Na świecie mnóstwo jest klubów, które tytułów po prostu nie zdobywają, ale ta historia daje nadzieję im wszystkim. Crystal Palace w Londynie znaczy stosunkowo niewiele – wyobraźcie sobie funkcjonowanie w mieście, którym trzęsą Arsenal, Chelsea czy Tottenham, a do tego są jeszcze West Ham, Fulham, Brentford, mocne kibicowsko Millwall i inni. Trzeba rozpychać się łokciami, żeby cokolwiek dla siebie urwać i przez lata Orły z tego rozpychania miały niewiele. Sztuką jest jednak wyczekanie odpowiedniego okna czasowego w gotowości do skoku.
Może się okazać, że to nawet jedyna taka okazja w historii. Sprzyjająca koniunkcja gwiazd daje Crystal Palace wielką i pewnie niepowtarzalną szansę na dokonanie rzeczy, o których żaden kibic tego klubu nawet nie śnił. Zaczęło się przecież od wygranej w Pucharze Anglii, zaskakującej i historycznej, odniesionej na polu, którym przez lata zawiadywał Pep Guardiola i jego Manchester City. Jest jednak w futbolu miejsce na szok – The Citizens mogą przegrać na Wembley. Mogą nawet przegrać z ligowym średniakiem, który miał marzenie i odpowiednie do jego realizacji narzędzia.
Cała reszta oparta była już tylko na odwadze w sięgnięciu po coś, czego na Selhurst Park nie znał żaden kibic.
Zwycięstwo. Jakie to nietypowe
– To niewiarygodne. Czuliśmy, że dziś jest nasz dzień. Trener solidnie przygotował nas do tego spotkania, a my bezbłędnie zrealizowaliśmy jego taktyczne założenia. Zasłużyliśmy na to zwycięstwo – rozemocjonowany Dean Henderson poczuł się z wygraną jakoś tak swojsko. O ile przed meczem można było śmiało stawiać na faworyzowanych The Citizens, o tyle ostatni gwizdek sędziego utwierdził wszystkich w przekonaniu, że nie taki ten hegemon straszny.
Czego się bać, skoro to tylko jeden mecz?
Sukces zaczął się jednak dla Orłów już nieco wcześniej. Ten punkt graniczny może wyznaczyć zatrudnienie w lutym 2024 roku trenera Olivera Glasnera. Austriak swoją karierę rozwijał do tej pory wręcz modelowo, przez co wydawało się, że taki przeskok to coś naturalnego. Najpierw praca w ojczyźnie, potem przenosiny do niemieckiej Bundesligi i budowanie renomy w bardziej rozpoznawanych klubach. No i wielka wygrana w Lidze Europy, do której Eintrachtu Frankfurt Glasner nie wprowadził, ale z której swój zespół wprowadził prosto do Ligi Mistrzów.
51-latek wydaje się trenerem idealnym do średniego klubu, sami pewnie przyznacie. Eintracht ma już co prawda na swoim koncie tytuł mistrza Niemiec, tyle że sprzed prawie siedemdziesięciu lat. Wygrywał też w przeszłości w Pucharze UEFA, tyle że to również było dawno temu. Glasner trafił do Frankfurtu, gdy kiełkowała tam wiara w coś więcej i podlał ją, zaskarbiając sobie tuż za naszą zachodnią granicą sporą sympatię.

Oliver Glasner już wie, jak to jest wygrać w Europie. Tym razem może przynieść wiele radości żyjącym chwilą kibicom Crystal Palace
– Nie wygrywasz Ligi Europy z Eintrachtem Frankfurt, jeśli nie jesteś świetnym trenerem. Wystarczająco dużo naszych klubów może być tu dobrym przykładem – wskazywał w rozmowie z oficjalną stroną Premier League dziennikarz Christopher Michel, który śledził tamten sukces z bardzo bliska. Ostatnim niemieckim zespołem, wznoszącym europejski puchar drugiej kategorii było Schalke w sezonie 1996/97, to już prawie trzy dekady. W tym samym sezonie Ligę Mistrzów wygrywała Borussia Dortmund, ale od tego czasu z ostatecznego triumfu na arenie europejskiej cieszył się już tylko Bayern Monachium.
Tym była wygrana Eintrachtu w Lidze Europy. Przy wyłączeniu Bawarczyków – jedynym takim sukcesem niemieckiej piłki od trzech dekad.
Oliver Glasner architektem. Przyszedł, zbudował, odejdzie
Tym bardziej musi boleć kibiców Orłów decyzja trenera Glasnera, który postanowił już zimą, że po sezonie odejdzie z Crystal Palace. Finał Ligi Konferencji z Rayo Vallecano jest zatem jego ostatnim meczem w roli opiekuna londyńskiej drużyny, a pożegnanie może być naprawdę niezapomniane. Niewielu trenerów żegna się ze swoim klubem odnosząc największy sukces w jego historii.
– Czułbym, że całkowicie zawiodłem, gdyby po tamtym ogłoszeniu z zimy zespół nagle zaczął grać słabiej. Powtarzam moim zawodnikom, że nie grają dla trenera, bo zawsze gra się dla siebie, dla grupy, dla kibiców, dla całego klubu… Jeśli wygramy Ligę Konferencji, to wszyscy piłkarze, którzy zostają tutaj w klubie, będą mieli z tego widoczną korzyść – w przyszłym roku znów zagrają w europejską piłkę. Tak więc wszystko, co robią, robią dla siebie, dla klubu, dla fanów, a nie dla mnie – przekonywał w niedawnej rozmowie z biurem prasowym UEFA Glasner.
– Wygranie tego finału byłoby idealnym zwieńczeniem mojej kadencji w Crystal Palace. Kiedy oglądasz film, kiedy czytasz książkę, zawsze masz nadzieję, że jest szczęśliwe zakończenie. Finał tej ponad dwuletniej podróży z kolejnym trofeum, z pierwszym europejskim trofeum w historii klubu, byłby czymś niesamowitym – podkreślał Austriak.
Niby to oczywiste, ale sami pewnie rozumiecie, jak niezwykła opowieść się tu pisze. Glasner na zawsze będzie już najważniejszym trenerem w historii Orłów. Pierwszym, który dał im Puchar Anglii. Pierwszym, który wygrał Tarczę Wspólnoty. Pierwszym, który zapewnił finał europejskich rozgrywek. A wkrótce może także dać w nich zwycięstwo.

Tutaj Glasner z innym pucharem. Wygrana w FA Cup to na razie największy sukces w historii Crystal Palace
Sukces ma swoją cenę. Złota era trwa w takich klubach krótko
A to wszystko mimo wielu przeciwności – jak to często w takich przypadkach bywa, udany poprzedni sezon Crystal Palace sprawił, że w kolejce po wyróżniających się zawodników ustawili się więksi gracze. Latem Eberechi Eze przeniósł się na północ stolicy i dziś jest mistrzem Anglii. Marc Guehi, defensywny filar zespołu, zimą skusił się na ofertę Manchesteru City. Obaj poszli wyżej, obaj przerastali kolegów i zasługiwali na kolejny krok. Podobnie jak wypromowany na Selhurst Park wcześniej Michael Olise.
Kolejny krok wróży się teraz Glasnerowi, bardzo blisko przenosin do Włoch był już przecież Jean-Philippe Mateta, świetlaną przyszłość wieszczy się Adamowi Whartonowi. W kontekście tego ostatniego mówi się nawet o zainteresowaniu Realu Madryt, a to na rynku transferowym plotka ostateczna. Rozbiory postępują i są naturalną koleją rzeczy, co idealnie oddaje już tabela Premier League. Crystal Palace w swojej złotej erze nie rośnie w siłę. Umieli tam skupić się na kilku ważnych meczach, ale poza tym ciągle kręcą się w okolicach pięćdziesięciu punktów w sezonie i raczej się to nie zmieni.
Bez całej tej ich gwiezdnej ekipy trudno będzie jednak o powtórzenie wyczynów Glasnera. W Anglii zespołów zdolnych do rzucenia wyzwania największym jest co najmniej kilka. A samo rzucenie wyzwania nie jest przecież gwarancją sukcesów. Austriacki szkoleniowiec ma zresztą bardzo ciekawą filozofię, którą wyłożył na przykładzie… miodu i awokado.
– Jeśli nigdy nie jadłeś miodu, nie wiesz, jak smakuje, więc nie prosisz o niego. Ale jak tylko spróbujesz słodyczy miodu, chcesz go jeszcze raz i kolejny. Oczywiście, awokado jest również całkiem smaczne, jest zdrowe i fajnie je mieć, ale mieć miód to już zupełnie inna sprawa. Gra w europejską piłkę to właśnie ten mały słodki dodatek – opowiadał Glasner na początku maja.
– Powiedzmy, że awokado to codzienna sprawa. Pod nim kryje się Premier League i to rozgrywki bardzo ważne, ale słodycz europejskiego futbolu na Selhurst Park, słodycz podróżowania po kontynencie, słodycz gry w kolejnym finale… Kiedy tego spróbujesz, chcesz więcej. Czy w stołówce mamy dla zawodników i miód, i awokado? Właśnie tak, zawsze są oba – przekonuje trener, choć trudno powiedzieć, czy nadal poruszając się w ramach metafory, czy już od niej uciekając.

Tak, to znowu Austriak z trofeum. Możliwe, że wkrótce zobaczycie jeszcze jedno podobne zdjęcie
Finał na finał. Idealne domknięcie historii?
Wydaje się, że na kolejne sezony Orły będą w stanie zapewnić sobie raz na jakiś czas odrobinę miodu, ale ich codziennością będzie jednak awokado. Okej, wygrana z Rayo da im Ligę Europy, ale tam o sukces będzie dużo trudniej, a później awans do pucharów przez rywalizację w niezwykle konkurencyjnej Premier League może być zwyczajnie trudny. W sumie to mogą w Londynie podziękować za wykluczenie ich z drugiego poziomu europejskich rozgrywek na początku sezonu – po zdobyciu Pucharu Anglii Crystal Palace miało grać właśnie w Lidze Europy, lecz wówczas na drodze stanęła decyzja UEFA. W skrócie – europejska federacja dostrzegła problem w strukturze właścicielskiej angielskiego klubu i uznała, że Orły nie mogą grać w tych samych rozgrywkach co Olympique Lyon.
Crystal Palace wykluczone z Ligi Europy. Klub wydał oświadczenie [CZYTAJ WIĘCEJ]
Tym samym Glasner wylądował ze swoją drużyną w Lidze Konferencji. Dotarł do jej finału. Jest o krok od kolejnego magicznego wieczoru i zostawienia swojemu następcy konkretnej wielkości słoiczka z wysokiej jakości miodem. Trudno się oprzeć wrażeniu, że jego kadencja w londyńskim klubie zasługuje na efektowne zwieńczenie. Skoro już trwa złota era Crystal Palace, skoro nie będzie ona specjalnie długa i możliwe, że właśnie dobiega końca…
A zresztą pożyjemy, zobaczymy. Może i po Glasnerze jest na Selhurst Park słodkie życie?
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix