Snooker ofiarą podboju. Czy Chińczycy nim zawładną?

Sebastian Warzecha

06 maja 2026, 14:46 • 10 min czytania 9

Reklama
Snooker ofiarą podboju. Czy Chińczycy nim zawładną?

Do niedawna czekali na mistrza świata i raczej nie oczekiwano, że będą takiego mieli w najbliższych latach. Tymczasem tytuł Wu Yize, który ten wywalczył w poniedziałek, to już drugie z rzędu mistrzostwo świata w snookerze dla Chin. Państwo Środka podbija grę przy stole i świadczą o tym również liczby. Jak to się stało, że wybitnie brytyjski sport przyjął się właśnie na Dalekim Wschodzie? I czy Chińczycy nim zawładną?

Reklama

Snooker i Chiny. Jak Państwo Środka pokochało grę przy stole?

Dwóch mistrzów

Wu Yize grał genialnie. Trzeba mu to oddać. Niespełna 23-letni Chińczyk przeszedł przez turniej w genialnym stylu, choć i z odrobiną szczęścia – bo w półfinale Mark Allen miał już czarną bilę na wygranie… i spudłował. Nie dźwignął presji, którą potem wytrzymał Wu, grający tak daleko w Crucible Theatre po raz pierwszy w życiu. W finale też pod presją spisywał się genialnie – co prawda w 34. frejmie sam spudłował czarną, ale w 35., decydującym skonstruował genialnego breaka.

I wygrał, został mistrzem świata.

Moja mama przez długi czas miała problemy zdrowotne – mówił potem mediom. – Gdy mieszkałem w Sheffield, często była w szpitalu. Jest dla mnie na zawsze źródłem siły. Dziś czuje się dużo lepiej. To drugi raz, gdy odwiedziła mnie w Wielkiej Brytanii, myślę, że w przyszłości częściej będę ją mieć blisko siebie. Poświęciła dla mnie wszystko. Powtarzała mi: „nie wracaj do domu, ja zniosę wszystko”.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: NIESAMOWITY FINAŁ MŚ W SNOOKERZE. JEST NOWY MISTRZ!

Ona jest zdrowa, on jest mistrzem świata. Wszystko w tej rodzinie genialnie się ułożyło. Choć sukces Yu przyszedł po części z zaskoczenia. Nie to, że nie miał potencjału na takie sukcesy – swoje w tourze osiągnął, zaliczył kilka świetnych wyników – po prostu stało się to o kilka lat wcześniej, niż można było przypuszczać. Nic dziwnego, że w Chinach jego wynik wzbudził wielką radość.

Cieszyli się fani, gratulowali mu lokalni politycy i inni zawodnicy. W tym Ding Junhui, o którym tu jeszcze sporo przeczytacie, ale też Zhao Xintong. – To właśnie chiński snooker. Gratulacje, Wu Yize – napisał ten ostatni. Mogła mu się podobać gra Wu Yize, ofensywna, a przy tym mimo wszystko – w pewien sposób – wyważona, ze świetną selekcją uderzeń.

Xintong w podobny sposób – choć nieco mniej efektowny – wygrał tytuł rok wcześniej.

Reklama

To on został pierwszym reprezentantem Chin, który zdobył mistrzostwo świata w snookerze. Też grał genialnie, też imponował. W tym sezonie dopisał do tego kilka kolejnych sukcesów. I napędził tę snookerową chińską maszynę jeszcze bardziej. Finał mistrzostw z jego udziałem oglądało w Chinach ponoć ponad 150 milionów osób – dwa razy więcej, niż wynosi populacja Wielkiej Brytanii.

Chiny są już oficjalnie krajem, którego co najmniej jedna dziesiąta populacji w jakimś stopniu interesuje się snookerem.

A zaczęło się to wszystko od jednego gościa.

Reklama

Pionier

Cofnąć w czasie wypada się do lat 90. i nie Chin, a Tajlandii. To bowiem wtedy James Wattana, reprezentant tego drugiego kraju, dwukrotnie grał w półfinale mistrzostw świata. Wattana był w Azji absolutnym pionierem, to jego śladem szli kolejni zawodnicy z tego kontynentu. Przede wszystkim jednak – Światowy Związek Profesjonalnego Bilarda i Snookera zauważył azjatycki potencjał. I na fali sukcesów Wattany otworzył w Bangkoku akademię.

