Matty Cash dostał baty. Po 30 minutach było 0:4, potem rywal się zlitował

Mikołaj Duda

23 sierpnia 2026, 17:15 • 3 min czytania 1

Reklama
Matty Cash dostał baty. Po 30 minutach było 0:4, potem rywal się zlitował

Czy da radę zagrać gorsze pierwsze 45 minut w nowym sezonie ligowym niż zrobiła to drużyna z reprezentantem Polski w składzie? Takie wyzwanie rzuciła ekipa Matty’ego Casha, której wystarczyło zaledwie 30 minut, by stracić cztery gole. Jeden z jego kolegów może się cieszyć, że nie gra w Ekstraklasie. Po takim popisie miejsce w badziewiakach miałby zagwarantowane. Zresztą, raczej nie tylko on.

Reklama

Aston Villa całkiem przyzwoicie zainaugurowała nowy sezon. W starciu o Superpuchar Europy zmierzyła się z PSG i chociaż nie udało jej się wygrać ze znacznie mocniejszym przeciwnikiem, to podjęła równorzędną walkę i do końca grała o odwrócenie wyniku. Przegrała tylko 1:2, a w ataku świetnie pokazał się młody Brian Madjo (choć był nieskuteczny).

W pierwszej kolejce Premier League już tak kolorowo nie było. Ekipa z Mattym Cashem po zaledwie 30 minutach przegrywała 0:4, a dodatkowo niedługo później straciła jednego zawodnika. Zapowiadało się na… siódemkę, ósemkę?

Katastrofalna inauguracja sezonu ligowego drużyny Polaka! Straciła cztery gole w 30 minut

Pierwszego gola Aston Villa w spotkaniu z Brighton straciła już w ósmej minucie. A prawdę mówiąc, przypomina on bramkę z kompilacji najbardziej kuriozalnych zagrań z polskich boisk. To jednak serio nie jest okręgówka, a angielska Premier League (podobno uznawana za elitarną).

Najpierw piłkę prosto pod nogi rywala podał Pau Torres, na jakąś dziwną wycieczkę wybrał się bramkarz Marco Bizot, a gdy wydawało się, że do Aston Villi uśmiechnęło się szczęście po strzale w słupek, to akurat napatoczył się Victor Lindelof, który skutecznie dobił uderzenie rywala. Kibice nieco prześmiewczo usprawiedliwiają Szweda oślepiającym słońcem.

Reklama

Zresztą, ogólnie defensywa ekipy z Villa Park mocno przypominała ostatnie wyczyny szwajcarskiego Thun przy Bułgarskiej w Poznaniu. W przeciwieństwie do ekipy Nielsa Frederiksena Brighton było bardziej wyrozumiałe dla rywala i zadowoliło się czterema golami w pierwszej części gry.

Bramkę zdobył Maxim De Cuyper i dwa razy trafił też Jack Hinshelwood. Co też wyprawiała obrona The Villans?! Przy swoim drugim golu Anglik wykorzystał kolejny juniorski błąd piłkarzy rywala. Dla odmiany piłkę we własnym polu karnym dał sobie zabrać Joao Gomes.

Reklama

Wspomniany Gomes niedługo później wygrał walkę o najgorszego zawodnika meczu. Jeszcze przed końcem pierwszej połowy został ukarany drugim żółtym kartonikiem i mógł udać się do szatni. Właściwie może to i słusznie postąpił. Po co miał się męczyć, skoro kwestia zwycięstwa i tak już została rozstrzygnięta? Warto dodać, że był to jego debiut.

Reklama

Gomesowi pozostaje odpalić sobie highlightsy z debiutu Woodgate’a w Realu Madryt, żeby mógł się pocieszyć, że nie był jedyny z tak „genialnym” startem w nowym teamie.

Matty Cash pozostał na boisku i niestrudzenie dalej walczył o jak najniższy wymiar kary. Z pozytywów: nie wygląda na to, by reprezentant Polski był bezpośrednio winny w stratę którejś z czterech bramek.

Goście się zlitowali, w drugiej połowie mieli jakieś tam okazje, ale się specjalnie nie podniecali, żeby dużo nastrzelać. Ayari miał piłkę na woleju, Vusković uderzał po kornerze, Costinha trafił w słupek. Tak więc Cash z kolegami mogą się cieszyć, że nie dostali szóstki, tylko skończyło się na czwórce.

Reklama

Z mniej optymistycznych informacji dla bocznego obrońcy: w następnej kolejce jego drużyna zmierzy się z mistrzem Anglii, więc łatwiej raczej nie będzie. Być może jednak Unai Emery będzie chciał dać jakiś impuls i następnym razem postawi na Arona Wan-Bissakę.

Fot. Newspix

1 komentarz
Mikołaj Duda

Legenda w rodzinie głosi, że piłka podobno towarzyszyła mu już podczas narodzin. Jego pierwsze wspomnienia sięgają do MŚ w Brazylii w 2014 roku, kiedy jako siedmiolatek z zafascynowaniem oglądał jak przyszły piłkarz Górnika Zabrze sięga po trofeum. 100% na 100% jego uwagi zajmuje polska piłka. Przy trzeciej godzinie monologu o rezerwowym Radomiaka jego słuchacze często tracą cierpliwość. We wtorek i środę zbiera siły przed czwartkowym wieczorem, spędzanym wspólnie z jego ulubioną Ligą Konferencji. Gdy ktoś się go zapyta o piłkarza o imieniu Lamine, to bez zawahania odpowie Diaby-Fadiga

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama