Ci co się śmieją, że spadłeś na dno przez chlanie, jeszcze wczoraj prosili, żebyś polewał
Weszło Extra

Ci co się śmieją, że spadłeś na dno przez chlanie, jeszcze wczoraj prosili, żebyś polewał

Do piłki wchodził wspólnie z Lewandowskim. Teraz jednak, podczas gdy Lewy to gwiazda światowego formatu, mój rozmówca* jest alkoholikiem marzącym o zwalczeniu demonów nałogu i rozpoczęciu normalnego życia. To spowiedź o tym jak wódka szerokim strumieniem leje się przez polskie szatnie, jak chałupniczy doping robi furorę w niższych ligach, jak wielu utalentowanym juniorom kariery łamie toksyczne środowisko. Ile talentów polski futbol przepił, ilu nie pomógł w zdrowotnej biedzie, czy naprawdę nawet Robert Lewandowski był o włos od zostania anonimem z piątej ligi?

*Chciał pozostać anonimowy. Zdaje sobie sprawę, że w środowisku i tak będą wiedzieć o kogo chodzi, ale tak wybrał i szanuję jego decyzję.

***

Słuchaj, zdarzało się grać na maskonurze.

Na maskonurze?

Gdy trzeba zamaskować to, że grasz na kacu.

I co wtedy robisz?

Zimny prysznic to po pierwsze. Potem kremy, perfumy. Coś słodkiego zjeść, banana i dużo izotoników. Raz zalaliśmy pałę na Nowym Świecie, ze dwie-trzy godziny spałem, wstałem nawalony – matka wiedziała, że mam mecz, więc sporo izotoników stało przy łóżku. W pociągu wymiotowałem, siedział mi na żołądku jakiś kebab, bo później już nie kontrolowałem co jadłem. Mówię kumplowi, z którym piłem – dobra, dobra, mi już lepiej, a kupimy krople, będzie dobrze. Jesteśmy pięćdziesiąt metrów od klubu, on puszcza pawia. Wchodzimy, a tutaj Janek Cios nie przyjechał, coś mu wypadło, kumpel musi grać w pierwszym składzie, choć ledwo stał.

Jak się gra na maskonurze?

Najgorsze mecze na kacu to przesiedziałem na ławce, ale jak grałem – nie przeszkadzało. Po rozgrzewce wszystko wypociłeś. Tylko trzęsą ci się ręce. Butów nie możesz zawiązać.

Czy maskonur kiedyś zawiódł i trener złapał cię skacowanego?

Mieliśmy grać z klubem, w którym był mój kumpel. Mówi – dawaj ze mną na piwo! Poszedłem, nachlałem się jak szpadel. Nawet się nie zamaskowałem wracając, więc waliło ode mnie gorzałą. Świętej pamięci trener Dzwonek skwitował tylko – co ty blondasie narobiłeś… Wierzył we mnie, ale widział, że mam problemy z alkoholem. Wystawił mnie w pierwszym składzie, jeździłem na dupie siedemdziesiąt minut, po meczu powiedział: nie mam do ciebie pretensji, zrobiłeś o co cię prosiłem. Ale to co zrobiłeś wczoraj – nie rób tego, jeśli chcesz grać w piłkę.

Ale nie posłuchałeś.

Nie posłuchałem.

Ile miałeś wtedy lat?

Siedemnaście.

To cała kariera była przed tobą.

No. Wpadłem akurat w takie towarzystwo. Tu przychodziłeś to na piwko, tam to samo, i tak na okrągło. Jak się załapałem na mecz jako juniorek, a jeszcze daj Boże wygraliśmy, to miałem 100 złotych premii. Co to wtedy było sto złotych dla takiego dzieciaka! Tydzień chlania. Wszystko stawiałem.

Łatwo znaleźć wtedy towarzystwo.

Ostatnio przeczytałem takie zdanie: wszyscy ci, co się śmieją, że spadłeś na dno przez chlanie, jeszcze wczoraj prosili żebyś polewał. Jak spadasz, zawsze jesteś sam.

***

Pierwsza zasada jaką poznałem po wejściu do dorosłej szatni: nie pijesz, kapujesz. Tak mówiła starszyzna – nie pijesz to kapujesz, jak nie pijesz to słabo grasz.

Gdzie poznałeś taki niepisany kodeks szatni?

W Zniczu, gdzie trafiłem jako nastolatek.

Kto wtedy tam grał?

To był mocny Znicz z Lewandowskim, Majewskim, Lewczukiem.

A więc grałeś z Lewym. Trochę wam się ścieżki rozjechały.

Pewnie by mnie nie poznał na ulicy, ale tak, graliśmy. Dzielił nas rok, on był starszy. Ja miałem szesnaście, on siedemnaście lat.

Jak go wspominasz z tamtych lat, jakim był człowiekiem?

Przychodził do nas po ciężkiej kontuzji i zastanawiałem się: kto to jest? Co tu robi? Przecież on ciągle kuleje! No ale jak ja lazłem z kolegami się spotkać, on zostawał na siłowni. Trenował. Widać było, że chce coś osiągnąć. Stronił od alkoholu, miał swoje hermetyczne środowisko. Był z dobrej rodziny, a ja, co tu dużo ukrywać, jestem z patologicznej. Mama była alkoholiczką i dzięki Bogu udało jej się wyjść z nałogu, ojcu jednak nie. Bił mamę, ja dostawałem rykoszetem, bo jej broniłem – ta piłka za małolata, cały dzień na boisku, dla mnie była ucieczką.

Szatnia piłkarska już taką ucieczką nie była.

Jak ktoś miał urodziny, zgrzewkę musiał postawić, a napić się musiałeś. Trenujesz sobie, choćby z Radziem Majewskim razem technikę ćwiczyliśmy, żonglerkę, dwa kontakty, fajne rzeczy. Ale później widzisz starszych zawodników jak wracamy z wyjazdu, a oni nabijają sobie fifkę. Bo że piwo się lało czy wóda w autokarze to jest norma, a papierosy pali 70% piłkarzy.

W niższych klasach?

W niższych, w wyższych, tak samo. Tylko w wyższych chłopaki się może lepiej ukrywają.

Broniłeś się przed tym alkoholem w pierwszej chwili?

Broniłem się. Sączyłem piwko jak ta pizdka, jedno dwa i basta. Wkrótce jednak była już jazda bez trzymanki, na przykład osiem piw, a potem jeszcze pół litra. Był taki moment, że (nazwisko ma pozostać anonimowe – przyp. LM) wziął mnie pod skrzydło, potrafił pierdolnąć w czapę i powiedzieć: nie pijesz wódki z nami. Chociaż sam był alkoholikiem.

Co to była za sytuacja?

Jak zajebałem bramkę to już wiedziałem co jest, nawet nie chciałem się odwracać do niego. Siedem lat bez wyroku jakbyś zobaczył. Wydziarany, łysy. „Co ty skurwielu zrobiłeś” – i zaczął mnie dusić. Ale potem poszliśmy do baru, postawił piwo, przeprosił.

Opowiadałeś jak nie pozwolił ci pić.

Po jakimś meczu poszliśmy drużyną do baru, kupił starszym wódkę. Ja mówię – dobra, to polejcie mi też kielicha. A on tylko spojrzał, trochę podpity, i powiedział „ty nie pijesz. Masz piwo? To się ciesz”. Ale nie dawałem za wygraną, chciałem wódki. No to mi polał i powiedział „tylko pamiętaj, że jak wypijesz, strzelę cię w japę”. Myślałem, że blefuje, wypiłem. A on jak mi nie pierdzielnął.

Drugiego kielicha już nie chciałeś.

Nie, to wystarczyło. Oczywiście się poryczałem, bo szczylem byłem. Inny kolega pocieszał, mówił – mordo, my sobie wypijemy wódkę, ty masz piwko. I nie płacz, jesteś facetem.

Wkrótce już jak szczyla cię nie traktowali.

Nie i poszło bez trzymanki. Picie do odcinki. Do totalnego najebania. W wieku 21 lat przyznałem matce, że jestem alkoholikiem.

Zamierzałeś coś z tym zrobić?

Wiesz co, matka mi zadała to pytanie. Byłem w Otwocku w ośrodku z papierami i dwa razy mi odmówili. Po drugim razie poszedłem do Żabki, kupiłem czteropak i tak sobie wracałem. Ja wiem, że jestem alkoholikiem, ale więcej jest w piłce takich, co udają, że nie mają problemu, choć są uzależnieni. Kiedyś mnie kumpel spytał: ty myślisz, że ja jestem alkoholik, bo czekam do soboty, żeby się napić zimnego piwka po meczu? Odpowiedziałem: zobacz jak ty mówisz do piwa zdrobniale, piwko, piwerko, piwunio, jak do kochanki. Masz początku alkoholizmu, bo alkoholizm to nie jest tak, że od razu musisz krawężniki obijać.