To był 2001 rok. Jeden z pierwszych uczniów tejże akademii zwał się Ding Junhui.

Ding to pionier, ale chiński. Talent syna zauważył ojciec, po czym… wyciągnął go ze szkoły, żeby ten mógł skoncentrować się na graniu w snookera. W 2001 roku Ding trafił do Tajlandii. A potem – gdy faktycznie było widać, że ma talent – wyjechał do Sheffield. Nie znał języka, był ledwie nastolatkiem. Ale opłaciło się. W wieku 18 lat Ding wygrał China Open. Zaczęło się od kwalifikacji – wygrał tam z Markiem Davisem.

A potem w genialnym stylu poszedł po swoje. Wygrywał kolejno:

Reklama
  • 5:0 z Peterem Ebdonem (mistrzem świata z 2002 roku);
  • 5:4 ze Stuartem Binghamem;
  • 5:2 z Marco Fu (innym pionierem azjatyckiego snookera, reprezentantem Hongkongu);
  • 6:0 z Kenem Dohertym (mistrzem świata z 1997 roku);
  • 9:5 ze Stephenem Hendrym (siedmiokrotnym mistrzem świata).

To był przełom. Chińczycy nagle oszaleli na punkcie gry przy stole. – Uwierzyli, że to sport, w którym mogą wygrywać – mówił Django Fung, menadżer wielu z czołowych zawodników, zwłaszcza chińskich. Ding stał się symbolem, był pierwszym wielkim snookerzystą z Chin i do dziś jest w światowej czołówce. Gdy w kolejnym sezonie triumfował też w UK Championship, szał na niego jeszcze się powiększył.

A wraz z Dingiem – szał na snookera. Z czasem pojawili się kolejni gracze, pukający powoli do szerokiej światowej czołówki. Sam Ding nigdy nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. To znaczy – historycznie patrząc jest jednym z najlepszych graczy… bez mistrzostwa świata. Bo właśnie tego mu zabrakło, choć grał raz w finale, ale tam pokonał go Mark Selby. Jego wielkie mecze oglądało ponad sto milionów osób.

Przede wszystkim jednak – poruszył kamyczek (a może i potężny głaz), który wywołał lawinę.

Reklama

W Chinach – w których wcześniej grała garstka ludzi – nagle zaczęto budować hale do snookera, kupować stoły, a w akademiach zjawiały się setki, nawet tysiące ludzi.

W Chinach każde wydarzenie sportowe na wysokim poziomie, które jest transmitowane przez telewizję, przyciąga dużą widownię. Kiedy chiński sportowiec osiąga sukces, zwłaszcza w dyscyplinie zdominowanej przez białych graczy, budzi to narodową dumę. Gdyby nie obecność Dinga na ekranach telewizorów i jego sukcesy, snooker nie byłby w Chinach tak popularny – mówił Tai Chengzhe, fotograf i dziennikarz World Snooker Tour na łamach „Daily Express”.

Zasługą Dinga jest więc to, że Chiny stają się snookerową potęgą. Choć kilka lat temu wydawało się, że ten rozwój przyhamuje.

Skandal ich nie zatrzymał. Liczby nie kłamią

W 2022 roku wybuchła bowiem wielka afera związana z ustawianiem meczów. Zatrzymano dziesięciu chińskich graczy. Dwóch dostało potem dożywotnie bany na grę w turniejach pod egidą WST. Kilku zaliczyło większe lub mniejsze zawieszenia. W tym późniejszy mistrz świata, Zhao Xintong. Nie udowodniono mu ustawiania meczów, jedynie ich obstawianie, zresztą w imieniu kolegów.

Reklama

Karę odpokutował, wrócił, no i – jeszcze jako amator, zanim dorobił się na powrót statusu profesjonalisty – został mistrzem świata. Jednak z powodu tej historii chińskie władze niekoniecznie fetowały sukces Zhao. Ten Wu Yize jest inny, bo nie ciągnie się za młodym Chińczykiem żadna podobna afera.

Jeśli jednak ktoś spodziewał się, że taki skandal Chiny zatrzyma, to grubo się pomylił.

