Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Olimpijskie medale plus wielkie skandale – poznajcie historię koreańskiego short tracku

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

08 lutego 2022, 18:39 • 16 min czytania 11 komentarzy

Odkąd short track zadebiutował na zimowych igrzyskach olimpijskich, Korea Południowa niezmiennie rozdaje w nim karty. Od 1992 do 2018 roku jej reprezentanci zdobyli 48 medali, z czego połowa była złota. Kolejne ekipy w klasyfikacji medalowej wszech czasów zdobyły w tym okresie odpowiednio 10 (Chiny), 9 (Kanada) i 4 (USA) złote medale. Razem 23. O jeden mniej od Korei.

Olimpijskie medale plus wielkie skandale – poznajcie historię koreańskiego short tracku

Nic dziwnego, że dla koreańskich kibiców short track to wielkie nadzieje i źródło ogromnej dumy. Czasem idącej nawet za daleko, bo zdarzało się, że gdy ich faworyci przegrywali, rywale otrzymywali… groźby śmierci. Jednak to nie takie zachowania stały się źródłem największego skandalu w świecie short tracku. Tuż przed igrzyskami w Pjongczangu wybuchła bowiem afera związana ze znęcaniem się, prześladowaniem, a nawet przestępstwami seksualnymi, których dopuszczać miał się jeden z trenerów. A potem wyszło na jaw, że i inni.

Wielka duma Korei okazała się pełna brudów. I nadal nie została w nich w pełni oczyszczona.

Jak narodziła się potęga?

Do 1992 roku Korea Południowa nie zdobyła ani jednego medalu zimowych igrzysk olimpijskich. Od tamtego czasu – w 26 lat, bo licząc do igrzysk w Pjongczangu włącznie – zgarnęła ich 70. Skąd tak nagła przemiana kraju, który wcześniej nie słynął z zimowych sukcesów? To proste – w 1992 na zimowych igrzyskach pojawił się short track.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Z 31 złotych krążków, które reprezentanci Korei Południowej wywalczyli we wspomnianym okresie, tylko jeden zdobyli poza lodowiskiem – i to dopiero u siebie, cztery lata temu. Do historii przeszedł wówczas Yun Sung-bin, który najlepszy okazał się w skeletonie. Pozostałe krążki? Jeden pochodzi z 2010 roku i został zdobyty przez Kim Yu-na, która wygrała rywalizację solistek w łyżwiarstwie figurowym. Pięć to zasługa łyżwiarstwa szybkiego. Pozostałe 24 dla Korei zdobyli łyżwiarze z krótkiego toru.

Innymi słowy: ponad trzy czwarte złotych medali Korei to zasługa jednej dyscypliny. I ponad dwie trzecie krążków o jakimkolwiek kolorze. Gdy igrzyska odbywały się na ich terenie, fani wypełniali trybuny lodowiska w pełni nawet na kwalifikacje. Na każdych kolejnych zawodach pojawiało się 12000 osób i oczekiwało tylko jednego – złota. Bo historia mówiła, że Koreańczycy naprawdę lubią je zdobywać.

Korea zimą żyje bowiem short trackiem. Taka dominacja i pojawienie się kolejnych pokoleń znakomitych zawodników oraz zawodniczek nie może być jednak przypadkiem. Skąd się wzięła?

Zaczęło się w latach 80. Short track do Korei sprowadzili wtedy Japończycy. To tamtejszy uniwersytecki zespół zorganizował pokazowe zawody w Seulu. Trzy lata później odbyły się już igrzyska azjatyckie, na których ścigano się na krótkim torze. A po kolejnych trzech latach short track był dyscypliną pokazową na igrzyskach olimpijskich w Calgary.

Koreański rząd stwierdził wówczas, że to znakomita okazja by zainwestować w nowy sport, który może przynieść historyczne, bo pierwsze, medale dla ich kraju. Otworzono programy związane z łyżwiarstwem na niemal każdym lodowisku w kraju (a wiele kolejnych szybko wybudowano), sponsorowane zespoły założono w szkołach średnich i na uniwersytetach. W kilka lat Korea była gotowa do podboju nowej olimpijskiej dyscypliny.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Włożone środki spłaciły się natychmiast – już w Albertville Kim Ki-hoon wygrał rywalizację na 1000 metrów, przywożąc do kraju złoto i zostając narodowym bohaterem. Dwa lata później złotych medali było już pięć. Narodziła się potęga, która do dziś nie oddała swojego miejsca na szczycie.

I pewnie długo nie odda. Bo z sukcesami już tak to jest – jeden przyciąga kolejne. Koreańczycy znakomicie potrafili zachęcić młodsze pokolenia, wychowane na sukcesach starszych kolegów, do short tracku. Poprawiali infrastrukturę, dbali o szkolenie trenerów, wysyłając ich wraz z zawodnikami na obozy przygotowawcze do Europy, by mogli trenować w najlepszych warunkach i przy najlepszych fachowcach. Wkrótce sami mieli i jedno, i drugie.

Koreańscy trenerzy zresztą zaczęli wyjeżdżać – w XXI wieku zaczęto po nich sięgać na całym świecie. Korea w dwie dekady przeszła od miana zimowego kopciuszka, do statusu jednej z potęg, choć – podobnie jak Holendrzy w panczenach – opierali się głównie na jednej dyscyplinie. Nie zmieniało to jednak faktu, że z każdych igrzysk wracali z co najmniej kilkoma złotymi medalami. W międzyczasie pojawiły się też rywalizacje, tylko nakręcające zainteresowanie sportem – Koreańczycy walczyli z Chińczykami, Amerykanami czy Kanadą.

To wszystko nie tłumaczy jednak całości sukcesu – bo potrzebny był przecież odpowiedni materiał ludzki. Ale w Korei taki się znalazł. Zresztą wielu sugeruje, że sukces tego kraju w short tracku wynika z… budowy Koreańczyków. Mieszkańcy tego kraju są stosunkowo niewysocy i dużo bardziej zwrotni, z odpowiednio ustawionym do ścigania na lodzie środkiem ciężkości. Inni eksperci mówią, że owszem, to mogło mieć wpływ, ale ważniejsze było podejście zawodników – w Korei ludzie nauczeni są, że droga do sukcesu wiedzie wyłącznie przez ciężką pracę.

Więc zawodnicy pracowali. Po tysiąc razy wychodzili na lodowisko, dbali o każdy najdrobniejszy element. Trenowali nie tylko po to, by wygrywać, ale by osiągnąć perfekcję. Tym bardziej, że były ich dziesiątki, a potem nawet setki – nie bez powodu mówi się, że w Korei trudniej jest dostać się do kadry na igrzyska, niż potem stanąć na olimpijskim podium. Za ten cały trud jest jednak potem nagroda – short trackowcy świetnie zarabiają, są znani w całym kraju, porównuje się ich nawet do największych gwiazd muzyki.

Koreańczycy są bardzo patriotyczni, śledzą z uwagą na przykład swoją piłkarską reprezentację – mówił Adrian Leijer, australijski piłkarz, który w latach 2016-18 grał w koreańskiej lidze. – Zimą oglądają jednak short track. Wszyscy koledzy z zespołu ekscytowali się, gdy startowali Koreańczycy. Mają wielką historię w tym sporcie. Kiedy pytałem ich, w czym Korea jest dobra, odpowiadali, że właśnie w short tracku. Wszystkie dzieciaki w kraju oglądają igrzyska, część z nich pewnie dorośnie i tam wystartuje. Najlepsi łyżwiarze to w tym kraju legendy.

Korea po prostu kocha short track za sukcesy, jakie ten jej dał. Momentami jest to jednak miłość toksyczna.

Porażka wyzwala złość

To był rok 2002, igrzyska w Salt Lake City, wyścig na 1500 metrów. Koreańczyk Kim Dong-sung przekroczył linię mety na pierwszym miejscu, za jego plecami zameldował się na niej Anton Ohno, reprezentant gospodarzy. To jednak na szyi tego drugiego zawisło złoto, pierwszy nie wszedł nawet na podium – sędziowie uznali bowiem, że nielegalnie zajechał drogę rywalowi, a co za tym idzie, zdyskwalifikowali go. Kim rzucił tylko flagę, którą zdążył otrzymać z trybun i zszedł z lodowiska.

Minęło ledwie kilka minut, a skrzynka mailowa Olimpijskiego Komitetu Stanów Zjednoczonych była zapchana wiadomościami z Korei Południowej. Ich treści możecie się domyślić. Było ich tak wiele, że serwery nie wytrzymały i poczta przez dziewięć godzin była nieaktywna. Grożono też australijskiemu sędziemu, Jimowi Hewishowi, który podjął decyzję o dyskwalifikacji. Ba, pojawiły się nawet pogróżki, że pod australijską ambasadę w Seulu zostanie podłożona bomba.

Do tego ostatecznie nie doszło, a Koreańczycy – choć ostrzegali, że mogą tego nie zrobić – pojawili się na ceremonii zamknięcia całej imprezy. Z czasem uspokoili się też fani, co nie znaczy, że na temat całej sytuacji zmienili zdanie. Wręcz przeciwnie.

Po jakimś czasie przeprowadzono w Korei badanie najbardziej znienawidzonych w społeczeństwie osób. Ohno był drugi, w czym nie pomagało mu na pewno to, że miał japońskie korzenie (w pamięci koreańskiego społeczeństwa nadal żywa była japońska okupacja z lat 1910-1945). Amerykanin w sondażu przegrał tylko z… Osamą bin Ladenem. Hitem sprzedażowym stał się ponoć wówczas papier toaletowy z wizerunkiem Antona.

Koreańczycy pokazali wtedy swoją drugą, brzydszą twarz. Na tyle niepokojącą, że Amerykanie wycofali się z Pucharu Świata, który odbywał się w Korei, w obawie o bezpieczeństwo swoich zawodników. Pojawili się tam dopiero w 2005 roku, a ich reprezentacji pilnowała setka policjantów. Do incydentów nie doszło. Choć Koreańczycy na pewno nadal o wszystkim pamiętali.

Kilka miesięcy po tamtych zimowych igrzyskach, to właśnie na koreańskich boiskach odbywały się niektóre mecze piłkarskich mistrzostw świata. Traf chciał, że gospodarze grali w jednym z nich ze Stanami Zjednoczonymi (zresztą w polskiej grupie). Do historii przeszła wtedy jedna sytuacja. Gdy Ahn Jung-hwan strzelił gola na 1:1, podbiegł do chorągiewki i zaczął naśladować ruchy znane z łyżew, odwołując się do sytuacji z Salt Lake City.

Korea mu tego nie zapomniała. Gdy w 2018 roku odpalano znicz olimpijski, w sztafecie z pochodnią biegło wielu uznanych olimpijczyków. Ale znicz odpalił właśnie Jung-hwan. Za tę jedną bramkę i jedną cieszynkę.

Tamta sytuacja dobrze obrazuje, jak wielka już od dawna jest w Korei presja oczekiwań. Fani doceniają co prawda większość swoich reprezentantów, ale pragną przede wszystkim medali. Gdy tych nie dostają, bywają wściekli i nie wahają się tego pokazać. Zaprezentowali to też w Pjongczangu. Znów z tego samego powodu – sędziowie zdyskwalifikowali Choi Min-jeong w wyścigu na 500 metrów. Jej kosztem na podium wskoczyła Kim Boutin z Kanady.

Skrzynki Kim w social mediach też niemal natychmiast wypełniły się wiadomościami. „Jeśli cię znajdę, zginiesz” mówiła jedna. „Skończ karierę. Mam nadzieję, że będziesz miała trudne życie” można było przeczytać w innej. A były ich setki, może nawet tysiące. Jasne, nie wszyscy fani popierali takie słowa. Ale wielu wysyłało to z powodu poczucia urażonej dumy i złości. Gdy Boutin wychodziła na lód w kolejnych dniach, witało ją buczenie, bała się o własne bezpieczeństwo. Po pierwszym takim wyjściu popłakała się.

Dużo kosztowało mnie to, by się z tym zmierzyć. Ale kiedy to zrobiłam, pomogło mi to poradzić sobie z całym stresem i niepokojem – mówiła. Koreańscy fani sprawili jednak, że bała się robić to, co kocha. Byli nastawieni na sukces, który – ich zdaniem – to właśnie Boutin im odebrała, doprowadzając do dyskwalifikacji Choi. Po raz kolejny pokazali swoje mroczne oblicze.

Mroczne, bo mają też zupełnie inne – wielu zawodników mówi, że w Korei jeździ się najlepiej, bo po prostu fani są najbardziej w to wszystko zaangażowani. Ich doping niesie, nawet gdy startuje się przeciwko Koreańczykom. To zresztą też motywuje – w końcu właśnie oni są najlepsi, a najlepszych chce się pokonywać.

Paradoks polega jednak na tym, że w pewnym sensie przez swoje sukcesy, wypracowane metody treningowe i wielkie oczekiwania, Koreańczycy sami zapędzili się w sytuację, w której wiele złego kryło się pod powierzchnią ich ukochanych łyżew – zarówno tych na torze krótkim, jak i długim.

