Stal z martenowskiego pieca
Weszło Extra

Stal z martenowskiego pieca

„Nieokiełznany żywioł”. „Piłkarski Wezuwiusz erupcji witalnej”. „Stal wytopiona w martenowskim piecu”. „Niezłomny gladiator”.

Marcin Wasilewski to zawodnik, jakiego zawsze chcesz mieć po swojej stronie, a nigdy naprzeciw siebie. Boiskowy twardziel, a jednocześnie – jak mówią ci, którzy znają go doskonale – facet i do tańca, i do różańca.

Wraz z ludźmi, których drogi skrzyżowały się w pewnym momencie z „Wasylem”, wybraliśmy się w podróż w zakamarki jego bogatej kariery. Poszukując historii definiujących Marcina Wasilewskiego-piłkarza, ale też, a może przede wszystkim, Marcina Wasilewskiego-człowieka.

Ból i euforia.

Potworne cierpienie i nieposkromiona radość.

Trudno o dwa bardziej kontrastujące ze sobą momenty, które najmocniej kształtują postrzeganie Wasilewskiego. 

Tragiczne w skutkach starcie z Axelem Witselem.

Mistrzostwo Anglii z Leicester City.

Leandro Bacuna (Aston Villa), Marcin Wasilewski (Leicester)

Jak potężnego charakteru trzeba, by przebyć drogę od jednego do drugiego, gdy lekarze twierdzą, że sam powrót do normalnego chodzenia i uniknięcie amputacji będzie ogromnym sukcesem?

– Gdy ich słyszałem, myślałem: „Dla was jestem kolejnym pacjentem, któremu stawiacie diagnozę. Dla mnie to było całe życie”. Jeszcze bardziej mnie to wkurwiło, traktowałem to jak wyzwanie. Chciałem udowodnić, że dam radę – mówił w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.

Wasilewski przeszedł cztery operacje w dwa tygodnie. Cztery razy był usypiany. Mentalnie doszedł niemal do ściany, gdy zaczął się zastanawiać, czy kolejny zabieg ma sens. 

Wątpliwości mogli przecież mieć też kibice. Oto zawodnik, który doszedł tak daleko dzięki nieodstawianiu nogi, pakowaniu się bez chwili zastanowienia w każdy boiskowy młyn, ma pełne prawo wrócić przepełniony obawami. Już nie tak odważny, nie tak agresywny, myślący dwa razy nim raz jeszcze zaryzykuje zdrowiem.

Zaryzykował. Nie raz i nie dwa.

WALKA O ŻYCIE

– Szedł na każdą piłkę, nie odpuszczał, nie był cipą. Ramos, Pepe, Pique, wszyscy najlepsi to twardo grający obrońcy, nawet brutalni. Tacy mi się najbardziej podobają. Dla mnie „Wasyl” mógłby zostać w Anderlechcie do końca kariery. Gdyby Anderlecht miał dziś pięciu takich obrońców jak on, byłbym zachwycony. Mielibyśmy w każdym meczu po pięć żółtych kartek, ale mam to gdzieś – mówił nam podczas zeszłorocznego turnieju kibiców Anderlechtu Zaki, jeden z liderów ultrasów RSCA.

Gdy pokazaliśmy mu brutalny faul Wasilewskiego na Szymonie Żurkowskim z zeszłorocznego starcia z Górnikiem Zabrze, Zakiemu aż zaświeciły się oczy: – Takiego Wasyla pamiętam! To w nim lubię! Według władz Anderlechtu musisz być dobrym obrońcą, ale musisz też dobrze operować piłką, umieć zagrać dokładne podanie na trzydzieści-czterdzieści metrów. Jebać to, jesteś obrońcą, masz bronić. Jeśli ci się nie uda – fauluj. „Zdejmuj” przeciwnika. Żółta? Czerwona? Okej, przyjmuję. Taki był „Wasyl”. Bang, bang, żółta. A ostatnio w składzie mamy same cipy. Boją się dostać nawet żółtej kartki. To piłka nożna, nie ręczna.

Pilka nozna. Liga Mistrzow. RSC Anderlecht - Malaga CF. 03.10.2012

– To człowiek, który charakterem mógłby obdzielić nie 3–4 piłkarzy, ale 3–4 drużyny – mówił o Wasilewskim swego czasu w rozmowie z „Faktem” Michał Żewłakow.

„Wasyl” upomnień od sędziów nie bał się nic a nic. W dorosłej piłce wyłapał już 95 żółtych kartek, a przy tym – o dziwo – tylko jedną bezpośrednią czerwoną. Dla niego mecz to zawsze było coś więcej. Walka o życie.

– Jeden z pierwszych meczów Wasyla, jaki zapamiętałem, to mecz pucharowy z Jagiellonką Nieszawa. To był 2002 rok, późniejsze lato albo wczesna jesień. „Wasyl” zaczął ten mecz z takim napięciem, jakbyśmy grali półfinał Ligi Mistrzów. Faulował raz za razem, grał strasznie ostro, trener Broniszewski chciał go zdejmować w trakcie pierwszej połowy. Byliśmy przerażeni, jak Marcin traktował rywali. Jakby grał o życie. Błyskawicznie dostał żółtą kartkę, tak naprawdę należała mu się czerwona, ale chyba sędzia uznał, że skoro to jest piłkarz z ekstraklasy, to go oszczędzi. Wasyl zszedł w przerwie, bo mu Broniszewski już nie darował. Ostatecznie wygraliśmy 4:0, ale Wasilewski podziałał trenerowi na nerwy i został dotkliwie ukarany finansowo przez klub. Odwołał się, przyjechał jego prawnik i przedstawił taką linię obrony, że ówczesny prezes – Dmoszyński, też prawnik – pokraśniał z radości i mu prawie całą karę anulował. Był pod wrażeniem. Docenił klasę prawnika strony przeciwnej – wspomina Maciej Wiącek, rzecznik Wisły Płock w tamtym czasie, obecnie dyrektor biura zarządu.

Nogi nie odstawiał nawet wtedy, gdy przesądzone było jego odejście z Wisły Płock do Amiki. Wielu piłkarzy ląduje w takich sytuacjach w klubie Kokosa, przy Wasilewskim nikt nawet nie pomyślał o takim rozwiązaniu.

– Odejście Wasyla po sezonie 2004/05 było pewne. Skorzystał wówczas z opcji podpisania kontraktu z nowym klubem na pół roku przed końcem obecnego i lojalnie nas o tym poinformował, co też o nim dobrze świadczyło. Ale – co warto podkreślić – to była najlepsza runda Wasyla w Wiśle Płock. Kiedy było przecież wiadome, że odchodzi do Amiki. Niejeden piłkarz w takiej sytuacji się oszczędza, czasem nie stawiają na takiego zawodnika trenerzy. Tak tutaj z obu stron był profesjonalizm. Grał regularnie i była to jego absolutnie najlepsza runda – mówi Wiącek.

SPOIWO

Nic więc dziwnego, że Wasilewski błyskawicznie zdobywał sobie szacunek, gdziekolwiek się pojawiał. Makuch, z którym Wasilewski wchodził do seniorów Hutnika, opowiada: – Jego trenerzy wzięli na treningi z pierwszą drużyną jakieś trzy-cztery miesiące wcześniej, ja pojawiłem się później, po okresie przygotowawczym. Jak pierwszy raz wszedłem do szatni, to miałem wrażenie, że on już jest w niej dziesięć lat. A wiadomo, jakie dwadzieścia lat temu były czasy. Jak młody wchodził do drużyny, to siedział cicho, musiał sobie zapracować na to, żeby móc się odezwać. Ja przez początkowy okres w dorosłej szatni bałem się własnego cienia, a on od razu stał się jej pełnoprawnym członkiem.

Gdy kilka lat później w Wielkopolsce dokonywała się fuzja Amiki Wronki z Lechem Poznań, właśnie Wasilewski został wyznaczony jako jedno ze spoiw dwóch złączonych szatni.

– Ja wziąłem tę część z Lecha, Marcin tę z Amiki. Musieliśmy zapanować nad początkowym chaosem, bo obie te ekipy patrzyły na siebie spode łba, a mieliśmy tworzyć jeden zespół. Marcin to mega silna osobowość i jakoś to we dwóch pociągnęliśmy do walki. Ale nie było tak, że jeden chciał liderować nad drugim. Nie. Działaliśmy wspólnie – wspomina legenda Lecha, Piotr Reiss.

595372.jpg

– On jest urodzonym liderem. Ma wysoki poziom empatii, a to połączone z jego wojowniczą naturą, świetnie się komponowało do roli przywódcy. To było widać i w Amice, i w Lechu. Był przodującą postacią w kreowaniu atmosfery. Jak kończyły się treningi, większość spuszczała głowy i chciała iść do domu, to Wasyl rzucał hasła: może odnowa, może spotkamy się i obejrzymy Ligę Mistrzów? Tak niesamowicie dbał o team spirit – potwierdza słowa „Reksia” Marcin Kikut.

– Nie było w Płocku tajemnicą, że Wasyl należał do rozrywkowej grupy zawodników. On, Peszko, Gevorgyan, Mierzejewski. Ale ja mam takie zdanie: piłkarz, młody mężczyzna, musi mieć czas, żeby się trochę pobawić, a my mamy oceniać jego wartość na boisku. I proszę zobaczyć, jacy to ludzie: wszyscy zagrali w reprezentacji Polski – mówi Maciej Wiącek. 

Natomiast z innego źródła można usłyszeć, jak ta rozrywkowa grupa funkcjonowała. Na przykład kiedyś będąc po imprezie, panowie zamówili taksówkę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że czekając na nią… weszli na wiatę autobusową. Mieli tego pecha, że widzieli ich kibice i narobili im zdjęć. Czasem ludzie z Wisły musieli jeździć po mieście i szukać balowiczów, ale ci tak się dobrze pochowali, że udało się znaleźć tylko Pawła Holca. Mieli tam w Płocku wesoło, choć czasem i smutno, skoro Gevorgyana i Sobczaka trzeba było wyciągać z warszawskiego kasyna po 30 godzinach posiedzenia ciągiem.

Poza granicami kraju nie było inaczej.

– Jaka to osobowość? Potężna. Nieokiełznany żywioł. Piłkarski Wezuwiusz erupcji witalnej. Niezłomny gladiator. Najlepiej o tym świadczy fakt, że tak długo utrzymał się w Leicester. Nawet jak nie miał miejsca w drużynie, to nadal był na kontrakcie, bo był człowiekiem, który tworzył klimat i atmosferę – mówi nam Bogusław Kaczmarek, który z Wasilewskim pracował w reprezentacji Leo Beenhakkera, gdzie „Wasyl” był jednym z pewniaków – na Euro 2008 nie opuścił ani minuty.

Najlepszym potwierdzeniem jego słów są zdjęcia z imprezy w domu u Jamiego Vardy’ego, na której gracze Leicester świętowali zdobycie mistrzostwa Anglii. Punkt wspólny niemal wszystkich fotografii wykonanych przez graczy „Lisów”? Na większości bohaterami pierwszego planu są Vardy – boiskowy lider zespołu – i właśnie Wasilewski.

Leicester-City-players-celebrate-winning-the-Premier-League-at-Jamie-Vardys-house

– Powiedziałem mu otwarcie, że trudno mu będzie wskoczyć do podstawowego składu, bo stoperzy grają bardzo dobrze i nie wiem, co teraz z nim będzie, raczej dostanie niewiele szans. Ale on był silniejszy niż wcześniej. Kiedy jego kontrakt wygasł, poprosiłem właścicieli i dyrektora sportowego, żeby Marcin tu został. Jest dla wszystkich przykładem. To jest nasz duch. Wasilewski to dobry duch tej drużyny – te słowa Claudio Ranieriego mówią wszystko.