Już dekadę temu w Chinach wedle różnych szacunków w snookera grało więcej osób, niż… na całym świecie poza tym krajem. W 2018 roku Chińczycy stali się drugą siłę w profesjonalnym tourze, ulegając jedynie ojczyźnie snookera, czyli Anglii. A przecież gdy Ding zaczynał grać, był jedynym profesjonalistą z Państwa Środka, nie miał w tourze żadnego krajana. W całej Azji fanów snookera liczy się już w setkach milionów.

Fakt, że kilku zawodników zawieszono, właściwie niczego nie zmienił. Chiny dziś to ojczyzna wielu czołowych graczy, ważny rynek dla WST, a także miejsce rozgrywania turniejów, które na ogół wypełniają trybuny w całości. 20 lat temu, gdy Ding dopiero odnosił pierwsze sukcesy, nikt nie mógł przewidzieć takiego wzrostu.

Reklama

Dziś wiele osób obawia się, że Chiny za niedługo staną się potęgą taką, jaką są w tenisie stołowym. Już teraz zresztą odskakują każdemu innemu krajowi – poza Anglią, rzecz jasna. Mają bowiem:

  • 6 turniejów (z czego 2 nierankingowe), a do tego jeden tuż obok, w Hongkongu;
  • 27 graczy w tourze w sezonie 2025/26 (na 128 ogółem);
  • 17 z tych graczy zajęło miejsca w górnej połowie rankingu;
  • 2 znalazło się w TOP 10 na koniec sezonu.

Chińczycy wygrali w tym roku w dodatku 8 turniejów z 25 rozegranych – czyli tak naprawdę 1/3. Do tego gościli jeszcze w trzech innych finałach. W meczach o tytuły grało sześciu zawodników z tego kraju: Zhao Xintong, Xiao Guodong, Wu Yize (ta trójka wygrywała) oraz Zhou Yuelong, Chang Bingyu i Zhang Anda, którzy tytułów w minionym sezonie nie zdobyli.

Xiao Guodong

Trzeci, obok Zhao Xintonga i Wu Yize, Chińczyk, który w tym sezonie wygrywał profesjonalne turnieje, czyli Xiao Guodong. Fot. Newspix

Reklama

W dodatku gdyby wziąć pod uwagę 10 zawodników z Chin, którzy są w TOP 32 światowego rankingu i ich wiek (rocznikowy) to średnio mają 29 lat. We współczesnym snookerze taki gracz to młodzieniaszek. Zresztą największy weteran z tego chińskiego grona – Ding – nie ma na karku nawet czterdziestki.

Przyszłość to Chiny, a reszta świata może za niedługo boleśnie się o tym przekonać.

Dominacja?

Myślę, że Chiny wykonały dobrą pracę w wychowywaniu młodych zawodników w ostatnich latach. Gdy sam zaczynałem grać, w Anglii było sporo szans, turniejów i osób, od których można się było uczyć. Teraz wygląda to inaczej. W Chinach sobie to uświadomili i zadbali o to, by młodzi gracze byli zaangażowani w środowisko, w którym mogą się uczyć i stawać lepszymi – mówił kilka lat temu Ronnie O’Sullivan.

Opowiadał też, że lubi chińskie turnieje, że świetnie się gra przed tamtejszymi fanami. Dla nas jednak najważniejszy jest ten powyższy cytat – bo O’Sa zauważał, że Chiny tworzą w snookerze prawdziwy system. Może jeszcze nie centralny, raczej zależny od poszczególnych osób, opcjonalnie miast czy „okręgów”, ale dość zgodny w swoich założeniach.

Reklama

Zaczyna się w akademiach, a czasem nawet w szkołach. Bo wiele placówek oświatowych włącza coraz częściej snooker do programu nauczania. Akademie zwykle są prywatne. W samym Szanghaju istnieje ich kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset, ale klubów ze stołami to już tysiące. Wiele z nich otwartych 24 godziny na dobę i przez większość czasu jest pełno. Jeśli ktoś chce pograć – zawsze znajdzie miejsce. Większość chińskich metropolii ma podobnie.