Od czasu jak przyznałeś się matce parę lat minęło.

Środowisko piłkarskie za kołnierz nie wylewa. Alkohol w niższych ligach jest, był i będzie, od tego się nie da uciec. Zawsze po meczu będzie piwko i pytanie czy gdzieś nie idziemy do baru. Na dobrą sprawę chyba tylko u Leszka Ojrzyńskiego w Zniczu, jak rozpisał mi dietę, nic nie piłem przez pół roku. Byłem zafascynowany jego warsztatem, takich trenerów piłkarze lubią: jak trzeba to opieprzy, krzyknie, ale wie też kiedy poklepać po plecach, powiedzieć: nic się nie stało, mordo!

(dzwoni telefon, chwila rozmowy).

Robotę jutro zaczynam w Tesco.

To chyba dobrze, nie?

No, no. Bo się kurwicy w domu dostaje. To jest dramat. Dlatego też chleję. Z nudów.

Człowiek tęskni za wolnym czasem, ale jego nadmiar potrafi być najgorszą rzeczą na świecie.

Jeszcze coś tam zrobię na komputerze, obejrzę wszystkie seriale, ale potem co robić?

***

Mówiłeś, że Ojrzyński umiał do ciebie dotrzeć.

Pamiętam graliśmy jakąś gierkę, a on „ty jesteś za grzeczny, wpierdol mu się młody, wpierdol się!”. Jak wjechałem ostro to szło „oto chodzi, tak trzeba!”, nakręcał. Byłem pod wrażeniem tego chłopa. Jak miałem obiecane, że zagram 90 minut w sparingu z Dolcanem – duża rzecz dla mnie, nastolatka – a dostałem powołanie gdzieś na turniej halowy, to po prostu buntowałem się. Ojrzyński jeszcze mnie pod chuja brał: może pojedziesz na ten turniej? A dlaczego nie chcesz? Ale na Dolcan pojedziesz, tak? I kiwał głową, że charakterny jestem. Ojrzyński we wszystkich wierzył i nie było u niego świętych krów. Starsi mieli respekt, lubił z nimi pogadać, ale jak nie mieli formy odstawiał. Robił testy z diety, normalne klasówki – dbał, żebyśmy o siebie dbali. Ale przecież to trener i choć zawsze u niego były drzwi otwarte przed i po treningu, to ma dwudziestu dwóch ludzi do ogarnięcia. Nie będzie chodził za każdym i pytał: co, ty pijesz?

Za kumpli w jednej szatni miałeś Lewego, Majewskiego, Lewczuka. Co myślisz patrząc na tych, którym się udało?

Że mogłem tam być, wśród nich. Nie będę oszukiwał, udawał fałszywej skromności, miałem bardzo dużo talentu. Wpoił mi pierwszy trener, że liczy się szybkość i technika – pierwszą zawsze miałem, wrodzoną, bo mama była lekkoatletką. Nad techniką lubiłem pracować, w internecie patrzyło się tricki, a potem sześć, siedem, osiem godzin dziennie potrafiłem je ćwiczyć. Czasem staliśmy na piwie pod sklepem, a ja cały czas na przykład żonglowałem.

Co oni zrobili inaczej, że są dziś w poważnych rozgrywkach, a ty nie?

Trafili na dobrych ludzi, mieli dużo szczęścia. Ja miałem na przykład menadżera, który był wszą. Zarabiałem osiemset złotych, a on dziesiątego każdego miesiąca dzwonił do mnie z pytaniem kiedy przelew. 10% mi zabierał, nic nie załatwił, tylko pasożytował i jakbym go zobaczył dzisiaj, to bym chyba po prostu zabił. A nie, przepraszam, załatwił testy w Narwi. Strasznie się przygotowywałem, biegałem w temperaturze -15, potrafiłem się zmotywować. Oni byli zachwyceni choć mieli całkiem niezły skład jak na tę ligę: Grzegorz Wędzyński, Janek Cios, Artek Rozmus.

Pamiętam Rozmusa. Odra Wodzisław, napastnik.

Napastnik. Jak on grał w Ekstraklasie nie wiem do tej pory. Taki mały karakan, ani techniczny, ani jakikolwiek. Nic nie umiał.

Może umiał się wkupić.

Może. Do czego zmierzam: potrzeba dobrego menadżera, potrzeba talentu, potrzeba ciężko pracować. Ale potrzeba też mieć furę szczęścia.

Możesz z ręką na sercu powiedzieć, że pracowałeś dostatecznie mocno?

Do pewnego momentu tak. Jak mówiłem, choćby wtedy u Ojrzyńskiego. Pamiętam trener za juniora kazał nam napisać swoje marzenia, wpisałem tak: 19-20 lat debiut w Ekstraklasie w barwach Legii. 2-3 lata później wyjazd za granicę. Potem reprezentacja, Real Madryt, na stare lata powrót do klubu, w którym zaczynałem. Ale teraz to ja mogę już tylko za kasą w Realu stanąć.

Każdy junior ma chyba takie same marzenia. Każdy wierzy, że mu się uda.

A nie każdy będzie Lewandowskim.

Ale każdy wierzy, że nim będzie. I zwykle olewa szkołę, stawia wszystko na jedną kartę. Mówią, że futbol to najlepszy zawód świata, ale też bardzo łatwo może być też zabójcą marzeń, wprowadzić na minę, gdy ta ścieżka zawiedzie.

Niektórzy piłkarze nie potrafią rachunku na poczcie zapłacić. Nigdy nic nie musieli. wszystko podstawione pod ryj – a to premia, a to mieszkanie, obiadki, a potem są jak dzieci we mgle. Ja rachunek zapłacę, mama mnie nauczyła, bo musiałem szybko dorosnąć – niestety, w rodzinie alkoholików dorasta się szybko. Ale niektórzy boją się iść do banku cokolwiek załatwić, przerasta ich to.

Pytam zawsze piłkarzy czy boją się końca kariery. To taki szczególny zawód, że w pewnym momencie, po wielu latach, zaczynasz w sumie od zera, musisz się odnaleźć w czymś nowym.

Każdy się boi. Ci co powiedzą, że się nie boją, kłamią. Zawód piłkarza jest o tyle trudny, że jest dużo pokus. Narkotyki, alkohol, zabawa, pieniądze, dużo wolnego czasu, towarzystwo.

Sława też jest przewrotna, nawet ta lokalna.

Ja z kibicami zawsze dobrze żyłem, to wódki się z nimi napiłem, to pograłem w piłkę. Kiedyś przyszedł do mnie facet, powiedział, że jego syn jest moim wielkim fanem i czy nie pokopałbym z nim piłki. Zagrałem, widziałem, że to dla niego wiele znaczy. To wszystko łechce bardzo. Pompuje ego.

Można sie tym zachłysnąć.

No tak. Piłkarze to narcyzi. Ja też fryzurę na Hamsika nosiłem żeby się wyróżniać i mnie przez to rozpoznawali. Choć bardziej jednak za grę, że zawsze zostawiałem serducho, dziurkę założyłem Koseckiemu, Bereszyńskiemu, jak graliśmy z Legią 2. Piszą do mnie na FB kiedy znowu Beresia pokonam. Jakieś dzieciaki z juniorów dodają do znajomych. Niektórych to mobilizuje do pracy.

Ale może też działać odwrotnie. Myśli się „jestem dobry, starać się już nie muszę”.

Zawsze są dwie strony medalu.

Jak długo wierzyłeś, że twój sen się spełni?

Przestałem wierzyć jak miałem 20-21 lat.

Tak szybko? Przecież wtedy jeszcze wszystko było przed tobą.

Ale ja zadawałem sobie pytanie: no gdzie? Menadżer wsza załatwia mi testy w Ładach czy Sieradzu. Był jeszcze na tyle bezczelny, że jak się umowa kończyła to do mnie zadzwonił i spytał czy przedłużamy. Potem nawet do matki wydzwaniał dlaczego nie chcę. Miał takich kilkudziesięciu łebków jak ja i na nas żerował. Zniszczyło mnie też to, że patrzyłem na starszych, oni chleli i trzeba było dołączyć, żeby się wkupić, być cool. Po meczu – picie. Na obozie – picie. Przegrywamy – trzeba zresetować banię, gorzała i wszyscy obowiązkowo piją, reset, reset, zapominamy o pięciu kolejnych wpierdolach, taktyka-zapominajka. Wygrywamy – jest powód do świętowania. Do tego dodaj rodzinę alkoholików i małą dzielnicę, gdzie wszyscy się znają, gdzie każdy powie – dawaj na piwo. Ostatnio jeden z kumpli mnie spotkał i mówi: nie daruję ci tego, że nie grasz w Ekstraklasie. To jest z jednej strony miłe, a z drugiej boli, bo myślę sobie: ma rację. Mogłem.

Kiedy zacząłeś pić?

Pierwszą wódkę wypiłem w gimnazjum, po meczu w juniorach. Trwało Euro 2004, chyba mecz Francja – Grecja. Piliśmy jakieś piwko, do tego pizza, ktoś zasugerował: dawajcie wódkę, kto chętny? Poszliśmy do nocnego, schlałem się, zgonowałem. Rano przemykam przez dom, żeby mama nie widziała, ale od razu wyczuła coś podejrzanego. Pyta mnie: a ty co, wódki się napiłeś? Tak mamo, ale już nigdy więcej. Ona – trzymaj się, żeby tak było.

Motywacji nie wystarczyło.

Jeździliśmy dajmy na to na obozy. Trenerzy chlali na umór. My, młodzi, w domkach, też piliśmy. Jakiś wyrośnięty szedł do sklepu, ja, organizator, obczajałem gdzie jest stacja benzynowa i się szło. Kupowało, nie wiem, siatę browarów, bo nam za małolata nie trzeba było dużo.

Byli tacy, co się wyłamywali?

Tak, tak. Bardzo żałuję, że na przykład taki Przemek Piórkowski z powodu bólu kręgosłupa musiał przerwać karierę. Był, naprawdę, jak Messi. Nie wierzysz mi i nikt nie uwierzy, ale mówię ci – kropka w kropkę. Byłem pod wrażeniem, że w tak młodym wieku można tyle umieć, być tak niesamowitym technicznie, szybkościowo i pod względem zachowania. Nie pił, prowadził się dobrze, ale miał problemy z kręgosłupem i nikt mu wtedy nie pomógł. A przecież wystarczyła operacja i mógłby grać dalej, na tą jednak nikt nie miał pieniędzy. Inny chłopak, którego znałem, zaczął dostawać opuchlizny na łydkach. 20 minut biegał i puchł, nie mógł grać. Też wyszło, że to jakiś nacisk kręgosłupa i potrzebna operacja za 12 tysięcy. Czyli wyrok i koniec kariery.

Jaka jest opieka medyczna w niższych ligach?

Opieka w niższych ligach generalnie wygląda tak: radź sobie. Załatwimy ci prześwietlenie, a potem radź sobie. Ale ludzie grają, bez względu na ryzyko, choć rzeźników nie brakuje. Pamiętam kumpla, którego najbardziej cechowało to, że umiał tak uderzyć z łokcia, że sędziowie nigdy nie widzieli. Fenomen – nosy łamał hurtowo, ale chyba raz widziałem, że dostał żółtą kartkę. Znałem takich, co jak ich szturchnąłeś, polowali na ciebie żeby ci nogę złamać, autentycznie.

Dużo znasz historii, że ktoś został porzucony przez klub w chwili kontuzji i musiał skończyć karierę?

Milion. Myślałem, że Lewy tak skończy jak go wyrzucili z Legii. Nic mu nie pomogli, Legia wyłożyła lachę. Sam się musiał leczyć. Zerwał więzadła w wieku 16 lat, a oni rozwiązali z nim kontrakt mówiąc, że nie widzą przed nim przyszłości. Gdyby nie rodzina, która zapłaciła za operację i rehabilitację, grałby jak ja w piątej, czwartej lidze. Później go chcieli do Młodej Ekstraklasy, ale myślę że miał zadrę w sercu za to, że potraktowali go jak śmiecia.

Takie podejście to absolutna norma?

Może nie norma, bo jak dobrze grałeś, to klub ci pomoże. Ale jak byłeś jakimś rezerwowym, to często przepadałeś. Junior rzadko jednak może liczyć na względy. Zresztą, co do juniorów to zdarzają się różne patologie. Pamiętam grał wtedy akurat u nas Charlie Nwaogu. Jakiś młody, dziecko jeszcze, coś skiksował, a trener juniorów do niego: za takie granie musisz obciągnąć nygusowi – tak mówił na Charliego. No weź, do dzieciaka, bo źle zagrał, takie słowa! Człowieku. Prezes chciał tego trenera zwolnić, ale jego wszyscy lubili więc się prześlizgnął.

Jak czarnoskórzy są traktowani w niższych ligach?

Pamiętam, że Moussa Yahaya też potrafił wypić. Nie byłem na sparingu jak był u nas na testach, ale koledzy mi mówili, że mieli rozbieganie po meczu, a Moussa leżał na ławce rezerwowych i łamaną polszczyzną dukał „O Jezu, ale wczoraj było, nie będę biegał”. Taki chlejus… Innym razem mieszkałem z Ifani Uwadizu. O 6 się modlił każdego dnia, biblię głośno czytał, religijne pieśni puszczał z radia. W końcu nasz bramkarz się wkurwił, poszedł do niego i mówi: Ifi, albo przyciszysz to radio i będziesz się modlił ciszej, albo zajebę i radio i ciebie. Ja z czarnymi dobrze się dogadywałem, łamanym polsko-angielskim jakoś tam panimaju. Kiedyś przyszedł nowy i zapytał czy może usiąść, wskazując na miejsce starszyzny. Oni „noł miejsc, noł miejsc”. Znałem też takiego śmieszka, który szczał na murzynów pod prysznicem.

Szczał na nich pod prysznicem?

Tak, gdy nie widzieli. Mówił „zobacz co zaraz zrobię” i lał.

Podejrzewaliście kiedyś przebite blachy u któregoś?

Tak, był raz taki Orlando. Mój rocznik, ale mordę miał po prostu zgreda.

Była szydera w szatni?

Szydera zawsze jest. Kiedyś z jakiegoś turnieju wracałem pijany i przez schody na Zachodnim wypieprzyłem się tak, że straciłem pół jedynki. Na treningu potem nie ma zmiłuj, szatnia jest taka, że podśmiechujki z najmniejszej rzeczy tydzień potrafią trwać. Raz znaleźliśmy gościa konto na stronie piłkarskiecv. Czytamy, a tam: dobry strzał z lewej i prawej nogi. Dobrze bije rzuty wolne. W juniorach strzeliłem wolnego z 40 metrów. Jestem szybki, mówią na mnie Turbo. No weź! Jak my to znaleźliśmy, nie miał życia.

Turbo, podaj!

Tak jest. Albo jak z lewej kartofla posłał w krzaki to „dobrą masz tą lewą”! Wolne na koniec treningu, na zakładzik o pompki, strzela panu Bogu w okno „nie no, masz te wolne, może na 60metr się przesuń”. Jaja, mówię ci, jaja. Środowisko jest takie, że nie odpuszcza, czy to jest ekstraklasa, czy to jest b-klasa. Najbardziej wspominam chyba Jana Ciosa. Powiedz mi jak chłop, który ma 35 lat, ze sto występów w Ekstraklasie, dzwoni do trenera, że śnieg mu się dostał do oka i spuchło mu tak, że nie może przyjechać na trening? To nawet ja umiałem lepiej ściemniać. Janek Cios też się zacinał. Mówił o taktyce: teraz będziemy grać cztery, cztery. I koniec. Trzeba mu było walnąć plaka żeby odezwał się dalej. Cztery, cztery. A co tam u twojej żony? Nie dokończył, zmienił temat. Może coś z głową miał. Śmialiśmy się też, żę saperkę ma na plecach, bo tak dołki kopał pod trenerami. Janek Cios, w menadżerze błyskotliwość – 2. Nie trawiłem gościa, bo sprzedawał ludzi. Ale zawsze tak jest, w każdej szatni jest zgniłe jajo.

Jak to jest że szatnie, w których nie ma pieniędzy, często grają lepiej?

Wtedy trzymamy się bardziej, bo jest wspólny wróg. Pojawia się czarny humor, że prezes już przelew wysłał, ale chyba przez Tajlandię, albo że księgowa nie ma entera w klawiaturze – taka szyderka też konsoliduje. Treningi inaczej wyglądają, na dziadku śmiechy, piłeczka chodzi, a to zgranie potem widać na boisku. Inaczej jest, jak grasz z kimś, za kim skoczyłbyś w ogień.

To, na przykład, Legii polecasz wstrzymanie wypłat?

Nie, nie. Oni mają wszystko, mogą się skupić tylko na piłce.

Ale ciężko skupić się tylko na piłce, jak ma się wszystko.

Ale chcą chyba do czegoś dążyć. Nie wierzę, że piłkarz Legii powie, że chce grać tylko w Legii, a nie spróbować sił za granicą. Ja zawsze marzyłem o grze w Legii, ale też o wyjeździe. Kiedyś z okazji sparingu – przegraliśmy 11:1 – przeszedłem się po murawie na Pepsi Arena i myślę, kurde, jakby ryknęli, to ja bym chyba tutaj zagryzł wszystkich. Najbliżej poważnej piłki byłem jednak na testach w Polonii. Libor Pala powiedział, że mnie nie chce, a potem spotykałem chłopaków z Młodej Ekstraklasy i mówili: ja bym cię brał z zamkniętymi oczami, dobry jesteś, a my nie mamy jednego lewusa! Tam małolat zarabiał wtedy kilka tysięcy, działało na wyobraźnię.

Myślisz, że taka kasa demoralizuje?

Powiem ci tak, jakbym tyle dostawał, to na pewno pomógłbym mamie. Ale pewnie też bym w melanż popłynął, może jeszcze bardziej.

Powiedz, czemu u Ojrzyńskiego tylko pół roku wytrzymałeś w diecie i abstynencji, skoro było tak dobrze?

Zadebiutowałem jako siedemnastolatek, zmieniając Lewego zresztą, wchodziłem na trzy minuty. Grywałem później to 10, to 15. Znicz wchodził do pierwszej ligi, Ojrzyński uznał, że mnie wypożyczy, ogram się i wrócę. Ale trafiłem tak, że nie grałem, rywal do składu miał rundę życia… Taki los piłkarza.

***

Ostatnio pracowałem w Galerii Mokotów. Patrzę, a tu Wójcicki, dawny kumpel z boiska. Siema, siema! On pyta: co ty tutaj robisz! A ja, że zarabiam, ochroniarzem jestem. Powiedział, że się spieszy, ale że trzeba się spotkać, pogadać…

Piłkarze, którzy się wybili, utrzymują kontakt z tymi sprzed lat, którym nie poszło?

Ja mam na facebooku Radka Majewskiego, właśnie Wójcickiego. Kolega opowiadał, że znali się ze Szczęsnym z czasów juniorskich, pojechali i mówią, że mają tylko sto funtów. Wojtek na to – nie przejmujcie się. A potem tylne wejście do klubu, kotara, open bar, dziękuję.

Czyli jest szacunek i kontakt.

Większość utrzymuje, choć wiadomo, nie jest to tak intensywne jak dawniej. Choć na pewno niektórym odbija sodówka. Nie znam ludzi z pierwszych stron gazet, nie umawiam się na piwo z ludźmi z Ekstraklasy – ja jestem kopaczem, nie mogę się nazwać piłkarzem, obok piłkarzy tylko stałem na zdjęciu.

***

Przegrany mecz czy za juniora czy seniora, w B-Klasie czy sparingu, to jest dramat. Wkurwiałem się, szedłem na piwo odreagować. Jak na finale regionalnego Pucharu Polski, gdy grałem na blokadzie, ketanolu w dupę, zajebałem dwie bramki w 30 minut i zaliczyłem wędkę, to poryczałem się w szatni. Wszyscy mnie, dzieciaka, pocieszali. Mieszkaliśmy w akademiku, rozpierdoliłem ten akademik z wściekłości. Wiedziałem, że byśmy wygrali, gdyby nie ja.

Znasz takich, którzy porażki mają gdzieś?

Paru, ale to zdarza się bardzo rzadko, nawet na niższych ligach. Każdy piłkarz przeżywa porażkę, zaufaj mi. Ostatnio wracamy z meczu, jedziemy samochodem, a kierowca cały czas wali w kierownicę wściekły, że straciliśmy gola na 1:1 w ostatniej minucie.

***

Torebeczka, hyc, towar. Myślałem, że ketanol weźmie, a on ketanol i dwie kreski. Mówię: weź to albo to, bo ci pikawa stanie na boisku! Masz rację, to tylko parę kresek wezmę.

I jak wygląda piłkarz po paru kreskach?

Jest na pewno pobudzony, ale taki, kurde, sztywny…

Ty też próbowałeś?

Mógłbym od pięciu lat być ćpunem i byśmy dziś nie rozmawiali, tyle jest narkotyków w szatni. Perwszy kontakt z narkotykami miałem jak pojechaliśmy na turniej do Holandii – miałem szesnaście lat, a tam od szesnastu już można. Paliłem okazjonalnie do 21 roku życia zielsko, nigdy nic mocniejszego, ale raz trafiłem trefny towar i prawie mi pikawa stanęła, to powiedziałem, że nigdy więcej. Na wyobraźnię działało też, że raz ratowałem kolegę z zapaści, przedawkował, był już sztywny Roman, mało mi nie zszedł. Błyskawicznie otrzeźwiałem, zainterweniowałem, udało się go uratować. Na imprezach narkotyki to norma – czasem patrzę jak goście wychodzą z toalety, każdy ma szczękościsk. Zęby to im mało co nie wystrzelą. Można wziać kreskę, pobawić się w domu, ale u nas nie ma barier – jest do odcinki. Czasami imprezy były takie, że myślałem: jeszcze trochę wódka z kranu będzie płynąć.

***

Właśnie, zapomniałem ci powiedzieć. Jesteśmy w (nazwę miejscowości przemilczmy – przyp. LM) na obozie. Ci, co mają żony, zdejmują obrączki, pytają w hotelu gdzie najbliższy burdel albo dyskoteka, mają przyzwolenie trenera. Młodzi mogą wyjść na piwo albo pizzę.

Zaraz całe rozgrywki w Polsce rozwiążą, bo żony zabronią grać. Więc uważaj.

Żonaci, zaręczeni czy inni w związku od 5 lat, szukają burdelu. Nawet z obrączką się bawili. Czasem na imprezach jak były kobiety piłkarzy to tańczyły na barze. Kumpel z kobietą przyszedł, ona tańczyła na parkiecie, a on już podrywał kelnerkę. Na takich imprezach jest samowolka. Do odcięcia. Gwóźdź.

To temat tabu w środowisku. Nigdy się tych tematów nie tyka.

Wiesz co, zdarzają się tacy, którzy lubią iść w melanż, potańczyć z obcą kobietą, ale tylko tyle. Większość jednak zdejmuje obrączki, a jak tej nie ma to jeszcze lepiej.

To jest ogólnie tendencja w środowisku myślisz?

Tak.

Z dużą pewnością siebie to powiedziałeś.

Bo byłem w niejednym klubie, z niejednym rozmawiałem, jestem przekonany. Nawet wtedy w burdelu w znaleźli pijanego (były ekstraklasowiec – przyp. LM) z piwem w reku, w Wiśle wtedy grał.

***

Jeszcze ci opowiem jak się dopingujemy. Tussipecty, inne rzeczy.

Co z tymi Tussipectami?

Powiem ci tak: Tussipect już nie jest w modzie, teraz rządzi Sudafed, od tego się wszystko rozrzedza, pobudza. Tussipect jest na receptę, nie każdemu się chce kombinować, więc jest Sudafed, zamiennik. Jeden bramkarz, którego znałem, jadł zawsze dwa Ibupromy, które popijał pół litra energetyka. Ja też tak robiłem i naprawdę, trzęsie, człowiek jest bardziej pobudzony. Teraz się przerzuciłem na Sudafedy, biorę do tego dwa Ibupromy i rozegrałem ostatnio mecz życia na prawej obronie, gdzie ja prawej nogi nie mam.

Jak powszechny jest taki doping?

Tu gdzie gram 95% tak robi, nawet bramkarze. Ale to przecież lata temu Józef Młynarczyk mówił, że środki przeciwbólowe brali w takich celach, stara praktyka. Oczywiście potem w kiblu spędzasz z dwie godziny, ja czasem miałem takie boleści żołądka, że dramat. A walnąłeś piwko jeszcze – kociokwik.

***

jakie masz plany na przyszłość?

Chcę wrócić do normalnego życia, bo ostatnio 10 dni byłem w matrixie. Człowieku, wracałem do domu na czworaka co dzień. Wychodziłem z trzema złotymi i paczką fajek na miasto, wracałem napruty po zwiedzeniu kilku barów. Powód był, bo rozstanie z kobitą, ale alkoholik tak się tłumaczy, wymówkę zawsze znajdzie. Piłka jest przy okazji. Zima to najgorszy dla piłkarza moment, tyle wolnego, że można się zachlać na śmierć, a ja jak mam dużo wolnego, to po prostu chleję. Chcę mieć tak, że robota, trening i do domu. Nawet wypić to jedno piwko wracając z treningu, ale tyle. Być wtedy tak wykończonym, żeby po prostu iść spać.

Rozmawiał Leszek Milewski

KOMENTARZE (0)