Legendarny angielski trener Neil Warnock odwiedził Polskę i był na meczu Lechii Gdańsk z Rakowem Częstochowa na zaproszenie swojego długoletniego współpracownika Kevina Blackwella, który jest dyrektorem technicznym w trójmiejskim klubie. 78-letni szkoleniowiec zaliczył rekordowe osiem ligowych awansów i poprowadził 16 angielskich klubów w rekordowych 1627 meczach o punkty. Opowiedział nam o specjalnej relacji z Pepem Guardiolą, Arsenem Wengerem, o swoim idolu Brianie Clough i jego labradorze, o Virgilu van Dijku i… Michale Heliku.
Neil Warnock dla Weszło: „Blacky” i ja doskonale się uzupełnialiśmy, obaj mieliśmy to, czego nie miała ta druga osoba
Grzegorz Połubiński: Był pan na meczu Ekstraklasy, w którym Lechia Gdańsk grała z Rakowem Częstochowa. Jak wrażenia?
Neil Warnock: Zdecydowanie największe zrobili na mnie kibice. Ten hałas i pasja to coś, czego brakuje mi w Anglii w ostatnich latach. Kiedyś tak było, ale teraz już nie. Kevin Blackwell opowiadał mi jaka atmosfera panuje na tym stadionie podczas meczów derbowych, to musi być naprawdę coś.
A sam mecz?
No cóż, był emocjonujący, chociaż murawa na pewno nie pomogła widowisku. Nie powiedziałbym, że lepsza drużyna wygrała, ale za to kochamy futbol, że jest nieprzewidywalny. Wziąłbym do swojej drużyny Camilo Menę, ale nie wiem czy mnie stać (śmiech).
Przybył pan do Gdańska na zaproszenie Kevina Blackwella, dyrektora technicznego Lechii Gdańsk, z którym przez wiele lat współpracowaliście.
Ja byłem menedżerem, a Kevin coachem. Przekładając to na europejskie warunki – ja byłem trenerem, a Kevin moim asystentem. Myślę, że „Blacky” i ja doskonale się uzupełnialiśmy, obaj mieliśmy to, czego nie miała ta druga osoba. Kev był zawsze doskonale zorganizowany, a ja potrafiłem zarządzać, jak to się dziś ładnie mówi: zasobami ludzkimi. Gdy spojrzysz na moje CV, to nie ma w nim klubów z najwyższej półki, często prowadziliśmy drużyny na drugim poziomie ligowym i niżej, nie dostawaliśmy piłkarzy za miliony funtów, ale osiem wspólnych awansów nie wzięło się z niczego. Zarządzenie ludźmi, wydobywanie z nich najlepszych cech, to umiem robić najlepiej. I nie chodzi mi wyłącznie o piłkarzy. Gdy przez siedem lat prowadziłem Sheffield United, swój dzień zaczynałem od rozmowy z kitmanem. Sprawdzałem jak się mają dziewczyny, które sprzedawały bilety, sprawiałem że ci pozornie mniej ważni ludzie czuli się istotni.

Neil Warnock i Kevin Blackwell jako trenerzy Middlesbrough
Kto w waszym układzie był dobrym, a kto złym policjantem?
Obydwaj byliśmy źli (śmiech). Mówiąc serio – spieraliśmy się z Kevinem wiele razy, jednak to ja zawsze miałem ostatnie słowo. Gdyby ta współpraca nie była efektywna, dawno byśmy się rozstali, a przecież wciąż mamy kontakt. Moja wizyta w Gdańsku jest tego najlepszym dowodem. Wśród moich długoletnich pracowników był nie tylko Kevin. Mick Jones, Keith Curle, Ronnie Jepson – z nimi również pracowałem przez wiele lat. Jestem zdania, że pressing, stałe fragmenty gry, przygotowanie fizyczne itd. są ważne w piłce nożnej, ale sukces w w 80-90% zależy od zarządzania ludźmi i sfery mentalnej.
Chodzi o rozmowę?
Tak oraz o wyciągnięcie najlepszych cech z zawodników, których posiadasz. Rzadko kiedy moje zespoły były dobre piłkarsko, ale zawsze miałem najlepszą szatnię. To jest recepta na osiem awansów. Musisz mieć chłopaków, którzy skoczą dla ciebie w ogień, którzy będą biegać aż padną ze zmęczenia. Moje drużyny zawsze były dobrze przygotowanie fizycznie, więc to ostatnie im nie groziło.
Nie chcę wypominać wieku, ale mógłby pan już od dawna siedzieć w kapciach i zabawiać wnuki, tymczasem podjął się pan roli doradcy w Torquay United.
W maju 2024 r. jechałem pociągiem, gdy zadzwonił telefon. To byli nowi właściciele Torquay, byli zwykłymi kibicami, nie wiedzieli nic o prowadzeniu klubu. Poprosili mnie o pomoc, a jako że mieszkam niedaleko, zgodziłem się. Poza tym miałem pewien dług do spłacenia.
Pieniężny?
Coś znacznie ważniejszego. Ale po kolei. W 1991 r. wywalczyłem z Notts County awans do First Division, która za rok miała przekształcić się w Premier League. Po awansie odrzuciłem oferty z Chelsea i Sunderlandu, a po czterech latach zostałem znienacka zwolniony z Notts County, po tym wszystkim co dla nich zrobiłem. Słyszałeś kiedyś o Notts County?
Oczywiście, to najstarszy zawodowy klub świata.
Tak i klub, który ma siedzibę dosłownie na brzegu rzeki Trent, naprzeciw stadionu większego z klubów Nottingham, jakim jest Forest. Gdy prowadziłem County, managerem Forest był Brian Clough, który był moim idolem. Pamiętam jak dziś, gdy „Cloughie” przechodził przez środek naszego boiska treningowego ze swym asystentem i ogromnym czarnym labradorem.
Pozwalał pan na to?
Miałem krzyczeć na wielkiego Briana Clougha? Nikt tego nie robił. Czasem przystawał na chwilę na środku boiska i przyglądał się naszym zajęciom. Potem w lidze zremisowaliśmy 1:1 na ich stadionie City Ground. Clough zawołał mnie: „Młody człowieku, nigdy nie sądziłem, że uda ci się to zrobić. Gratuluję”. To był wyjątkowy człowiek, kilka razy zjedliśmy wspólnie lunch. Gdyby nie był tak kontrowersyjny, to zapewne zostałby selekcjonerem reprezentacji Anglii.
Mówił pan o odrzuceniu zalotów Chelsea i Sunderlandu. Żałuje pan?
Niczego na swojej ścieżce nie żałuję. W mojej karierze kierowałem się nosem. Jeśli czegoś nie czuję, wówczas w to nie wchodzę. W ostatnich latach mój telefon najczęściej dzwonił w okolicy lutego-marca. Dzwonią prezesi klubów, które mają kłopoty na 12-14 meczów przed końcem sezonu. „Neil, pomożesz?”.
W Polsce mówimy na takich trenerów: strażacy.
W anglosaskim świecie futbolu funkcjonuje pamięć o człowieku nazwiskiem: Red Adair, to amerykański strażak, specjalizujący się w wielkich pożarach. Jak słyszę, język futbolu jest uniwersalny.
No dobrze, ale co z tym długiem w stosunku do Torquay?
Nagłe zwolnienie z Notts County dało mi mocno po głowie. Byłem lojalny wobec prezesa klubu, dałem im dwa awanse, ale po spadku z powrotem na drugi poziom postanowił mnie zwolnić. Zacząłem się zastanawiać, czy praca managera jest w ogóle dla mnie, czy nie jest zbyt niewdzięczna? I wtedy zadzwonił Kevin Blackwell, który był bramkarzem w Torquay.
Wtedy były jeszcze telefony na korbkę?
Nie minęło dużo czasu od zwolnienia z Notts County, Torquay groziła relegacja z Division Three, czyli wówczas czwartej ligi i opuszczenie Football League. Każdy mi odradzał ten ruch, mówiąc, że chyba oszalałem, że będę miał degradację w CV i już nikt mnie nie zatrudni. Jednak pojechałem z moją żoną Sharon do Torquay i utrzymaliśmy się w lidze, zajmując czwarte miejsce od końca.
Pobyt w Kornwalii przywrócił mi wiarę w ludzi i miłość do futbolu. Miałem zawodników, którzy zarabiali tyle, co nic. I każdy z nich chciał dla mnie umrzeć na boisku. O mój Boże, Torquay… kocham to miejsce. Po 35 latach postanowiłem oddać im przysługę. Po prostu nie mogłem odmówić, musiałem wrócić. Udało nam się wspólnie stworzyć coś fajnego, Torquay gra na szóstym poziomie ligowym, dwie ligi poniżej League Two w Conference South, a mimo to ma średnią widownię na poziomie pięciu tysięcy.
Jeden z polskich trenerów mówił mi kiedyś, że najbardziej żałuje przyjęcia oferty klubu, którego był kibicem. Gdy pracujesz w swoim rodzinnym mieście, nigdy nie masz wolnego, zawsze ktoś w sklepie zaczepia – panie wystaw pan tego na środku obrony itd. Pan przez siedem lat prowadził Sheffield United, klub, któremu pan kibicuje.
W Sheffield niektórzy kibice myśleli, że mogą krzyczeć na mnie głośniej, bo jestem jednym z nich. Jest jeden sposób na uciszenie krytyków, ten co zawsze – dobra gra. Gdy przychodziłem na Bramall Lane, frekwencja oscylowała wokół 8,5 tysiąca widzów, a gdy opuszczałem „Blades” było trzy razie więcej – 25,5 tysiąca kibiców i udało nam się zbudować nowy kompleks treningowy. Tych dwustu śmiałków, którzy na mnie krzyczeli i kazali się wynosić cokolwiek się stało, wciąż tam było, tyle że stanowili o wiele mniejszy procent publiki. Rozumiem jednak o co chodziło temu polskiemu trenerowi, prowadzić zespół w domu jest trudniej niż gdzie indziej.
Jest pan trenerem spełnionym?
Gdy zaczynałem w Gainsborough Trinity, moją ambicją było objąć Sheffield United, potem chciałem być w tabeli wyżej niż Sheffiel Wednesday, potem chciałem poprowadzić mecz na Wembley. Wszystko się udało, więc tak, jestem spełniony.

Neil Warnock świętuje wygranie Championship jako menedżer Queens Park Rangers w sezonie 2010/11.
Czy ma pan jakichś przyjaciół w futbolu?
Moich dwóch najlepszych przyjaciół zmarło niedawno. Jeden był adwokatem, drugi też nie miał nic wspólnego z futbolem. Możesz nazwać się szczęściarzem jeśli przez całe życie będziesz miał dwóch-trzech prawdziwych przyjaciół. Nie wiem jak jest w Polsce, ale w Anglii w piłce nożnej jest mnóstwo układów, niektórzy ci schlebiają, bo chcą coś od ciebie, zwłaszcza jak jesteś menedżerem. Trzeba być czujnym i dbać o prawdziwe relacje.
Neil Warnock: Guardiola i Wenger to najlepsi trenerzy w historii angielskiego futbolu
Mimo że prowadził pan głównie kluby walczące o przetrwanie, koleguje się pan również z osobistościami ze ścisłego topu.
Mówiło się, że Arsene Wenger trzymał się na uboczu, że nie miał wielu znajomych w futbolu, ale ja nigdy nie miałem z nim problemu. Zawsze gdy graliśmy mecz przeciw sobie, zapraszał mnie do swego biura razem z rodziną. I to mimo że jego Arsenalowi zawsze ciężko się grało przeciw moim drużynom. Pewnego razu wygraliśmy 1:0 na Bramall Lane, w tym meczu nasz irlandzki bramkarz Paddy Kenny naciągnął mięsień uda, wykopując piłkę od bramki. Nie miałem na ławce rezerwowego golkipera, więc rękawice założył nasz obrońca Phil Jagielka, który był dobry w tym fachu, obronił kilka strzałów. Arsene narzekał, że graliśmy fizycznie, że faulowaliśmy. Powiedziałem Wengerowi po meczu: „Drogi kolego, wstawiłem nawet obrońcę do bramki, robiłem wszystko żebyście wygrali, ale nie skorzystaliście. Przykro mi, może następnym razem (śmiech)”.
Ma pan również specjalną relację z Pepem Guardiolą.
Tak, on i Wenger to najlepsi trenerzy w historii angielskiego futbolu. Zanim zapytasz: tak, uważam, że są lepsi od Sir Alexa Fergusona. Guardiola jest geniuszem, cały czas myśli o piłce, nawet jak śpi, cały czas pracuje nad nowymi ideami, aby być krok przed konkurencją.
No tak, ale ma ułatwione zadanie – pracuje w klubach ze szczytu, może kupić graczy, jakich tylko sobie wymarzy.
Oczywiście, ale znaleźć właściwych graczy to dopiero sztuka. Ostatnie jego ruchy transferowe to same trafienia w środek tarczy: Rayan Cherki, Gigi Donnarumma, Antoine Semenyo, Marc Guehi.
Sporo do siebie piszemy, on zawsze odpisuje. Będąc na samym szczycie, Pep może czasem czuć się samotny. Myślę, że nie utrzymuje relacji ze mną z czystej kurtuazji, ale też z niej korzysta. Oczywiście, ja nie byłem w Lidze Mistrzów, ale myślę że mierzyłem się z podobnymi wyzwaniami. Kilka miesięcy temu Pep zaprosił mnie na trening i zapytał czy powiem parę słów do zawodników. Ale co ja mogę przekazać piłkarzom, którzy umieją wszystko? Haaland od razu mnie poznał, poprosił o selfie, tak samo Omar Marmoush. Powiedziałem im: „Chłopcy, pewnie się cieszycie, że to nie ja jestem trenerem, ponieważ musielibyście grać długimi przerzutami”. Trochę się pośmialiśmy. Już miałem uciekać do domu, gdy Pep zaprosił mnie na kawę do siebie. Siedliśmy i on mówi: „Teraz rozumiem Neil, jak osiągnąłeś osiem awansów. Dziś wszystko jest policzone i skomputeryzowane, informacji mamy aż za wiele. Tymczasem ty potrafisz rozmawiać z ludźmi i potrafisz ich rozśmieszyć. Humor. To jest to, czego brakuje w dzisiejszej piłce, dziś nikt się nie śmieje. A ty to masz. Dziękuje ci za ten dzień i za tę lekcję”.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Wielu kibiców usypia styl gry Manchesteru City.
Chodzi o wygrywanie, a styl musisz dostosować do grupy z szatni. Nie podoba mi się ten trend w futbolu, że wszyscy chcą grać jak Manchester City, każdy stara się wyprowadzać piłkę od bramki. Nawet w ligach półamatorskich, gdzie umiejętności techniczne są znacznie niższe niż u zawodników Pepa Guardioli. To jak z nauczycielem, trzeba dostosować przekaz do swoich odbiorców, uczniów. To minie, jak wszystko inne. Futbol, muzyka, a nawet moda wracają w określonych cyklach. Przecież teraz dzieciaki noszą poszerzone spodnie, takie same jak ja, gdy byłem młody. To chyba oznacza, że nie jestem dinozaurem (śmiech).
Czy jest pan przeciwnikiem komputerów w piłce nożnej?
Widzę że czasy się zmieniają i na pewno nie potępiam wszystkiego w czambuł. Gdy byłem w Middlesbrough, pracowało dla mnie kilku dzieciaków po dwadzieścia kilka lat, którzy mieli zajmować się rekrutacją. Chciałem pozyskać bocznego obrońcę, w końcu pojawił się jakiś na testach. Zaczęliśmy trening, skrzydłowy biegnie z piłką, ten obrońca biegnie w drugą stronę. Mówię im panowie – ten obrońca nie potrafi bronić. Na co oni zasypali mnie informacjami, że ma dobre statystyki w tym i w tamtym. Nie doszliśmy do porozumienia, to wszystko idzie w zła stronę. Nie mówię, że wszystko, co nowe w piłce nożnej jest złe, na przykład medyczna strona gry uległa kompletnej zmianie na lepsze. Zawsze trzeba umieć się dostosować, ale też we wszystkim trzeba znać umiar.
Virgil Van Dijk – co pan powie na jego temat?
Ronnie Jepson, który pracował ze mną w Crystal Palace, pojechał oglądać do w barwach Celtiku Glasgow, mieliśmy go kupić za 3,5 miliona funtów, ale Steve Parish, prezes klubu, po zasięgnięciu opinii naszych analityków wrócił z informacją, że nie możemy go kupić, bo jest niewystarczająco szybki na Premier League. „W Szkocji może grać z papierosem w zębach i na jednej nodze, to wystarczy na tamten poziom” – to była moja odpowiedź. Transfer nie doszedł do skutku.
Potem, gdy byłem w Cardiff, spotkaliśmy się z van Dijkiem, który przeszedł do Liverpoolu z Southampton za 75 milionów. Sam Holender do mnie podszedł:
– Mógł mnie pan zakontraktować trenerze.
– No tak, ale nie byłeś wystarczająco szybki.
Van Dijk to pana największa porażka transferowa?
O nie, miałem wiele innych. W Sheffield United choćby takiego piłkarza, który nazywał się Laurent D’Jaffo. Potem został agentem, oferował mi napastnika z drugiej ligi francuskiej za 100 tysięcy funtów. Powiedziałem: „Niestety nie płacimy takich pieniędzy za drugoligowców”. To był Didier Drogba.
Tej historii nie znałem, myślałem że powie o Emiliano Sali, którego kupiliście z Nantes do Cardiff, który zginął w wypadku lotniczym i nigdy dla pana nie zagrał…
Za każdym razem, gdy spotykam się z Kevinem Blackwellem, ta straszna opowieść zostaje wywołana. Kupiliśmy go do Cardiff za 15 milionów funtów i chcieliśmy, aby przyleciał do Newcastle, gdzie mieliśmy mecz, przywitać się z drużyną, ale on postanowił wrócić do Francji, żeby zobaczyć swoje dzieci i psy. Po drodze jego samolot spadł do morza… Życie bywa bardzo okrutne.

Mimo że minęło już ponad siedem lat od śmierci Emiliano Sali, to spór o pieniądze z transferu dopiero niedawno został rozstrzygnięty. Cardiff żądało od Nantes FC ogromnego odszkodowania – ponad 100 mln funtów. Sąd w marcu 2026 roku ogłosił wyrok, że takie pieniądze się Walijczykom nie należą.
Jak udało się panu przetrwać 1626 meczów jako menedżer w zawodowym futbolu?
Przepraszam bardzo, ale mam na koncie nie 1626 a 1627 meczów! Recepta na sukces? Musisz wygrywać. A klucz do tego leży w szatni. Ostatnio byłem na przyjęciu, gdy świętowaliśmy 30 rocznicę awansu z Plymouth z Division 3 do Division 2 w 1996 r. Wszyscy zawodnicy się pojawili, wszyscy wciąż żyją. Wyszedłem na środek i nie musiałem wiele mówić. „Wszyscy są dziś obecni na sali, wiele lat później, właśnie dlatego wywalczyliśmy awans”. Jest czas na krzyk, jest czas na przytulenie, każdy piłkarz jest inny, zresztą tak jak każdy człowiek. To jest moja siła, że potrafię to rozpoznać.
Czy zamierza pan jeszcze poprowadzić jakąś drużynę?
Nigdy nie mów nigdy. Cały czas mam dreszcze, gdy jestem na treningu. Ostatnio Roy Hodgson podjął pracę w Bristol City, wysłałem mu sms: „Czy szukasz może młodego asystenta?”. To jest w mojej krwi, trudno się tego pozbyć. Potrafiłem rozmawiać z szatnią, a także z zarządem klubów, w których byłem, a Bóg mi świadkiem, że miałem prezesów i właścicieli, którzy nic nie rozumieli z tej pięknej gry. Kontakt z nimi brałem na siebie, szatnia nie musiała się o nic martwić.
Nie żałuje pan, że nigdy nie podjął wyzwania za granicą?
