PlusLiga: gorączka złota zauważalna na trybunach, ale…
Inne sporty

PlusLiga: gorączka złota zauważalna na trybunach, ale…

Mistrzostwo świata siatkarzy okazało się przynętą na kibiców i na ligowych trybunach zapanował nieco większy ścisk. Tym samym PlusLidze udało się wyjść z ubiegłorocznego dołka, kiedy to zapalił się czerwony alert, ponieważ średnia frekwencja na mecz zjechała poniżej 2 tys. osób i była najniższa od dekady. Jest lepiej, ale też nie ma co otwierać szampanów, bo mamy swoje problemy. Najlepszą na świecie ligę włoską – do której tak chcemy równać – musimy jeszcze gonić nie tylko pod względem sportowym.

Wygląda na to, że lamenty nad spadającym zainteresowaniem PlusLigą mogą przynajmniej na moment ucichnąć. Takie wnioski płyną przynajmniej z podsumowania połowy rundy zasadniczej, a więc obejmującego pierwsze dwanaście kolejek sezonu. Jak podaje Polska Liga Siatkówki, 78 spotkań obejrzało dokładnie 165 569 widzów, co daje średnią na mecz na poziomie 2123 osób. Oznacza to więc całkiem przyzwoity wzrost w porównaniu do całego sezonu 2017/2018, gdzie na mecz stawiało się średnio zaledwie 1921 kibiców i był to najgorszy wynik od sezonu 2007/2008 (1794 osoby).

Wejście w obecny sezon tak naprawdę było nawet lepsze, ale w danych nie ujęto wycofanej z rozgrywek Stoczni Szczecin. Szkoda, bo grające charytatywnie gwiazdy prowadzone przez Michała Mieszko Gogola potrafiły przyciągnąć do Netto Areny nawet ponad 4,5 tys. widzów, co było najlepszym wynikiem w lidze. No ale jak to mówią to se na vrati.

Po zatonięciu szczecińskiego niszczyciela, który okazał się jednak być kutrem, pierwsze miejsce pod względem średniej frekwencji we własnej hali zajmuje więc na tym etapie sezonu Asseco Resovia Rzeszów (3495). Oprócz hali Podpromie trzy tysiące pękły jeszcze tylko na ONICO Warszawa (3166, bo Kurkomania zaczęła się dopiero w grudniu). Zdecydowanie najgorzej wyglądał pod tym względem GKS Katowice, gdzie do hali mogącej pomieścić ponad 1500 widzów zwykle przychodziło 800 z haczykiem.

Co mogło mieć największy wpływ na poprawę frekwencji? Po pierwsze, na pewno zadziałał efekt zdobycia mistrzostwa świata przez kadrę Vitala Heynena. Pamiętajmy, że ze złotej czternastki jedynie kapitan Michał Kubiak i rozgrywający Fabian Drzyzga zarabiają na chleb za granicą. Wszystkich pozostałych polscy kibice mogą oglądać na miejscu. Po drugie, pozytywnie mogło zadziałać zmniejszenie liczby drużyn z 16 do 14, co przełożyło się na mniejszą liczbę meczów w środy (zawsze były nieszczęśliwym terminem dla kibiców) oraz naturalnie na nieco wyższy poziom dołu tabeli.

I jeszcze jedna ciekawostka, o której mówi Kamil Składowski, rzecznik PLS: – Ponad 10-procentowy wzrost frekwencji jest tym lepszym wynikiem, że po raz pierwszy w historii ligi w telewizji lub na Ipla TV transmitowane były wszystkie mecze weekendowe. A więc mimo tego, że kibice mogli obejrzeć więcej meczów w domu z piwkiem w ręku, to jednak liczba widzów na trybunach wzrosła – mówi w rozmowie z Weszło.

„W niektórych halach doszliśmy do ściany”

Frekwencja w tym sezonie skoczyła, ale też nie ma co przesadnie świętować, bo PlusLiga miała za sobą znacznie tłustsze lata. Średnia na poziomie 2123 osób była przebijana w ostatnich dziesięciu sezonach aż sześć razy. A frekwencja z kampanii 2013 r. z dzisiejszej perspektywy wydaje się już w ogóle kosmosem. Spójrzmy zresztą, jak ligowe trybuny zapełniały się od początku wieku:

Zrzut ekranu 2019-01-18 o 11.21.55

(Źródło: PLS)

Obłożenie trybun jest oczywiście wynikiem wielu czynników. Średnia frekwencja to wciąż tylko średnia niepokazująca absolutnie wszystkiego, ale patrząc na te liczby w oczy rzucają się dwie istotne zależności. Pierwsza – jeśli idzie reprezentacji, trybuny pęcznieją. Wzrost średniej frekwencji pojawiał się zarówno po srebrnych mistrzostwach świata w 2006 r., jak i złotych w 2014 (chociaż minimalny) i 2018 r. Druga – frekwencja zwykle spada, jeśli liga jest poszerzana. Dochodzimy więc tutaj do częstej opinii, że mamy za mały potencjał finansowy na szesnaście drużyn, przez co ekipy ciągnące się w ogonie mocno odstają zarówno sportowo, jak i organizacyjnie.

To, jak atmosfera wokół reprezentacji może wpłynąć na ligę, dobrze pokazał chyba wspomniany na początku sezon 2017/2018, a więc ten rozpoczęty krótko po blamażu drużyny Ferdinando De Giorgiego na mistrzostwach Europy w Polsce. Fatalny wynik wymieszany ze słabą postawą klubów w Lidze Mistrzów i wyjazdem kilku gwiazd sprawił, że frekwencja spadła. Nawet pomimo tego, że ceny biletów nie były odstraszające (średnio 15-35 zł).

Po nieudanym roku reprezentacyjnym pojawiło się dużo frustracji. Nawet kapitan kadry powiedział, że liga jest słaba, z czym musiałem później walczyć przez cały sezon aż do play-offów, które były rewelacyjne. Niestety, zbyt często podchodzimy do ligi czarno-biało. Albo mówimy, że jest to liga mistrzów świata, albo że ona się do niczego nie nadaje. Moim zdaniem mamy tutaj trochę więcej szarości – dodaje Kamil Składowski. – Trzeba byłoby zrobić jakiś algorytm, żeby policzyć, która liga jest dziś faktycznie najlepsza na świecie pod wieloma względami. Sportowo po ostatnim sezonie chyba nikt nie ma wątpliwości, że jest to liga włoska, my jesteśmy dalej, niedaleko rosyjskiej, ale gdyby uwzględnić też pracę marketingu, atmosferę na trybunach i zaangażowanie kibiców, to chyba bliżej nam do Włochów. Rosjan być może zostawiamy już pod tym względem lekko w tyle.

Inne problemy, które mocno wpływają na frekwencję, to szalony terminarz, który tradycyjnie jest mocno ściśnięty przez natłok imprez międzynarodowych (przez co część meczów musi być rozgrywanych w środku tygodnia) oraz wielkość dostępnych hal. Część obiektów nie daje po prostu szans na budowanie lepszych frekwencji. Czasami dochodzi przez to nawet do paradoksów. Na przykład? Jedną z drużyn, która zaniża ogólną frekwencję, są Czarni Radom. Na mecze chodzi tam 1500 osób, ale tylko dlatego, że więcej się tam zwyczajnie nie zmieści. To problem, bo zainteresowanie meczami jest większe. Kolejny przykład to ONICO – podczas niektórych meczów na Torwarze dostawiane były trybuny, tyle osób chciało przyjść na mecz.

A oto szczegółowe dane za początek trwającego sezonu:

Zrzut ekranu 2019-01-20 o 10.27.41

(Źródło: PLS)

Mamy kłopoty z obiektami, w niektórych miejscach doszliśmy do ściany. Większe hale, z których kluby mogłyby korzystać, często są zajęte. Takim przykładem są chociażby Katowice, które tylko część meczów mogą grać w Spodku, gdzie frekwencja zwykle była niezła jak na mecze ligowe. Najbliższe lata będą więc dla nas próbą i wyzwaniem, żeby infrastruktura w halach się poprawiała – mówi rzecznik PLS.

Chociaż czasami w grę wchodzą jeszcze inne kwestie. Czasami dość kuriozalne. Dość ciekawa teoria związana jest chociażby właśnie z niską frekwencją na meczach GKS-u Katowice. Zdaniem niektórych, jednym z powodów luzów na meczach drużyny Piotra Gruszki, jest trochę nieszczęśliwe położenie hali. Podstawowy obiekt w Szopienicach stoi bowiem w centrum osiedla kibicującego piłkarzom Ruchu Chorzów. Istnieje podejrzenie, że część kibiców po prostu niechętnie przychodzi tam w barwach GKS-u Katowice. Ale ile w tym rzeczywiście prawdy?

Kij jeszcze schowany w szafie

Nie wszyscy kibice pewnie wiedzą, ale władze PLS ukręciły bat na kluby, w których frekwencja jest najgorsza. Chodziło o zmotywowanie właścicieli, żeby dali z siebie więcej w walce o kibica. Miał to być więc straszak na te kluby, gdzie procentowe zapełnienie trybun było najniższe.

Jak wyglądało to w praktyce? Wprowadzono minimalną frekwencję – od sezonu 2017/2018 klub, który miał na swoim meczu mniej niż 1500 widzów (w przypadku kobiet 1000), musiał zapłacić 5 tys. „kary”. Pieniądze te miały następnie trafić do jednego worka i na koniec sezonu wpłynąć na konto klubu, który miał największe tłumy na trybunach. W programie pilotażowym miało to obejmować wyłącznie mecze transmitowane w telewizji. Brzmi całkiem groźnie, ale póki co władze PLS schowały kij do szafy. Było to wyjście naprzeciw klubom, szczególnie żeńskim, które zasłaniały się „trudną sytuacją na rynku”. Dlatego też przedstawiciele ligi notują w swoim czarnym notesie frekwencje pod kreską, ale jeszcze nie rozdają mandatów.

To jednak wzmogło inny problem, bo okazuje się, że niektóre kluby sztucznie pompują frekwencję. Mówiąc wprost – dopisują kibiców. Nie wszyscy korzystają z elektronicznej ewidencji wejść, dlatego jest to pewne pole do nadużyć, stąd też w ubiegłym sezonie wprowadzono specjalne oświadczenia z frekwencją. Taki dokument – podpisany imieniem i nazwiskiem pracownika klubu – musi trafić do komisarza meczu po drugim secie. Na tej podstawie liga zlicza później obłożenie trybun. Kiedy okazuje się, że w danym meczu kibiców jest podejrzanie mało, bo dokumenty mówią coś innego, zapełnienie widowni analizowane jest wtedy na podstawie nagrania wideo. Jak mówi nam rzecznik ligi, oświadczenia mają spowodować, żeby kluby jednak nie zawyżały frekwencji, jeśli gdzieś brakuje kibiców.

Jest jednak szansa, że wkrótce tych braków będzie nieco mniej z innego powodu. Od przyszłego sezonu nie będzie już tylu meczów o pietruszkę, ponieważ ostatnia drużyna automatycznie leci z elity, a w jej miejsce wchodzi zwycięzca pierwszej ligi. W PLS liczą, że ta poważna zmiana podniesie frekwencję.

We Włoszech mała hala nie przejdzie

Spróbujmy porównać, jak wyglądamy na tle Włochów, do których tak często lubimy się odwoływać.

W pierwszej połowie rundy zasadniczej mieliśmy w PlusLidze cztery mecze, na których frekwencja przekroczyła 4 tys., a rekord padł na spotkaniu Trefl-Resovia i było to 4918 osób. Włosi z kolei mogli pochwalić się do dziś jednym meczem-perełką na 12 tys. widzów (Milano-Modena – zdjęcie poniżej), trzema powyżej 5 tys. oraz aż osiemnastoma powyżej 4 tys. Owszem, trzeba brać poprawkę na to, że w Italii część klubów ma większe i nowocześniejsze hale, ale nie zapominajmy, że nasze mniejsze hale też potrafią zapełnić tylko nieliczni. Co ciekawe, władze ligi włoskiej wprowadziły minimalną pojemność obiektów, jakimi mogą dysponować kluby. Obecnie jest to 2400 miejsc siedzących, ale już planowane jest podniesienie tego progu do 3000. W Polsce byłoby to niewykonalne.

49864057_2316875328363051_8740423146470899712_o

Trudno jednak żeby zainteresowanie tamtejszą ligą nie było większe, skoro to właśnie na Półwyspie Apenińskim grają światowe gwiazdy, a to one kuszą najbardziej. Polskie kluby nie należą może do biednych, ale wciąż nie stać ich na takie drogie zakupy. – Brakuje u nas wielkich gwiazd, poziom sportowy chyba spadł, ale mimo to rozgrywki dalej są ciekawe. Patrząc na średni poziom grania, wciąż widzę naszą ligę w granicach trzeciego miejsca w Europie. Finansowo trudno porównywać się do Włochów, bo trzeba pamiętać, że taka Macerata nie jest budowana na mistrzostwo kraju, tylko na wygrywanie Ligi Mistrzów – mówił nam w poprzednim sezonie, kiedy frekwencja tak wyraźnie spadła, mistrz olimpijski i świata Ryszard Bosek.

Mamy słabsze kluby, mniej liczną publiczność, ale… – Rozmawiałem ostatnio z jednym z włoskich trenerów, który zwrócił uwagę na ważną rzecz. Owszem, absolutnie najlepsze widowiska od strony sportowej oraz obiektów robią Włosi, jednak jest tam jeden mały problem: ludzie przychodzą tam głównie na zagraniczne gwiazdy. Największymi postaciami tej ligi są obcokrajowcy, przez co reprezentacja wkrótce może dostać zawału. Bo tak naprawdę pozostały im dwie światowe gwiazdy, czyli Juantorena i Zajcew, obaj nie najmłodsi. Liga włoska wciąż będzie najlepsza na świecie, ale Włochy mogą nie być tak liczącą się reprezentacją – przewiduje Kamil Składowski.

I dodaje: – PlusLiga i reprezentacja to z kolei jedno serce. Liga jest komorą, kadra przedsionkiem. Mamy graczy pokroju Toniuttiego, ale generalnie o sile ligi stanowią Polacy. Dzięki temu my w odróżnieniu od Włochów „produkujemy” następnych graczy do reprezentacji i mamy chłopaków na następne 10 lat. Owszem, zagraniczne gwiazdy przyciągnęłyby więcej kibiców, ale z drugiej strony taka równowaga między komorą a przedsionkiem wychodzi na dobre polskiej siatkówce.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl, Modena Volley

KOMENTARZE (2)

WordPress Lightbox