I w końcu nad tę powierzchnię wypłynęło.

Shim ma dość

Shim Suk-hee była utalentowaną zawodniczką, która na koncie już w 2018 roku miała mnóstwo sukcesów – trzy medale olimpijskie (kolejny dołożyła w Pjongczangu), osiem tytułów mistrzyni świata i wiele innych. Od kilku lat była jedną z największych gwiazd koreańskiego łyżwiarstwa, bo fani zawsze mogli liczyć na to, że przywiezie im do kraju medale wielkich imprez.

Niedługo przed koreańskimi igrzyskami ujawniła jednak coś strasznego – jej trener miał się nad nią znęcać i molestować seksualnie.

Sama przyznawała potem, że przez wiele lat siedziała cicho, bo bała się, jak ujawnienie prawdy wpłynie na jej karierę. Drżała na myśl o tym, że mogłaby przez to zostać wykluczona z reprezentacji. W 2018 roku doszło jednak do sytuacji, która przelała czarę goryczy – gdy Cho Jae-beom, trener kadry narodowej w short tracku, uderzył ją w twarz. Choć nie był to pierwszy raz, to Shim zdecydowała, że dłużej nie może tego tolerować.

I wyznała całą prawdę. Mówiła o tym, jak trenerzy bili ją, od kiedy tylko skończyła siedem lat. Rękami lub tym, co było w ich pobliżu – nawet kijem do hokeja. – Trener kopał i uderzał mnie wiele razy, głównie w głowę. Pomyślałam: „chyba tu umrę” – opowiadała dziennikarzom. A z czasem, gdy poczuła, że jest historia jest wysłuchiwana, powiedziała jeszcze więcej – że nie chodziło tylko o bicie. Trener miał wykorzystywać ją seksualnie i to już w okresie, gdy była jeszcze nieletnia i później, przez kolejnych kilka lat.

Shim Suk-Hee

Jae-beom natychmiast został zatrzymany. A w czasie gdy toczył się proces, w którym oskarżycielką była Shim, już siedział w areszcie, skazany na dziesięć miesięcy więzienia za podobne przestępstwa, których dopuścił się wobec innych zawodniczek. Co ciekawe – tuż po wybuchu afery i odseparowaniu go od kadry, pojechał do Chin, gdzie… została zaoferowana mu praca trenera. Wrócił jednak na proces, przyznał się do bicia podopiecznych, oskarżenia na tle seksualnym odrzucał, twierdząc, że żadnego z takich przestępstw nie popełnił. Te pierwsze wystarczyły jednak, by wlepić mu dziesięć lat odsiadki.

Jeszcze zanim zapadł ostateczny wyrok, w koreańskim Internecie pojawiła się petycja, by wymierzyć byłemu już trenerowi surową karę. W kilka dni podpisało ją niemal 250 tysięcy osób. Społeczeństwo było oburzone sytuacją w ich ukochanym sporcie. Dla wielu był to szok.

Szybko mieli się przekonać, że to tylko wierzchołek góry lodowej.

Koniec milczenia

Mam nadzieję, że decyzja sądu w jakiś sposób pomoże ofiarom z naszego społeczeństwa w tym, by odnalazły swój głos. Wierzę, że podobne przypadki nie będą miały miejsca w przyszłości – pisała Shim Suk-hee w oświadczeniu po całej sprawie. W Korei wiele osób podzielało jej zdanie, twierdząc, że to może być punkt zwrotny. Podkreślano jednak jeszcze jedną ważną rzecz – gdyby nie status mistrzyni olimpijskiej, który miała Shim, cała sprawa mogłaby być zamieciona pod dywan.

Jej przykład i procesowe zwycięstwo ośmieliły innych. Pojawiło się stowarzyszenie pod nazwą „Solidarity for Young Skaters”, które publicznie wysunęło zarzuty wobec kolejnych trenerów, w tym Jun Myung-kyu, byłego trenera kadry narodowej, a w tamtym okresie wiceprezesa Koreańskiej Unii Łyżwiarskiej. W Narodowej Komisji Praw Człowieka w Korei szybko powołano jednostkę, która miała zająć się problemem łamania tychże praw w sporcie.