KAWALARZ

Jednym z koronnych sposobów Wasilewskiego, by zjednoczyć szatnię, zawsze był śmiech. Kogokolwiek spytać, z uśmiechem wspomina numery, jakie „Wasyl” wycinał kumplom z zespołu.

Wiązał sznurówki w butach, obklejał auta, przestawiał je. Potem chłopacy wychodzili na parking zdziwieni, gdzie są ich auta, a to oczywiście była sprawka Wasyla. Łączył spodnie wiszące na wieszakach łańcuchami. Raz obciął bodaj Tomkowi Bandrowskiemu skarpetki na palcach, wsadził do buta, przyszedł Tomek, chciał się ubierać, a tu pół skarpetki nie było. No, miał Wasyl pomysły, ja byłem po jego stronie, to całe szczęście mnie te żarty omijały! – wspomina Marcin Kikut.

Pilka nozna. Reprezentacja Polski. Trening. 14.08.2012

Po pobycie w Grecji trafił do nas Leszek Pisz. Wiadomo, to była duża gwiazda, szczególnie przez wzgląd na grę w Legii, tak więc wszyscy odnosili się do niego z dużym szacunkiem. No, ale w Śląsku była taka zasada, że nie trzymało się butów pod siedzeniem w szatni, tylko odnosiło do pomieszczenia obok. Panie sprzątały tę szatnię i mieliśmy nie utrudniać im roboty. Wszyscy więc odkładali te buty, gdzie trzeba, tylko jeden Pisz trzymał swoje korki Lotto – małe, w damskim rozmiarze – pod siedzeniem. Zwracano mu delikatnie uwagę, ale on trzymał je tam dalej. W końcu te buty zniknęły. Pisz musiał zgłosić kontuzję i nie wyszedł na trening. Po jakimś czasie okazało się, że te buty schował oczywiście Marcin. Od tamtej pory Pisz odnosił je tam gdzie wszyscy – opowiada Arkadiusz Aleksander, kolega Wasilewskiego ze Śląska Wrocław.

– On, Zakrzewski, Peszkin – to była dobra ekipa do żartów. Pamiętam, że raz Wasyl przyjechał do mnie na osiedle i zobaczył, że mam quada. Chciał się przejechać, bo sam myślał o kupnie takiego. Jak ruszył, to tak się rozpędził, że walnął w stojącą ciężarówkę! Podbiegłem do niego cały przerażony, bo mieliśmy grać mecz za parę dni, a to naprawdę wyglądało groźnie. Na szczęście tylko trochę plastiku odpadło od quadu, a Marcin był cały i zdrowy. No i uśmiechnięty – mówi Piotr Reiss.

LEGENDA

Wszędzie Wasilewski cieszył się ogromnym szacunkiem, ale w jednym miejscu jego status jest niemal boski. W Brukseli.

– Dla mnie to jeden z najlepszych piłkarzy, jaki dla nas grał. Może wrócić w każdej chwili. Mam gdzieś to, czy jest stary, niech wraca do nas choćby i dziś – mówi wspomniany wcześniej Zaki, jeden z liderów kibiców Anderlechtu. – Potrzebujesz takich zawodników. Gościa, który jak trzeba, to wrzaśnie, który jak się wkurzy, to powie ci, żebyś wypierdalał. Facetów z jajami.

W szatni na stadionie Anderlechtu na jednej z szafek wciąż widnieje zdjęcie Wasilewskiego z czasów gry w Belgii. A przecież zaraz minie sześć lat, od kiedy obrońca po raz ostatni założył koszulkę „Fiołków”.

34780017_1936769833009246_591496277460516864_n

Gdyby istniał podręcznik „jak zostać idolem kibiców”, Wasilewski w Anderlechcie spełniłby warunki z każdego kolejnego rozdziału. Włącznie z tym o symbolicznych gestach już po opuszczeniu klubu. 

Gdy bowiem Leicester Wasilewskiego grało w Lidze Mistrzów z wielkimi rywalami Anderlechtu, Club Brugge, „Wasyl” na rozgrzewce podbiegł pod trybunę fanów z Brugii i ostentacyjnie zsunął skarpetę na nodze, którą złamał mu Axel Witsel, a którą na pamiątkę tego wydarzenia ozdobił tatuażem z herbem „Fiołków”.

News - September 14, 2016

Przy okazji zeszłorocznej wizyty w Brukseli rozmawialiśmy z kilkunastoma kibicami „Fiołków”. Wielu idealizuje, umieszcza Wasilewskiego wśród TOP3, TOP5 zawodników w historii klubu, wskazuje go jako jednego z dwóch zagranicznych graczy – obok Para Zetterberga – zasługujących na absolutnie legendarny status. Żaden nie stwierdził jakiejkolwiek skazy na wizerunku „Wasyla”. 

No, może poza Zakim, który do dziś nie potrafi zrozumieć, dlaczego Wasilewski podczas meczu Ligi Europy z Zenitem St. Petersburg podał rękę Axelowi Witselowi. 

– Powiedziałem mu, że ja bym tego nie zrobił. Odpowiedział: „musiałem ze względu ze względu na to, że zarząd mi kazał”. Ja bym w takim razie odmówił gry. Chcecie, żebym podał rękę Witselowi? Spierdalajcie, nie chcę grać w takim meczu. Prędzej strzeliłbym Witsela w pysk i przyjął czerwoną kartkę. Kurwa, gościu, złamałeś mi nogę. Powiedziałem „Wasylowi”: „Gdyby gdziekolwiek był zakład, czy podasz rękę Witselowi, postawiłbym wszystkie pieniądze, że nie”. Walić przebaczenie. Takich rzeczy się nie wybacza. Gdybyś zrobił coś takiego przeciwko Ramosowi z Realu Madryt, zapamiętałby i gdy tylko się wyleczy, gwarantuję ci, że w rewanżu też złamie ci nogę.

IMG_4645Zaki

Po chwili namysłu dodał jednak: – No ale dobra, rozumiem, że Wasilewski nie chciał sobie zniszczyć kariery takim zachowaniem.

Do dziś kibice co mecz w dwudziestej siódmej minucie – taki numer nosił Polak w Anderlechcie – skandują jego nazwisko.

Gdy zaś w Brukseli uznano, że czas Wasilewskiego w stolicy Belgii dobiegł końca, kibice raz za razem odwiedzali swojego idola w Leicester, organizowali regularne wycieczki na mecze „Lisów”. Zapisywała się na nie ponad setka osób, dla których „Wasyl” zawsze po meczu znalazł kilka dłuższych chwil.

– Najpierw pojechaliśmy we dwójkę na Bolton z moim bratem Aleksem, wysondować temat, sprawdzić, ile dokładnie kosztowałby cały wyjazd. Koszt dla jednej osoby zamykał się w około pięciuset euro, czyli umiarkowanie, dlatego na Millwall zapisało się sześćdziesiąt pięć osób. Byliśmy też na Boltonie, ale wtedy Marcin nie zagrał. Tym razem pojechaliśmy już w dwa autobusy, było nas stu dziesięciu – opowiadał na naszych łamach w 2014 roku Anthony Michils, jedna z ważniejszych postaci w kibicowskim środowisku Anderlechtu.

34344571_1934756909877205_6448193435533836288_n

34394221_1934761809876715_4917338680307220480_n

34536782_1934757753210454_3124943884455510016_n

34411845_1934758176543745_8328366788706304000_n

150%

– Na pierwszy trening przyprowadziła go mama. Za czasów pana Hradeckiego mieliśmy cztery grupy rocznika 80. i wybraliśmy najlepszych do jednego zespołu, który prowadziłem ja. Marcin miał osiem-dziewięć lat. Od początku był wojownikiem w typie „wybij okno”. Grał na napadzie albo na skrzydle. Był szybki i przerośnięty, dobrze zbudowany względem rówieśników. Strzelał dużo, został królem strzelców trampkarzy, zresztą jeszcze jako napastnik zdobył mistrzostwo Polski juniorów młodszych – wspomina swojego byłego podopiecznego jeden z pierwszych trenerów „Wasyla”, Zbigniew Urbańczyk.

– Zawsze grał ostro, zdecydowanie. Pamiętam, że za czasów Hutnika na sto główek, sto wygrywał. Można było go w ogóle nie asekurować. Grał twardo, szedł tak zdecydowanie, miał taki wyskok, że nie było na niego mocnych – mówi Makuch.

Wtóruje mu Paweł Szcześniewski, trener Wasilewskiego w juniorach młodszych. – To był zawodnik ambitny i waleczny. Wszystkie biegi na krakowskich Błoniach przy okazji otwarcia sezonu, wygrywał właśnie on, bijąc rywali ze swojego rocznika o kilka długości. Był szybki i wytrzymały. Piłka mu z kolei nie przeszkadzała, ale jakimś wybitnym technikiem jednak bym go nie nazwał.

Szcześniewski wskazuje na coś, co wypływa w wielu rozmowach na temat „Wasyla”. Że to nie był jakiś wybitnie wyróżniający się talent, który przegapić mógłby tylko ślepiec. Nie. Raczej Gennaro Gattuso, który charakterem i ciężką pracą zniwelował różnicę pomiędzy nim a najlepszymi zawodowymi piłkarzami w kraju niż obdarowany talentem przez Boga Andrea Pirlo. 

Choć i Wasilewski za młodu mógł trafić do wielkiego klubu, który dostrzegł w nim coś szczególnego.

Poprzez moje prywatne znajomości objeździliśmy na turniejach całą Polskę i nie tylko, bo jeździliśmy też po Europie. Był taki okres, że po jednych zawodach, w Lyonie, Olympique chciał, żeby została u nich trójka zawodników, między innymi Wasilewski. Czasy jednak były takie, że nic z tego nie wyszło. Rodzice nie mieli na to parcia, Hutnik nie miał, Marcin też nie. Jego kariera by się wówczas inaczej potoczyła, ale nie ma czego żałować, bo i tak osiągnął bardzo dużo – opowiada Zbigniew Urbańczyk, jeden z pierwszych trenerów Wasilewskiego.

Pilka nozna. Euro 2012. Polska. Trening. 06.06.2012

Nie sądziłem, że zrobi taką karierę. Natomiast co mu pomogło to fakt, że jego cechuje świetna adaptacja do różnych sytuacji. Czy to miały być testy, mecz, on cały czas robił swoją robotę. Byli zawodnicy, którzy grali świetnie, ale mieli problem z zaprezentowaniem tego na testach – bo jedziesz, jest stres, gdyż wiesz, że to może być jedyna szansa w twoim życiu. A on? Poleciał do Anderlechtu, zrobił swoje bez żadnego zawahania się i został. Potem dalej robił swoje i podejrzewam, że tak samo było w Leicester, choć wtedy nie mieliśmy już kontaktu. Nie jest Danim Alvesem i sam o tym wie. W piłkę grać umie, bo na poziomie Ligi Mistrzów i Premier League umiejętności musisz mieć, ale też przez charakter, inteligencję i mądrość wycisnął ze swojej kariery 100% albo i więcej – charakteryzuje kolegę Marcin Kikut.

– Jest to człowiek bardzo ambitny i dążący do tego, co sobie założył. Jego pierwsze powołania do kadry budziły wątpliwości, ale z każdym meczem u nas i z każdym meczem w reprezentacji był coraz lepszy. On jest konsekwentny i pracowity, co nie jest w naszym sporcie oczywiste, ponieważ wielu marnowało swój talent. A Wasyl wycisnął 150% swoich możliwości – wspomina Maciej Wiącek.

– Miał niesamowitą charyzmę i był dużym walczakiem. Wystarczy zobaczyć, ilu było zawodników, którzy mieli wielkie umiejętności, a nie mieli charakteru i nie robili karier. Marcin ją zrobił. Stawiam go za dzisiaj przykład chłopakom w mojej akademii. Kopniesz piłkę dwa-trzy razy prosto? Fajnie. Ale jak nie poprzesz tego odpowiednim charakterem, to kariery nie zrobisz – dodaje Piotr Reiss.

STAL

– Kiedyś był taki wiersz o martenowskim piecu, którego produktem końcowym była stal. On jest synonimem tej stali – mówi Bogusław Kaczmarek. 

Ta stal hartowała się w niezwykle trudnych okolicznościach. 

– Nie będę oszukiwał. Bójki były na porządku dziennym. Ale to mnie ukształtowało, o wszystko musiałem walczyć. Wyciągnąłem ze Starej Huty wiele pozytywów, dzięki wychowaniu na tym osiedlu doszedłem w piłce tak daleko – mówił Wasilewski w rozmowie z Izą Koprowiak z „Przeglądu Sportowego”.

W domu Wasilewskich się nie przelewało, o czym w tej samej rozmowie dla „PS” wspominał sam piłkarz. – Rodziców niekoniecznie było stać, żebyśmy trenowali. Mama stawała na głowie, by niczego nam nie brakowało. Brała dodatkowe prace, byśmy nie odstawali od kolegów.

Łatwo sobie więc wyobrazić, jak wielkim ciosem była śmierć obu rodziców w bardzo krótkim odstępie czasu.

– Jego tata i mama wcześnie umarli, uważam to miało duży wpływ na jego charakter. Musiał sobie radzić sam z młodszym bratem Pawłem. Mama była jego największym kibicem, była na każdym meczu, jej śmierć bardzo go zabolała – mówi Marcin Makuch.

466384.jpg

Rodzice nie zdążyli niestety wraz z synem świętować jego największych życiowych triumfów. Wpoili mu jednak wartości, za które dziś Wasilewskiego trudno nie cenić nie tylko jako piłkarza, ale i człowieka.

– W 2008 roku dwóch moich podopiecznych Michał Bober i Michał Jezior zginęli w wypadku samochodowym. Począwszy od pierwszej rocznicy ich śmierci, organizuję memoriał poświęcony ich pamięci. Założyliśmy też fundację. No i „Wasyl” bardzo nam pomaga – przy okazji licytacji na memoriałach, wysyła koszulki czy to Anderlechtu, czy Leicester, które cieszyły się dużym wzięciem – mówi  Paweł Szcześniewski.

DOGONIĆ AUTOBUS

– Jako juniorzy młodsi Hutnika pojechaliśmy na jeden z obozów autobusem, serpentynami pod górkę, więc bus jechał bardzo wolno. Ktoś zaczął podpuszczać pozostałych, rzucił hasło, że nikt nie wyskoczy z autobusu i nie pobiegnie za nim. „Wasyl” wstaje, mówi: „no jak, ja nie będę szybszy od autobusu?”. On wyskoczył, a autobus nagle przyspieszył. Odjechał, a Wasyl biegł pod tę górkę – śmieje się Marcin Makuch.

Trudno nie odnieść wrażenia, że cała kariera Wasilewskiego to był właśnie taki bieg pod górkę. Gonienie przyspieszającego autobusu, w którym wygodnie rozsiedli się zawczasu ci obdarzeni zdecydowanie większym talentem.

Chyba nikt nie ma jednak wątpliwości, że przeciwieństwie do tamtego, wynajętego przez Hutnika busa, ten udało się „Wasylowi” nie tylko dogonić.

Zrzut ekranu 2019-03-17 o 01.12.55

On go już dawno przegonił.

I biegnie dalej.

PAWEŁ PACZUL, SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl/400mm.pl/FotoPyK/Philippe Evenepoel

KOMENTARZE (6)