czas od świtu do nocy. Do dziś nie ma to nic wspólnego ani z boiskiem profesjonalnym, ani choćby półprofesjonalnym.

Janusz Piechociński: – Wszystko zaczęło się jeszcze przed podstawówką. Mój kolega równolatek miał młodszego brata, ja – młodszą siostrę. U niego na wjazdówce do garażu narysowana była kredą bramka. Kredą, czyli wówczas dobrem rzadkim. Drugą namalowaliśmy na bramie wjazdowej. Cała przestrzeń miała jakieś 30 metrów długości, 4 metry szerokości, taki tylko wjazd do garażu, byle samochód przejechał. To było nasze pierwsze boisko. Gdy graliśmy przeciwko sobie, wszyscy chcieliśmy nazywać się Legia Warszawa. Boisko było kolegi, ja miałem tylko piłkę, musiałem się zgodzić więc na to, by to kolega był Legią. Mnie przypadł Górnik Zabrze, ale za to dwie trzecie tych meczów wygrywaliśmy, głównie dlatego, że moja siostra nauczyła się stać na bramce, gdzie była bardzo ofiarna. Broniła czym się tylko dało, nawet twarzą, a czasami były to bardzo potężne piłki. Graliśmy tak cały czas.

– (…) 500 metrów od szkoły mieliśmy dolinkę, na której rosło kilka dębów i nazywaliśmy to Wembley. Najpiękniejsze boisko. Najpiękniejsze! Odbywały się tam tylko wielkie mecze. Graliśmy głównie Piaseczno kontra AntyPiaseczno. Trzeba było uwzględniać stałą kałużę na środku boiska, to, że w niektórych miejscach było pod górkę, w innych z górką, no i że były dęby. Pamiętam jak kiedyś w czerwcu urwaliśmy się na wagary i poszliśmy tam grać. Kolega Andrzej zapomniał się i chciał sieknąć z półwoleja piękną bramkę, lecz owinął się wokół pomnika przyrody, którym był dąb rosnący na prawym skrzydle. Ja też miałem kilka zderzeń z takim dębem.

Maciej Bartoszek: – Tak to kiedyś wyglądało. Grało się albo na tyłach jakiegoś sklepu, wykorzystując do tego parking, albo bramkę tworzył trzepak, albo się szło do pobliskiego lasku i bramkami były naturalnie wyrastające drzewa. W takich warunkach graliśmy. Bez znaczenia, czy padał deszcz, czy było zimno. Potem było troszeczkę lepiej. Pobudowali – wydawało nam się wtedy – wspaniałe boiska. Z bramki, z ogrodzeniem! Aczkolwiek nawierzchnia była betonowa… Dla nas to betonowe, czy tam asfaltowe boisko to było jednak coś niebywałego.

*

BRAMKARZ. Trzeba zacząć od tego, że niewielu było takich śmiałków, którzy na bramce stawali z własnej woli. Podstawowy podział golkiperów to oczywiście rozróżnienie na „lotnych” i „stałych”. Ci pierwsi mogli poruszać się po boisku dość swobodnie – czasem po całym jego obszarze, w innym wariancie – tylko do połowy. Uczestniczyli w grze, pomagali w rozgrywaniu futbolówki, zdobywali przestrzeń. Bramkarz „stały” musiał natomiast trzymać się pola bramkowego i miał okazję do zademonstrowania swoich umiejętności wyłącznie wtedy, gdy napastnik rywala oddawał strzał.

Jakość interwencji zależała zazwyczaj od stroju. Jeżeli stojący między słupkami zawodnik miał do dyspozycji bluzę – rzucał się za pędzącą futbolówką z refleksem i gibkością godnymi wczesnego Ikera Casillasa. Jeśli natomiast swojej bluzy nie posiadał, a nikt mu własnej nie użyczył na czas pełnienia bramkarskich obowiązków, to zazwyczaj parady takiego golkipera ograniczały się do łapania piłek pędzących w sam środek bramki albo do odbijania strzałów nogami. Nieczęsto się zresztą zdarzało, że jedna osoba stała na budzie przez cały mecz. Zwykle dochodziło do regularnych zmian – albo po zdobytym golu, albo co kilka minut. Czasem obligatoryjnie stawał nawet strzelec bramki, co hamowało jego indywidualne zapędy w ofensywie i skłaniało ku temu, by wypracowywać okazje strzeleckie partnerom z drużyny. Choć oczywiście zdarzali się również bramkarze z pasji, nie tylko z obowiązku – tacy chętnie bronili dłużej i byli wyposażeni w odpowiedni sprzęt.

Albo przeciwnie – gdy nie chciał bronić po prostu nikt, wtedy zadania golkipera brał na siebie zawodnik cofnięty najgłębiej, stojący najbliżej własnej bramki. Co zwykle kończyło się katastrofą w defensywie. Na domiar wszystkiego – nieraz do obowiązków bramkarza należało również ganianie za przepuszczoną piłką. No nie była to najbardziej wdzięczna rola w podwórkowym futbolu. Zwolniony z przykrego obowiązku był jedynie właściciel piłki, który cieszył się uprzywilejowaną pozycją w grupie i mógł rozdawać karty.

Nic dziwnego, że część meczów zaczynało się od gremialnych okrzyków: „ostatni stoję!”. Jeżeli natomiast ktoś w sposób ostentacyjny przepuszczał strzał rywala, żeby jak najszybciej ruszyć z powrotem w pole, zwykle lądował między słupkami na stałe, albo w ogóle wylatywał z boiska.

*

BUDA.  Pozostajemy w bramkarskich klimatach. Buda. Czyli – bramka. Namalowana farbą na murze, własnoręcznie pozbijana z desek, wyznaczona pomiędzy drzewami, rozstawiona na poczekaniu za pomocą kamieni albo plecaków. Opcji było multum – jeżeli brakowało akurat dostępu do porządnej bramki, jej rolę mógł też odgrywać trzepak, brama wjazdowa czy wrota garażu, przynajmniej dopóki ktoś dorosły nie dostał z tego powodu furii i nie rozgonił towarzystwa, tłukącego beztrosko futbolówką w drewniane, albo – co gorsza – blaszane drzwi.

Zdecydowanie najciekawsza była sytuacja, gdy obszar światła bramki wyznaczały wyłącznie umowne, kamienne bądź plecakowe słupki. Ileż to rodziło dylematów – czy strzał przelatujący nad głową bramkarza zmieścił się pod wyimaginowaną poprzeczką, czy jednak przeleciał tuż nad nią? Czy piłka otarła się o słupek i wpadła do bramki, a może jednak nie i gol nie może zostać uznany? Trudno było dojść do konsensusu podczas niekończących się negocjacji z cyklu: „Weszłaby, czy nie?!”.

Najbezpieczniej było zatem po prostu uderzać golkiperowi piłką na wysokości kolan i jak najbliżej środka bramki. Jednak w ferworze rywalizacji i tak nie sposób było uniknąć kontrowersyjnych scen, których chyba nawet dzisiejszy VAR nie zdołałby rozstrzygnąć.

Maciej Bartoszek: – Zbierali się ludzie, schodzili ze wszystkich stron. I zdzieraliśmy te nasze tenisówki do zera. Najmniej atrakcyjne i najbardziej bolesne były oczywiście upadki na asfaltowej nawierzchni, których silą rzeczy najczęściej doświadczali bramkarze. Także często człowiek miał pozdzierane łokcie, kolana, nadgarstki. Ja zawsze byłem jednym z młodszych zawodników w ekipie, więc właściwie nigdy nie zdarzało mi się wybierać drużyny, to był przywilej starszych graczy, no i czasem na bramce też trzeba było stanąć. Ale raczej biegałem z piłką przy nodze, grałem głównie w polu. Zresztą samo to granie ze starszymi na pewno było dla mnie nobilitujące. Jeżeli byłem wybrany do zespołu, to była duża duma. Zresztą – zawsze staraliśmy się, żeby każdy kt przyszedł mógł chociaż przez chwilę sobie zagrać i pobiegać za piłką.

1559a75123493086982

CHUJ. Dlaczego ta banalna w swej istocie rozgrywa nosi nazwę akurat męskiego narządu płciowego? Trudno zgadnąć. Niewątpliwą zaletą tej futbolowej zabawy było, poza prostotą, iż nie trzeba było jej przeprowadzać na boisku. Wystarczał mur i kawałek wolnej przestrzeni obok niego. Zatem – jeżeli boisko opanowane zostało przez starszą ekipę, omawiana gra nadawała się doskonale na emocjonujący zabijacz czasu. Zawodnicy ustawiali się wokół ściany bądź płotu i, zgodnie z wcześniej ustaloną kolejnością, kopali przed siebie piłkę. Ta odbijała się od wyznaczonego miejsca i wracała z powrotem w pole. Kolejny gracz musiał wtedy jak najszybciej dopaść do piłki i na jeden, góra dwa kontakty posłać ją z powrotem w tę samą ścianę, na określonej wysokości – nie po ziemi.

Jeżeli delikwent nie dokopał, ewentualnie chybił – dopisywał sobie literę „C”. Kto skompletował wszystkie cztery literki, ten przegrywał i odpadał, narażając się zwykle na jakieś dotkliwe sankcje ze strony reszty towarzystwa.

*

CZAS. Trudno powiedzieć, kiedy uciekał. Podwórkowe życie toczyło się dość stabilnym rytmem wyznaczanym przez obowiązki szkolne, żelazny harmonogram posiłków i właśnie godziny spędzane z futbolówką przy nodze. O dziwo – na ten ostatni punkt dnia czasu zawsze brakowało, a pozostałe dłużyły się jak jasna cholera. Godzina obowiązkowego powrotu do domu wciąż wydawała się ustanowiona przez rodziców o wiele, o wiele za wcześnie. Nawet w wakacje, gdy można sobie było pozwolić na trochę więcej i szlajać się z futbolówką pod pachą aż do późnego wieczora.

Na szczęście czasem udawało się wyłudzić dodatkową godzinkę czy dwie z kolegami, zwłaszcza jeżeli osobami decyzyjnymi w tej kwestii byli akurat z natury bardziej pobłażliwi dziadkowie. Wszak podwórko było takim miejscem, gdzie czas można było spędzać w zasadzie bez końca – tam zawiązywało się przyjaźnie i szlifowało piłkarskie umiejętności. Wstrętny zegar trochę krzyżował szyki.

Tomasz Unton: – Od rana do wieczora spędzałem czas na podwórku. W przeciwieństwie do roczników, które są teraz. Nie ma podwórek, dzieci interesują inne rzeczy. Podwórko wychowywało. Miałem starszych kolegów, co później procentowało, bo do pierwszej drużyny trafiłem w wieku szesnastu lat, więc siłą rzeczy wszyscy byli ode mnie starsi. Ale dzięki temu, co miałem wcześniej, łatwiej było mi się zaadoptować. Poza tym, na podwórku kształtowały się charaktery. Chodziło się na pachty, uciekało przed właścicielem podczas zbierania jabłek, skakało po budynkach czy garażach. Kiedy padał deszcz, biegaliśmy przez las nad morze, żeby się wykąpać. Dzisiaj nie do pomyślenia byłoby to, żeby rodzic nie wiedział, co się z jego dzieckiem dzieje. Gdy ktoś naprawdę potrafił w tę piłkę grać, to na podwórku był kimś. Zdobywał szacunek, bo wokół futbolu obracało się tamtejsze życie.

– Na podwórku uczyło się wszystkiego. Uderzenia, przyjęcia, dryblingu, gry w różnych warunkach – na trawie, na piachu, na asfalcie. Inny świat. A teraz? Klub, poprzez zajęcia, musi organizować podwórko. Odtwarzać je. Nie ma trzepaków, są blokowiska, betony. Gdzieniegdzie widać ślady gry w piłkę, ale to pojedyncze przypadki. Zanikające. Dzisiejszy kontakt ze sportem większości dzieci to W-F. A jak wygląda W-F, szczególnie w klasach 1-3? Lekcje prowadzi nauczyciel wychowania ogólnego, uczący innych przedmiotów. To nie ma nic wspólnego z W-F-em, zdarza się, że zajęcia odbywają się na korytarzu.

155975123493086982

DACH. Niestety – bywało, że piłka na nim lądowała. Czasami po horrendalnym kiksie, a innym razem z powodu złośliwości jakiegoś ananasa, który celowo piłę na dach wykopał. Nieraz robili to tak zwani starszacy, chcąc przyspieszyć proces wypraszania młodszej paczki z boiska. Cholera wie, jak wiele zapomnianych przez Boga i ludzi futbolówek do dziś tkwi na szczytach jakichś trudno dostępnych budynków. Zwykle jednak nie było aż tak źle – sprawa kończyła się najczęściej na misji wspinaczkowej albo strącaniu piłki za pomocą celnego rzutu kamieniem, bądź pacnięcia jej jakimś długim kijem.

*

„DAJ ŁYKA!”. Napoje często były towarem deficytowym przy okazji podwórkowych rozgrywek. Jeżeli już ktoś na boisko przyniósł butlę pełną oranżady albo wody – najczęściej zresztą tak zwanej „kranówy” – to raczej nie mógł liczyć na to, że całą wypije sam. Wszyscy ci, którzy sami z siebie nie wydaliby na napój złamanego grosza, nagle na widok butli pełnej wody z kranu nagle przypominali sobie o swoim dotkliwym pragnieniu.

*

DESZCZ. Czasami stanowił naprawdę istotną przeszkodę w grze. Nawet nie dlatego, że bieganie za piłką w deszczu było mocno uciążliwe – wręcz przeciwnie, latem chłodna ulewa gwarantowała raczej przyjemną ulgę i tylko dodawała animuszu zawodnikom. Łatwiej się biegało i oddychało, gdy czupryna ociekała przyjemnie chłodnymi kroplami deszczu. Niestety, gorzej z oberwaniem chmury radziły sobie systemy drenażowe na podwórkach i osiedlowych boiskach. Kiedy piłka grzęzła w kałużach a błoto zasysało buty, cóż, trzeba było na jakiś czas odpuścić futbol i zająć się czymś innym, szukając schronienia pod dachem albo na klatce schodowej.

Choć zdarzali się i tacy śmiałkowie, którzy rąbali w gałę nawet wtedy, gdy całkowicie przesiąknięta wodą piłka ważyła już trzy tony i toczyła się po boisku w tempie kulawego ślimaka. Niektórych świrów chyba nawet tornado nie zdołałoby zdmuchnąć z boiska.

Józef Gładysz: – Dzisiaj wystarczy, że trochę deszczyk pokropi, już mam telefony od rodziców, czy trening się odbędzie. To jest ta różnica. Dawniej dzieci były twardo chowane, piłka była dla nich wszystkich. Dziś mamuśki boją się byle deszczu. Trening odbywa się zawsze, chyba że jest burza z piorunami, to jedyny wyjątek. Maluchy są chowane w cieplarnianych warunkach – wygodniej jest siąść przy laptopie, niż wylać trochę potu. Nie można generalizować, ale jest to jakiś problem. Dlatego podczas selekcji dzieciaczków dużo uwagi poświęcamy charakterowi, nie tylko talentowi czysto piłkarskiemu.