W procesie treningowym usprawiedliwiano przemoc, chcąc dzięki niej zdobyć medale. Ofiary nie mogły z tym walczyć, a zamknięta struktura sportowego środowiska zniechęcała ich do ujawniania takich sytuacji – mówiła Choi Young-Ae, przewodnicząca komisji. W Korei w kolejnych miesiącach problem potraktowano naprawdę poważnie, rozmawiając z dziesiątkami tysięcy osób i próbując odszukać kolejne przypadki przemocowych zachowań.

Znaleziono je.

Ofiary zaczęły przemawiać. Nie tylko w łyżwiarstwie. Szybko o tym, czego doznały, zaczęły mówić przedstawicielki innych dyscyplin – choćby judo, taekwondo czy zapasów. Koreański sport okazał się oparty na przemocy i to od samych podstaw, czyli sportu dzieci. – Fizyczne i seksualne znęcanie się w sportowym środowisku było powtarzające się, nie incydentalne. Przemoc jest usprawiedliwiana w kulturze nastawionej na wynik – dodawała Young-Ae.

Koreańczycy za wszelką cenę chcieli dojść do perfekcji. Nawet kosztem naruszenia czyichś praw. Taki system usprawiedliwiano, bo trwał od wielu lat. Pokolenie nowych trenerów, którzy wcześniej byli zawodnikami, samo doznało takiego traktowania. Nikt nic o tym nie mówił, a nawet gdy jakaś sprawa się pojawiała, szybko ją zamykano, uciszając ofiary, których nikt nie chciał słuchać. Jak mówiono – gdyby nie to, że pojawiła się Shim, prawdopodobnie nic by się nie zmieniło.

Zresztą, co podkreślają Koreańczycy, wielkich zmian i tak nie było. Owszem, wprowadzono programy, mające edukować młodych sportowców na temat tego, co jest niedozwolonym przekroczeniem ich fizycznych czy psychicznych granic. Owszem, pojawiło się nawet zupełnie nowe prawo, mające skuteczniej bronić ofiar. W sporcie zostało jednak wielu ludzi, którzy jeszcze przed ujawnieniem afery piastowali wysokie stanowiska. A wiele ofiar mówiło – to niemożliwe, by o niczym nie wiedzieli.

Zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest to, że zdawali sobie sprawę z nadużyć. Ale ignorowali je, bo przynosiły wyniki. Zwłaszcza w short tracku. – Nadużycia seksualne w łyżwiarskim środowisku były częste. Ich sprawcy nie ponosili jednak konsekwencji, a to dlatego, że trenerzy byli członkami Koreańskiej Unii Łyżwiarskiej i bliskiego otoczenia profesora Jeona Myeong-gyu – mówił prawnik Shim, który prowadził jej sprawę.

Zmieniło się wiele, ale nie wszystko

Shim wystąpiła przeciwko całemu systemowi. I udało jej się. Poruszyła skostniałe środowisko na tyle, że sprawę w oficjalnych oświadczeniach komentowali członkowie rządu, a nawet sam prezydent kraju. Powołano specjalne komisje, przeprowadzono śledztwo, wytoczono dobrze ponad sto spraw o nadużycia. Korea stała się wyczulona na przemocowe zachowania w sporcie.

Jeszcze na igrzyskach w Pjongczangu głośnym echem odbiła się sprawa koreańskiej ekipy panczenistek. Gdy w rywalizacji drużynowej jedna z nich – Noh Seon-yeong – upadła w trakcie wyścigu, jej koleżanki dojechały do mety, zostawiając ją daleko z tyłu, mimo że w wyścigu drużynowym liczy się czas ostatniej z łyżwiarek. Choć tak naprawdę nie chodziło o samo to zachowanie, a o słowa wypowiedziane przez jedną z nich w wywiadzie po rywalizacji, gdy wyraźnie winę za porażkę zrzucono na Noh. Fani uznali, że to niesportowe zachowanie, a reprezentacja powinna trzymać się razem.

Sprawa odbiła się na tyle głośnym echem, że dwie pozostałe panczenistki – Kim Bo-Reum i Ji Woo Park – posądzono o znęcanie się nad koleżanką. Oficjalne organy wszczęły w tej sprawie śledztwo, a w Internecie pojawiła się petycja o to, by wydalić wspomnianą dwójkę z kadry. Ostatecznie wszystkie trzy pojechały w rywalizacji o niższe miejsca (zresztą przeciwko Polkom), a sprawę po kilku miesiącach załagodzono.

W kolejnych latach pojawiały się i inne, drobne afery. Seung-Hoon Lee, mistrz olimpijski w łyżwiarstwie szybkim z Vancouver i Pjongczangu został przed trzema laty oskarżony o znęcanie się nad młodszymi kolegami, w tym ich bicie. Przyznał się do winy, został zawieszony na rok. Inny złoty medalista olimpijski, Hyo Jun Lim, miał problemy, bo… ściągnął koledze spodenki. Spotkał się z zarzutami molestowania, ostatecznie jednak sąd rozstrzygnął, że wszystko odbywało się w koleżeńskiej atmosferze żartu, choć Hyo był przez jakiś czas zawieszony.

Seung Hoon-Lee

Może wydawać się, że to przesadzona reakcja, trzeba jednak pamiętać, że tamtejsze środowisko łyżwiarskie było w środku największej afery w swojej historii, w trakcie której ujawniono dziesiątki ofiar przemocy i molestowania – fizycznego oraz psychicznego. A do tego nieustannie dochodziły wieści z innych sportów. Jak o Choi Suk-hyeon, triathlonistce, która popełniła samobójstwo i miała pozostawić wiadomości dla matki, by ta „ujawniła ich grzechy”. Kim są „oni”, nie sprecyzowała. Pojawiły się sugestie, że to trenerzy zawodniczki, ci jednak zaprzeczyli wszelkim zarzutom. Te wkrótce potwierdziła jednak między innymi zachowująca anonimowość koleżanka Choi, która mówiła mediom, że „trener i kapitan drużyny bili i werbalnie obrażali Suk-hyeon oraz nas”.

Dochodziły też informacje z innych krajów – w Stanach Zjednoczonych kilku koreańskich trenerów oskarżono o znęcanie się nad podopiecznymi. Szkoleniowcy w Wielkiej Brytanii też mieli swoje problemy związane ze sposobem prowadzenia przez nich treningów. Często się temu dziwili, bo… po prostu stosowali metody, jakich ich nauczono i przez jakie sami przeszli w przeszłości. Raz jeszcze koreański system treningowy okazał się przemocowy, choć musiały to wykazać zagraniczne doświadczenia.

Paradoksalnie, zawieszenia dorobiła się… sama Shim Suk-hee. Odsunięto ją od treningów z kadrą z powodu SMS-ów, jakie ujrzały światło dzienne. W czasie igrzysk w Pjongczangu Shim wyśmiewała w nich swoje koleżanki z kadry, ale też sugerowała, że jeśli coś pójdzie nie po jej myśli, może doprowadzić do upadku jednej z nich, by samej zdobyć medal. I tak się zresztą faktycznie stało, choć Suk-hee zaprzeczyła, by zrobiła to umyślnie.

Gdy sprawa całkiem niedawno ujrzała światło dzienne, Shim przeprosiła.

Nie mogłam się kontrolować. Byłam niestabilna psychicznie ze względu na całą sprawę związaną z moim trenerem i jego nadużyciami. Nie potrafiłam kontrolować gniewu w samej sobie, co znalazło odzwierciedlenie w moim agresywnych zachowaniu i niedojrzałej stronie, jaką wtedy pokazywałam – tłumaczyła.

Nie zmieniło to jednak faktu, że sama dołożyła się – choć w niewielkim stopniu – do kultury agresji i przemocy, którą wcześniej dzięki niej ujawniono. To pokazuje jednak, że w koreańskim short tracku jest to problem, który pewnie jeszcze długo będzie powracał.

Podobnie jak sukcesy. Bo mimo wszystko – Korea wciąż jest jednym z wielkich faworytów rywalizacji na krótkim torze, nawet jeśli afery i inne czynniki mocno jej reprezentację osłabiły.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj także: 

Źródła: ABC News, Around The Rings, Associated Press, CBC, China Daily, CNN, ESPN, France24, HaB Korea, Inside The Games, Korea Herald, Los Angeles Times, Nevada Public Radio, New Indian Express, New York Times, Olympics, People’s World, Punch, Reuters, The Globe and Mail, The San Diego Union Tribune, The Straits Times, UPI, WIO News, Xinhua.

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Anglia

David Moyes nie chce przedłużyć kontraktu z West Hamem

wstellmach
0
David Moyes nie chce przedłużyć kontraktu z West Hamem
Niemcy

Leverkusen bije rekord, Mainz traci gola po kuriozalnym błędzie [WIDEO]

wstellmach
1
Leverkusen bije rekord, Mainz traci gola po kuriozalnym błędzie [WIDEO]

Inne sporty

Komentarze

11 komentarzy

Loading...