Snooker staje się sportem, w którym Chiny rozkochują się nie tylko na poziomie oglądania, ale i grania. Niektórzy grają, bo postrzegają snookera jako szansę na karierę. Inni – bo po prostu lubią. Wielu przyznaje, że to sport gdzieś w swoim założeniu bardzo „chiński” – bo indywidualny, bo liczą się godziny spędzone na treningach i techniczna precyzja, ale i strona mentalna – nawet jeśli pochodzi z Wielkiej Brytanii. Zresztą do tej Wielkiej Brytanii ostatecznie najlepsi gracze jadą, bo po prostu w świecie snookera opłaca się być właśnie tam, a już w ogóle najlepiej – w Sheffield.

Swoją akademię zresztą otworzył tam jakiś czas temu Ding Junhui i wielu z chińskich zawodników, co oczywiste, trenuje właśnie w niej.

Naturalna ścieżka rozwoju dla zdolnego dzieciaka w Chinach w tej chwili może więc wyglądać tak:

Reklama
  1. Próby gry w szkole albo gdzieś w swoim otoczeniu.
  2. Złapanie bakcyla, chodzenie do klubu, by grać po swojemu.
  3. Zauważenie talentu, przeskok do akademii i faktycznych treningów.
  4. Przebijanie się, które, jeśli się uda, to:
  5. Wyjazd do Wielkiej Brytanii, wynajęcie lokum i treningi na miejscu.

A potem? Być może wielkie sukcesy. Może nie. Niemniej z pewnością dokładanie się do chińskich rekordów – na przykład takiego, że w tym roku w Crucible Theatre (gdzie gra 32 zawodników), była rekordowa liczba Chińczyków – 11. Więcej tylko Anglików (13), a inne nacje właściwie nie miały podjazdu – grali jeszcze Walijczycy (3) i po jednym Szkocie, Północnym Irlandczyku, Australijczyku, Irańczyku i Polaku.

Minęło nieco ponad 20 lat od pierwszych sukcesów Dinga. Chińczycy już stali się drugą siłą sportu, w których na starcie tego stulecia w ogóle ich nie było. Shaun Murphy – ten sam, który przegrał w finale tegorocznych mistrzostw świata – mówił już w 2017 roku, że wszyscy spoza Chin grają „na pożyczonym czasie”, a reprezentanci Państwa Środka za niedługo zdominują ten sport.

Reklama

Tyle że snooker równocześnie tego potrzebuje. Eksperyment z Arabią Saudyjską nie wypalił, inne kraje nie palą się aż tak do wykładania dużych sum na organizację turniejów czy sponsoring. Poza Wyspami Brytyjskimi to właśnie na Dalekim Wschodzie tkwi największy potencjał dla tego sportu. A może i kto wie – uda się „sprzedać” tę rywalizację Anglii, Chin i „reszty świata”? Może okaże się dobra dla sportu?

CZYTAJ TEŻ: ARABIA SAUDYJSKA ZMIENIA STRATEGIĘ. MNIEJ PRZEPALANIA PIENIĘDZY NA SPORT

A może wręcz przeciwnie. Pewne jest jedno – Chińczycy nie zwolnią. Mają wielki potencjał ludnościowy, uwielbiają snookera, a do tego zaczęli odnosić wielkie sukcesy, które tylko to wszystko dodatkowo napędzą. Jason Ferguson, szef WPBSA, mówił rok temu chińskim mediom:

Chiny rozwinęły swoją własną historię tego sportu. To już nie dyscyplina skoncentrowana wokół Zjednoczonego Królestwa, nie liczą się tylko tamtejsi zawodnicy. I my wiele nauczyliśmy się w Chinach co do tego, jak rozwijać snookera, teraz przekładamy to na inne kraje i pomagamy też rozwijać się im.

Reklama

Żaden inny kraj nie będzie jednak w stanie Chinom dorównać. Nadzieja raczej w tym, że trafią się po prostu gracze na tyle utalentowani, by rzucić wyzwanie tym ze Wschodu. Tym bardziej, że ci najlepsi w „starym świecie” snookera, to najczęściej osoby, którym bliżej niż dalej do końca kariery.

Innymi słowy: zapowiada się dominacja. Chińska dominacja.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Reklama

Czytaj też:

9 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama