Wróciła Formuła 1. Antonelli znów górą! GP Miami pełne emocji

Sebastian Warzecha

03 maja 2026, 20:59 • 5 min czytania 0

Reklama
Wróciła Formuła 1. Antonelli znów górą! GP Miami pełne emocji

Przez ponad miesiąc fani Formuły 1 nie mieli możliwości oglądać swojego ukochanego sportu. Odwołane zostały bowiem Grand Prix na Bliskim Wschodzie – w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej. Pytaniem pozostawało, czy ta przerwa zmieni coś w układzie sił. Dzisiejszy wyścig w Miami pokazał, że stawka być może nieco się wyrównała. Choć zwycięzca pozostał ten sam.

Reklama

Formuła 1. Antonelli po raz trzeci!

Grand Prix Miami? Wiadomo, celebryci. Kręciło się ich w padoku sporo, ale trochę swojego magicznego dotyku niektórym kierowcom próbował przekazać między innymi Leo Messi – w końcu zawodnik Interu Miami właśnie. Były gracz Barcelony i PSG odwiedził w padoku przede wszystkim rodaka, Franco Colapinto, któremu – jak się okazało – pomógł zdobyć punkty. Potem zawitał jednak równie w boksie Mercedesa, wsiadł nawet do bolidu Kimiego Antonellego.

Młody Włoch wielkiej pomocy w wygrywaniu nie potrzebuje – w tym sezonie triumfował już dwa razy, raz był drugi – ale pewnie chętnie udostępnił Messiemu miejsce.

Reklama

Na moment, rzecz jasna, bo wciąż pozostawało mu Grand Prix do przejechania. A przecież kto jak kto, on akurat mógł sobie wiele po nim oczekiwać – wczoraj zdobył pole position i stał, naturalnie, na najlepszej pozycji do końcowego triumfu. Atakować mieli go Max Verstappen, drugi w kwalifikacjach i ustawieni na dalszych polach Charles Leclerc oraz Lando Norris. Taki układ gwarantował pewne emocje i potencjalną walkę na przedzie.

Jednak start przerósł nasze oczekiwania – bo w pierwszych kilku minutach działo się naprawdę wiele.

Przede wszystkim – na starcie zaspali Verstappen i Antonelli właśnie! Obaj opóźnili później dohamowanie, przez co pierwszy zaliczył spina, a drugi wypadł z toru. Włoch stracił na tym mniej, Max spadł z kolei na dalsze lokaty. Na czoło wyjechał więc – mimo wszystko niespodziewanie – Charles Leclerc, a za jego plecami był Lando Norris. Verstappen tymczasem szybko zaczął odrabiać pozycje, a my dowiadywaliśmy się, że na starcie doszło jeszcze do kontaktu Hamiltona z Colapinto (bez konsekwencji), a problemy z uszkodzeniem skrzydła miał Nico Hulkenberg.

Reklama

Zaczęło się więc Grand Prix Miami z przytupem. I dalej też sporo się działo.

Zmiany na przedzie

Najpierw była dobra walka Kimiego Antonellego z Charlesem Leclerkiem, gdy obaj kilka razy wymienili się pozycją na czele wyścigu. Potem wmieszał się w to wszystko jeszcze Lando Norris, który napędzony zaatakował Włocha – i to skutecznie! Dosłownie chwilę później na torze pojawił się samochód bezpieczeństwa, bo poza asfalt wyleciały dwa bolidy – Isack Hadjar zrobił to sam, przez swój własny błąd, Pierre Gasly z kolei (którego samochód zawisł tyłem na bandzie) został zahaczony przez Liama Lawsona. Sam Lawson zresztą niedługo potem wycofał się z wyścigu.

Reklama

W ślady tej trójki poszedł też Nico Hulkenberg. Stawka więc w krótkim czasie się przerzedziła… ale potem nikt już się nie wycofał, aż do końca.

Safety car – który wciąż był na torze – prowadził po nim kierowców przez dobrych 10 minut. Gdy zjechał, nadal trwała walka Antonellego z Leclerkiem, zaczęły się jej kolejne rozdziały. Norris tymczasem przewodził stawce i odjeżdżał rywalom. Pojedynek za jego plecami zakończył się z kolei, gdy Leclerc popełnił błąd i niemal uderzył w bandę. Udało mu się tego uniknąć, jechał dalej, ale pozycję stracił, a Antonelli mu odjechał.

Inna sprawa, że Charles zły mógł być nie tylko na siebie, ale i swoją ekipę, co zresztą… wyraził przez radio.

Jak będziecie podejmować kolejne decyzje to skonsultujcie je ze mną – rzucił w pewnym momencie do swojego inżyniera wyścigowego.  Mimo wszystko jednak długo jechał wysoko, nawet po podium. Choć w momencie, o którym piszemy – po zjazdach do alei – akurat w pierwszej trójce nie był, bo znaleźli się tam Verstappen, Antonelli i Norris. Holender bronił się przed atakami tej dwójki, przez jakiś czas nawet skutecznie, ale miał znacznie starsze opony.

Reklama

W efekcie więc musiał w końcu uznać wyższość tej dwójki. I w sumie jasnym stało się, że wygra to Grand Prix albo Włoch, albo Brytyjczyk.

Jest równiej?

Verstappen został na koniec wyścigu wybrany przez fanów kierowcą dnia. I nic dziwnego, bo momentami widać było, że walczy ze swoimi oponami – taką strategię (słusznie) wybrał Red Bull po złym starcie – ale robił to w znakomitym stylu. Przez jakiś czas odpierał ataki najpierw Charlesa Leclerca, Oscara Piastriego i wreszcie George’a Russella, którzy kolejno go atakowali. Zwłaszcza z tym ostatnim obaj zaliczyli pasjonujący pojedynek – zaliczyli nawet kontakt, doszło do lekkiego uszkodzenia przedniego skrzydła w bolidzie George’a.

Temu jednak finalnie udało się wyprzedzić Maxa. Z przodu tymczasem Antonelli – choć zgłaszał problemy ze skrzynią biegów – odjechał Norrisowi i śmigał po trzeci triumf z rzędu.

I gdy wydawało się, że w pierwszej szóstce już nic się nie wydarzy… obróciło bolid Leclerca. Efekt? Charles stracił trzy pozycje – najpierw na rzecz Norrisa, a potem, na ostatnich zakrętach, wyprzedzili go też Russell i Verstappen (ten drugi dosłownie na ostatnim wirażu!). I w sumie to Ferrari jako jedyne z tego grona zadowolone być nie może.

Reklama

Bo Mercedes cieszy się z wygranej Antonellego i czwartego miejsca Russella. McLaren ma podwójne podium i udowodnił, że może zaraz liczyć się w rywalizacji o obronę obu tytułów sprzed roku. Red Bull pokazał, że przez miesiąc nadrobił sporo dystansu i ma lepszy bolid niż chociażby w czasie Grand Prix Japonii. Stawka więc faktycznie się wyrównała, choć Andrea Kimi Antonelli (wciąż nastolatek, przypomnijmy!) umocnił się na pozycji lidera klasyfikacji generalnej.

Ale jeśli kolejne wyścigi będą podobne do tego, to może być w tej generalce ciekawie.

Reklama

Fot. Newspix

Czytaj więcej o Formule 1:

0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Królewski potwierdzał, że chce go w Wiśle. Zagra dla ligowego rywala

Mikołaj Duda
0
Królewski potwierdzał, że chce go w Wiśle. Zagra dla ligowego rywala

Formuła 1

Reklama