– Siłą polskiej piłki były podwórka. Stąd brały się sukcesy, medale na Igrzyskach Olimpijskich i mundialach. To był klucz w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wtedy w Polsce dominowało naturalne kształtowanie się piłkarzy w podwórkowych warunkach. Owszem – były kluby. Ale dzieci przychodziły do tych klubów na innym etapie rozwoju indywidualnego. To tak wyglądało również w moim przypadku. Kończyliśmy lekcje i od razu lecieliśmy na boisko, rzucaliśmy plecaki na bok i zaczynaliśmy mecz. Różnie się dzieliliśmy, raz trzech na trzech, innym razem pięciu na pięciu. Graliśmy sami, bez trenerów, bez wuefistów. To było zjawisko na skalę masową. Masa podwórek, masa prowizorycznych boisk, parków i placyków. Tam się po prostu cały czas grało w piłę. Nie było innych rozrywek. Dla nas to było piękne, rzucić ten plecak po lekcjach i wreszcie sobie pograć.

*

DOLICZONY CZAS GRY. Wspominając dzieje podwórkowego futbolu trzeba się siłą rzeczy skoncentrować na czasach, gdy telefon komórkowy był niczym jakieś tajemnicze narzędzie rodem z filmu science-fiction, a zegarków na ręce też raczej nikt nie zabierał ze sobą na boisko. Trudno zatem było porządnie odmierzać czas gry – nikt się zresztą specjalnie tym nie przejmował. Nie licząc samej końcówki spotkania. Gdy mecz chylił się już ku końcowi, nie mogło zabraknąć paru doliczonych minut, podczas których przegrywająca drużyna rozpaczliwie starała się odrabiać straty.

*

DOMOFON. Jeden z kluczowych kanałów komunikacji międzyludzkiej zanim na popularności zyskały telefony komórkowe. Czasami trzeba było cierpliwie obdzwonić dziesiątki mieszkań, żeby skompletować ekipę do gry.

*

„DRUGA!”. Kiedy partner z drużyny trochę za mocno się zagalopował w swojej indywidualnej akcji na skrzydle, trzeba było dać mu sygnał, żeby – jak to się pięknie mówi – przeniósł ciężar gry na drugą stronę boiska. Okrzyk „druga!” był już niemal desperackim apelem o podanie.

*

DYŃKA. Baśka, główka, bania, bańka. Strzały głową zazwyczaj stanowiły ten element piłkarskiego rzemiosła, który do perfekcji mieli opanowany wyłącznie nieliczni zawodnicy. Oczywiście trafiali się też tacy wirtuozi, którzy potrafili podbijać piłkę głową po kilkadziesiąt razy i nie stracić przy okazji przytomności, ale co innego indywidualne popisy, a co innego zespołowa gra i realia meczowe. Wrzutki w pole karne rzadko kończyły się golem z bani, gra toczyła się przede wszystkim po ziemi. Między innymi z tego powodu często w ogóle rezygnowało się z rozgrywania rzutów rożnych, do czego jeszcze przejdziemy.

No i nie bez kozery przecież gole strzelone głową w wielu futbolowych mini-gierkach były warte więcej niż zwyczajne trafienia. Może nie aż tyle co zagrania piętką, ale jednak – jakiś tam bonusik był.

Najlepsi i najbardziej bezczelni zawodnicy stosowali czasem zagranie głową celem upokorzenia graczy z drużyny przeciwnej. Jeżeli udało mu się wyminąć wszystkich piłkarzy z ekipy rywala, położyć na tyłku bramkarza i stanąć sam na sam z pustą bramką, napastnik ustawiał nieraz futbolówkę na linii bramkowej, klękał i tylko ją dopychał głową, dobijając tym oponentów i definitywnie podcinając im skrzydła. Była to skądinąd prosta droga, by zarobić siarczystego kopniaka w tyłek.

*

DZIEWCZYNY. Jeżeli chodzi o piłkę nożną – ograniczały się raczej do obserwowania, kibicowania, ewentualnie przeszkadzania. Oczywiście nie brakowało też dziewczyn, które paliły się do gry, ale trzeba spojrzeć prawdziwe w oczy – zazwyczaj stanowiły piąte koło u wozu, ewentualnie swój udział w rozgrywce kończyły ze łzami w oczach, gdy ktoś je bezpardonowo potraktował, albo w ostrych słowach zbeształ za jakieś pokraczne zagranie.

Aczkolwiek bywały od tej reguły chwalebne wyjątki.

Katarzyna Kiedrzynek: – Niektórzy gratulowali udanych akcji, innym było łyso, gdy ich na przykład okiwałam. Wiele razy mnie wyśmiewano. Gdy grałam z rówieśnikami, to chłopcy w pewnym wieku nie szanują jeszcze kobiet jak powinni. Ja, dorastająca dziewczynka, miałam wiele kompleksów, nie wyglądałam jeszcze tak, jak rówieśniczki z osiedla. Spotykałam się z tekstami typu „deska”, albo „jąkała”, bo bardzo się jąkałam jak byłam mała. Raz pamiętam, kolega wyzywał mnie tak, że nie wytrzymałam. Poczekałam na niego kilka godzin, aż nadarzyła się okazja. Przeskoczyłam barierkę na placu zabaw i walnęłam mu lewym prostym, a potem skryłam się za idącym do sklepu tatą. Ganiał mnie później ten gość po całym osiedlu, ale dostał nauczkę. Może nie powinnam, ale byłam duma, że dostało mu się za coś złego, co mi zrobił.

– Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, to kłótnie musiały się zdarzyć. A ja dawałam się chłopakom we znaki, bo dobrze grałam w piłkę. Z kolegami, jak nie było meczu, ćwiczyliśmy żonglerkę – kiedyś pobiłam nawet w to swojego chłopaka. Z dziewczynami też się spędzało mnóstwo czasu, ogółem mieliśmy super klimat na osiedlu. Wszędzie chodziliśmy razem, czy to grać, czy w podchody. Jak teraz w samolocie widzę małe dziecko, które siedzi na IPadzie, to aż mi go żal, bo nie wie co traci. Ale rówieśnicy potrafią być też straszni.

1559751sdasa23493086982

„EJ, GRACIE MECZA?”. Sakramentalne pytanie, padające zwykle wówczas, gdy ekipa przychodziła na boisko, które ktoś zdążył już wcześniej zająć. Żadna to frajda obserwować, jak w piłkę gra sobie ktoś inny. Można oczywiście pokopać futbolówkę gdzieś z boku, od biedy powymieniać się podaniami za bramką. Bo zasadę pierwszeństwa wypadało przecież uszanować. Najlepszy był jednak w takich okolicznościach kompromis, czyli wspólny mecz. W zależności od układu sił w obu grupach – składy mogły być mieszane bądź stałe.

Marcin Mięciel: – Nazwy naszej ekipy nie mieliśmy, gdyż graliśmy blok na blok. Takie zasady funkcjonowały chyba na wszystkich osiedlach. Ba, zdarzało się nawet grać klatka na klatkę. Jak nikt chciał grać – sporadycznie się tak zdarzało – trenowałem sam. Generalnie nie miałem nigdy problemu, by wyjść samemu z domu i poćwiczyć uderzenia, drybling, przyjęcie. Na mnie mówili Socrates, ponieważ Brazylia wówczas była na topie. Później ksywka przekształciła się w „Soki”, ale nadal chodziło o Brazylijczyka. Sam wzorowałem się jednak na Hugo Sanchezie, ponieważ podobały mi się jego przewrotki. Oczywiście trudno było oglądać wszystkie spotkania, ale czasami Real trafił się w telewizji. W wiadomościach również były jakieś skróty.

*

„EJ, NIE KIWAJ SIĘ TYLE!”. Nie da się ukryć – niektórzy podwórkowi gracze zdecydowanie nie znali umiaru, jeżeli chodzi o drybling. Na krótszą metę mogło to imponować, lecz na dłuższą – zaczynało ostro wkurzać. Trzeba było w takiej sytuacji kiwającego się notorycznie kolegę doprowadzić do porządku i skłonić do tego, by częściej dzielił się piłką z kolegami.

Lecz koniec końców i tak wiadomo, że siłą rzeczy dominowali najlepsi, a reszta statystowała, albo grała drugoplanowe role. Chodziło tylko o to, żeby nie przeginać.

Zbigniew Boniek (dla Przeglądu Sportowego): – Było nas jedenastu, a graliśmy pięciu na pięciu. Dwóch najlepszych wybierało do drużyny, na koniec zostawała jedna ofiara, która mecz musiała oglądać z boku. Padało krótkie: „Siadaj i nie marudź”. Dziś w takiej sytuacji byłaby afera. Dziecko wysłano by do psychologa z obawy, czy takie „odrzucenie” od grupy nie spowodowało długotrwałych problemów psychicznych. Wtedy nikt nie miał z tym kłopotu. Przecież ja ich wszystkich doskonale znam. Znakomicie sobie poradzili. Taka była specyfika tamtych czasów. Za dwójkę z matematyki ojciec by mi nakopał w tyłek i zabronił iść na trening, dopóki nie poprawię oceny. Teraz powstałby komitet rodzicielski i zwolnił nauczyciela, bo nie umie uczyć. Tylko żeby było jasne: dziś jest lepiej. Nastąpił ogromny postęp.

155975123493086982

FAIR PLAY. Kodeks podwórkowego fair play był dość płynny i trudno go w zasadzie w jakikolwiek sposób usystematyzować. W wielu aspektach gry dominowało mimo wszystko czyste cwaniactw. Czasami z niekorzystnej pozycji udawało się wybrnąć sprytem i nie do końca honorowym zachowaniem. Sporne sytuacje potrafiły czasem wysadzić w powietrze cały mecz. Jeżeli drużyny nie potrafiły w sposób jednoznaczny rozstrzygnąć, czy piłka przekroczyła linię bramkową, czy może jednak nie, trzeba było po prostu przerwać spotkanie.

Następnego dnia oczywiście ci sami zawodnicy grali już ze sobą, jak gdyby nic się nie stało.

Zwykle w podwórkowych rozgrywkach dominowała jednak chęć do wyrównywania sił. Drużyna mocniej obsadzona oddawała na początku spotkania piłkę przeciwnikom, ustawiała się na mniej wygodnej połowie albo pozwalała rywalom na grę w przewadze liczebnej. Cwaniactwo cwaniactwem, lecz bezlitosne klepanie bezradnego przeciwnika nie było do końca satysfakcjonujące.

Janusz Piechociński: – Raz na halowej piłce byłem sfaulowany, ewidentny karny, ale podciągnąłem jeszcze nogi i takim pięknym padem do przodu chciałem dać popis. Potem trener się ze mnie uśmiał, bo tylko przez to mnie wszystko bolało (śmiech). Potem było: uważajcie na niego, bo prowokuje karne. Mój trener dawał mi zresztą często zadania: – Piechociński, zajmij się nim – i pokazywał na gościa, który, widać było, jest łatwy do sprowokowania. Najlepiej grało się w tłumie. Dostał kopa, dostał łokcia, jak był nerwusek większy ode mnie to się od razu palił do popychania, a ja się świadomie bawiłem w odpychy. Czasem gdy mnie rywal popchnął, ja udawałem, że lecę daleko i pięknie padałem na trawę. – O żesz ty!!! – podrywałem się od razu i udawałem, że chcę go bić. Sędzia już leciał i pokazywał: czerwona!

*

FLAK. Przykra sprawa. Zdobycie piłki do gry (o czym później) nie należało do prostych wyzwań, zatem było podwójnie frustrujące, gdy futbolówkę już się udało skołować, ale ta była kompletnie sflaczała i nie nadawała się do normalnej gry. Jeżeli rozpaczliwe poszukiwania pompki i igły spełzły na niczym, trzeba było się ograniczyć do jakiejś mini-zabawy, na przykład związanej z obijaniem słupków i poprzeczek przy pomocy nieszczęsnego flaka.

155975123493086982

GAŁA. Zwana również piłą czy kulą. Po prostu – piłka. Wbrew pozorom, biorąc pod uwagę, jak popularny był zawsze futbol na polskich podwórkach, porządna piłka często stanowiła towar luksusowy, żeby nie powiedzieć – deficytowy. O byle jaką szmaciankę nie było tak znowu trudno, ale kopanie baloniastej „biedronki”, która po każdym mocniejszym uderzeniu wyfruwała o kilkanaście metrów poza pole gry, czasami mijało się po prostu z celem.

Więcej powstawało z tego kłopotu niż frajdy, gdy trzeba było notorycznie przeskakiwać przez płot i poszukiwać zagubionej piłki w jakichś chaszczach. Narażając się przy okazji na dotkliwe podrażnienia powodowane przez nieznośne, a niestety wszechobecne pokrzywy. Choć, z drugiej strony – twarda jak kamień piłka lądująca na nosie to również nie było uczucie należące do najprzyjemniejszych, podobnie jak bąble na łydkach.

Im dalej cofniemy się w czasie, tym większym skarbem była porządna futbolówka. Na szczęście już w latach dziewięćdziesiątych na każdym osiedlu mieszkało co najmniej paru chłopaków, którzy dysponowali przyzwoitymi, choć zwykle wysłużonymi piłkami. Poobdzieranymi ze wszystkich stron, ale wciąż niezastąpionymi. Posiadanie takiej gały oczywiście czyniło z jej właściciela pana życia i śmierci – mógł autorytarnie, z pozycji siły decydować, komu wolno wziąć udział w meczu, a kto nie ma prawa by kopać jego bezcenną własność. Kłopot robił się oczywiście wtedy, gdy taki piłkowy magnat się o coś obraził, albo został przez rodziców przywołany do domu na obiad. Reszta zawodników mogła tylko jęknąć z rozczarowania i zaczekać na lepsze czasy.

Bywały oczywiście i takie okoliczności, gdy pojawiał się kłopot bogactwa z powodu nadmiaru futbolówek. Wtedy najlepsi zawodnicy testowali przed spotkaniem dostępne piłki i wydawali werdykt: „tą gramy”.

Jacek Gmoch (dla Przeglądu Sportowego): – Swoją pierwszą piłkę pamiętam jak dziś, choć pierwsze wspomnienie z gry mam gdzieś z 1945 roku, czyli musiałem mieć jakieś sześć lat. Piłki, którymi wtedy graliśmy na podwórkach, łąkach i w parkach podwarszawskiego Pruszkowa, były z papieru, gazet, powiązane sznurkiem, więc dało się nimi grać tylko w suche dni. O prawdziwej, skórzanej futbolówce nie mogliśmy nawet pomarzyć. Miał taką tata, jako były piłkarz, ale mi i bratu, Andrzejowi, jej nie dawał. Zabraniał nam grać. A już na pewno nie pozwalał zapisać się do klubu. Mówił, że za dobrze zna to środowisko i nie pośle nas na zmarnowanie. Wolał, żebyśmy się koncentrowali na nauce. W tamtych czasach piłkarze nie mieli takiej renomy jak dzisiaj, nie mówiąc o zarobkach. Pamiętam określenia „człowieczek z krzywymi nogami” czy „odrzut człowieczy”.

*

GETRY. Niesłychana ekstrawagancja. Nosili je właściwe tylko ci zawodnicy, którzy pomału zaczynali już poważne treningi piłkarskie i wyrastali ponad zwyczajnych, podwórkowych graczy. Oczywiście w latach dziewięćdziesiątych można już było na sławetnych bazarach zdobyć w pełni skompletowany strój, czyli koszulkę, spodenki i getry w zestawie, ale niewielu mogło sobie na takie rozkosze pozwolić.

Jeżeli ktoś miał na nogach getry, a pod nimi na dodatek ochraniacze… Cóż, przyciągał zazdrosne spojrzenia kumpli.

Maciej Bartoszek: – Ja o takich rzeczach nawet nie myślałem. Lata mojego dzieciństwa to były takie czasy, że biegało się po prostu w zwykłej, flanelowej koszuli, jakichś spodenkach, dresowych spodniach. Wtedy nikt nie przykładał wagi do piłkarskiego stroju. Ważne, żeby buty się trzymały na asfaltowej nawierzchni i wytrzymywały jak najdłużej, gadżety nie miały dla nas znaczenia.

*

„GRUBY, NA BRAMKĘ!”. Niemalże przysłowiowy już obyczaj, który doskonale pamiętają chyba wszyscy. Jak świat światem, między słupki oddelegowywany był zawsze najgrubszy z zawodników chętnych do gry. Z dwóch powodów. Po pierwsze – najmniej biegał, więc na boisku i tak nie było z niego żadnego pożytku. Po wtóre – swoją tuszą zajmował sporą część światła bramki, co utrudniało życie strzelcom. Przynajmniej tym mniej uzdolnionym, bo co sprytniejsi napastnicy po prostu posyłali mocne, precyzyjne uderzenia w stronę dolnych narożników bramki. Zanim grubawy golkiper zdążył wykonać jakąś koślawą imitację interwencji, futbolówka już lądowała w…

Nie no, siatki to tam raczej nie było. Optymistyczny wariant był taki, że odbijała się od ustawionego za bramką ogrodzenia. Pesymistyczny, że pędziła Bóg wie gdzie i bramkarz musiał ją odszukać, co zwykle zajmowało mu cholernie dużo czasu.

155975123493086982

HART DUCHA. Bez wątpienia kształtowany w podwórkowych realiach. Które – nawet jeżeli wspominamy je przez różowe okulary nostalgii – nie były wcale takie proste i sielankowe. Dla niektórych bywały wręcz okrutne. Trzeba było jednak dzielnie znosić porażki, kłótnie czy wszelkie niepowodzenia, żeby następnego dnia znów wyjść na dwór (albo na pole) z podniesionym czołem.

Stefan Majewski: – Piłkarze z mojego pokolenia i ja także graliśmy w piłkę na małych, betonowych boiskach, co wpływano na poziom wyszkolenia technicznego. Dziś takich boisk już nie ma. Inna sprawa, że kiedyś w piłkę grało się na każdej przerwie, po szkole, po treningu. Cały czas graliśmy. Owszem, zmieniły się metody treningowe, ale także mentalność ludzi. I to jest główną przyczyną tego, że wielu szybko rezygnuje. Brakuje charyzmy i charakteru, którą kiedyś mieli młodzi ludzie.

Romuald Kujawa: – Czasy był takie, że na podwórku graliśmy w piłkę nożną, a jak byliśmy znudzeni – co zdarzało się bardzo rzadko – to zmienialiśmy dyscyplinę. A to graliśmy w siatkówkę, a to graliśmy w kapsle. Staraliśmy się uprawiać każdą dyscyplinę. Charakter to jedno, racja, ale uczyliśmy się przede wszystkim tego, jak ważna jest aktywność fizyczna. Jak pobiegałeś, to byłeś zmęczony, ale czułeś się dobrze. Zdrowo. A ile się nauczyłeś… Treningi w klubie dały bardzo dużo, ale w dzieciństwie łapało się podstawy, z którymi było łatwiej już później, w klubie. Co prawda nie mieliśmy równiutkich boisk, ale łatwiej było wypracować technikę.

HONOR. Niekiedy właśnie honor bywał stawką podwórkowych meczów. Zwłaszcza podczas spotkań „blokowych”, „dzielnicowych”, a czasem nawet „klatkowych”, bo przecież na rozmaitych płaszczyznach rodziły się małe, zwarte, osiedlowe społeczności. Porażka w starciu z przeciwnikami z innej ulicy czy sąsiedniego bloku była nieraz upokorzeniem trudnym do przełknięcia. Stanowiła plamę na honorze, którą zmazać mógł tylko zakończony sukcesem rewanż.

Jeżeli ktoś za bardzo na boisku gwiazdorzył, także mógł szybko stracić twarz i potem długo musiał pracować na odbudowanie reputacji.

Eldo: – W piłce masz takie historie, że Rivaldo dostaje piłką w kolano i łapie się za twarz, ktoś zostaje lekko dotknięty w policzek, a pada jakby go koń z kopyta w twarz trafił. To jest niegodne. Pamiętam, że kiedyś na podwórku był chłopaczek, który trenował w Legii i w pewnym momencie zrobił takie „czary-mary na karnego”, to wszyscy go wyśmiali! Nawet z jego drużyny, każdy podchodził i pytał co to miało być w ogóle. Z drugiej strony to też wina trenerów, którzy czasem wprost mówią o konieczności symulowania, więcej – o technice symulowania! Ja z tego się tylko śmieję – jeśli chłop metr osiemdziesiąt pada po ciosie w twarz, to ja gdybym był jego żoną to bym go wyśmiał po prostu.

15597asdasd5123493086982

IDOLE. Każde pokolenie miało własnych. Często byli to po prostu – bo to przecież najbardziej naturalny odruch – zawodnicy błyszczący w barwach reprezentacji Polski. Zwłaszcza wtedy, gdy kadra osiągała spektakularne wyniki na mistrzostwach świata. Jednak niekoniecznie chodzi tu tylko o medalistów wielkich turniejów – oczywiście inspiracją dla podwórkowych piłkarzy byli Deyna, Lubański czy Boniek, ale przecież na początku XXI wieku szaloną popularnością cieszył się choćby Emmanuel Olisadebe, król eliminacji.

Do tego dochodzą również piłkarze zagraniczni. Przede wszystkim bohaterowie mundiali. Ale także wielcy czempioni, błyszczący w ramach wtorkowych i środowych wieczorów z Ligą Mistrzów. No i lokalne gwiazdy, czarujące na boiskach Ekstraklasy. Wspaniali zawodnicy, których można było co tydzień obserwować z perspektywy trybun, a przy odrobinie szczęścia nawet minąć gdzieś na mieście.

Idola chciało się oczywiście naśladować. Grać tak jak on, strzelać jak on, poruszać się jak on. Podobnie wyglądać, tak samo się zachowywać. Dlatego podczas podwórkowych gierek wyobraźnia hulała na najwyższych obrotach.

INNE SPORTY. Samą piłką żył człowiek? Niekoniecznie, wypada o tym chociaż napomknąć. W latach dziewięćdziesiątych furorę robiła przecież w Polsce na przykład koszykówka, spopularyzowana przez TVP, transmitującą mecze NBA z kultowym komentarzem Włodzimierza Szaranowicza. Swoje okresy wielkiej popularności przeżywał również szczypiorniak, trzepaki całkiem nieźle nadawały się natomiast do gry w siatkówkę czy też siatkonogę. Opcji było sporo.

Futbol to nad Wisłą absolutny numer jeden, ale inne sporty też znajdowały zawsze swoich amatorów.

Jacek Gmoch (dla Przeglądu Sportowego): – Uprawialiśmy zatem z bratem różne dyscypliny. Graliśmy dużo w koszykówkę i w siatkówkę, co zresztą pozwoliło mi stać się lepszym piłkarzem. Dzięki siatce miałem wyskok dosiężny na poziomie 71 centymetrów. Lepszy był tylko Staszek Oślizło, który miał 72. Dziś Cristiano Ronaldo chwali się wyskokiem 76 centymetrów, czyli niewiele nam brakowało. Wykorzystywałem to przy grze głową. Z kolei dzięki koszykówce byłem bardziej zwrotny, sprawny, pomagało mi to lepiej kryć rywali. Mocno grałem ciałem. Pisano o mnie, że gram w stylu angielskim.

Radosław Michalski: – Swoją przygodę z piłką zaczynałem tak jak wszyscy wtedy – na podwórku, a przede wszystkim na przyszkolnym boisku. Miałem takie szczęście, że na boisku przy mojej szkole na gdańskim Przymorzu organizowany był jeden turniej za drugim. Do dziś pamiętam pana Tałaja, dzisiaj chyba już dyrektora szkoły, który nam te atrakcje zapewniał. Na tamtejszym asfalcie spędzałem większość wolnego czasu. Muszę powiedzieć, że dla mnie piłka numerem jeden była odkąd pamiętam. Uczyłem się co prawda w szkole o profilu siatkarskim, ale to mi nie przeszkadzało ganiać za piłką i w tym kierunku się rozwijać. Grało się oczywiście także w inne rzeczy, ale jednak piłka to było coś więcej, sprawiał mi zdecydowanie najwięcej uciechy.

1559751adsa23493086982

JAJO. Nieubłagana konsekwencja skandalicznej nieodpowiedzialności, czyli przycupnięcia na piłce. Jeżeli ktoś był na tyle nieostrożny, żeby usiąść na cudzej futbolówce i został na tym przyłapany… Cóż, nie zawsze kończyło się tylko na słownej reprymendzie.

*

JORDANKA. Ewentualnie jordanówka. Czyli, potocznie, ogródek jordanowski. Zielone tereny zakładane przed wieloma laty na terenach miast, specjalnie z myślą o dzieciach i młodzieży. Nazwa pochodzi od nazwiska doktora Henryka Jordana – krakowskiego naukowca, lekarza i społecznika, który zainicjował wydzielanie takich specjalnych miejsc, gdzie młodzi ludzie mogliby spędzać czas na świeżym powietrzu. Jordanki doskonale się rzecz jasna nadawały do tego, żeby pobiegać tam trochę za piłką, choć pomyślane były w znacznie szerszej skali. Wystarczy spojrzeć na historię słynnego Parku Jordana w Krakowie. Gigantyczny teren – początkowo działało tam kilka boisk, place zabaw, lodowisko, rozmaite pozostałe atrakcje. Wiele już z tego nie zostało.

*

Na razie – to tyle. Kolejne dwa tomy już wkrótce!

***
Wiadomo – na pewno nie wszystko udało nam się tutaj przedstawić, przypomnieć, opisać. Każde podwórko to pewna specyfika, każde było wyjątkowe. Jeżeli pamiętacie jakieś zasady, wyliczanki, gry, cokolwiek typowego dla waszego regionu, miasta czy dzielnicy – dajcie znać, choćby w komentarzach pod tekstem albo na Facebooku. Możecie się też podzielić przy okazji swoimi podwórkowymi wspomnieniami z dzieciństwa. Najciekawsze wypowiedzi dorzucimy do Encyklopedii.

zebrał Michał Kołkowski

fot. Pinterest, YouTube, uml.lodz.pl, gdansk.pl, Pinterest