Kiedyś język angielski nie był powszechny tak jak dzisiaj, ale być może jest to jedna z rzeczy, których żałuję. Nigdy nie narzekałem na brak propozycji na wyspach, nawet teraz w lutym dostałem propozycję od klubu z League One, aby ratować ich sezon. Chętnie bym to wziął, ale moja żona Sharon by mnie zabiła, najstarsza córka rodziła, potrzebowała mnie blisko, a nie widzieć mnie tylko w telewizji. Chociaż nie ukrywam, że brakuje mi tej codziennej rutyny, bycia z zawodnikami, przekomarzania się z nimi…
John Carver pozwolił mi wziąć udział w treningu w piątek przed meczem. Stanąłem na środku i powiedziałem kilka słów do zawodników, wtedy zrozumiałem jak bardzo mi tego brakuje. Tej szydery w szatni, gdy możemy sobie z piłkarzami podogryzać. Jeden z piłkarzy Lechii miał niebieskie buty na treningu, okazało się że to środkowy obrońca, zaraz do niego podszedłem: „Synu, w takim obuwiu nie zrobisz kariery na tej pozycji”.
Uwielbiam to, takie małe rzeczy, wspólne specyficzne żarty, nie ma tego nigdzie poza ośrodkiem treningowym. Do zeszłego miesiąca, gdy byłem w Torquay, co piątek przebierałem się na trening nie po to żeby grać, ale żeby wszyscy dookoła byli w dobrym humorze.
Swada z jaką pan mówi o swym życiu to nie jest materiał na wywiad, a na książkę.
Wydałem już trzy, młody człowieku. Moja autobiografia pt. „Made in Sheffield” została opublikowana w 2011 r., 15 lat temu. Trzeba by dopisać kilka rozdziałów. O awansie, który zrobiliśmy z QPR powstała książka „The Gaffer”. I jeszcze o sezonie, gdy awansowaliśmy z Plymouth Argyle.
Jakie ma pan najbliższe plany po powrocie do domu?
Mam dać wykład w Oxford Union. Przede mną przemawiali tam m.in. Królowa Elżbieta, prezydenci USA, w tym Ronald Reagan, Albert Einstein, Winston Churchill. Tam będzie creme de la creme Zjednoczonego Królestwa, a ja mam mówić o swoim życiu. Zacznę od tego: „Panie i panowie, byli tu wielcy tego świata, a dziś dla odmiany posłuchacie dla odmiany kogoś z samego dołu drabiny społecznej”.
Dorastałem w Sheffield w domu, który miał dwie sypialnie. Spałem w jednym łóżku z moją siostrą, obok mój brat, rodzice za ścianą. Mama miała stwardnienie rozsiane i poruszała się na wózku, ojciec pracował w hucie po 16 godzin, żeby nas utrzymać. Gdy wracał, raczej nie był wylewny, nie miał siły, żeby mówić z nami o uczuciach. Toaletę mieliśmy na zewnątrz. Dlaczego o tym mówię? Pytałeś mnie o autobiografię, moją napisał Oliver Holt, dobry dziennikarz, dziś pracuje dla Daily Mail, ale wtedy był w tabloidzie Daily Mirror, który zawsze mocno mnie atakował. Gdy przeszliśmy do rozdziału o moim dzieciństwie i zewnętrznej toalety, mówię Olliemu że podcieraliśmy tyłki gazetą Daily Mirror. Dziennikarz przeraził się: szefie nie mogę tego napisać. W takim razie książka nie powstanie… Ostatecznie wszystko wyszło tak, jak chciałem.
W Oxford United, które właśnie opuściło Championship, gra dwóch polskich piłkarzy: Przemysław Płacheta i Michał Helik.
Helik! Muszę koniecznie się z nim spotkać. Świetny gość i jeszcze lepszy obrońca. Gdy zobaczył, że jestem w Gdańsku, to od razu wysłał wiadomość z ofertą pomocy. Miałem Helika w szatni, gdy prowadziłem Huddersfield, Graliśmy z Coventry, które miało w składzie Viktora Gyokeresa. Piłka leci w stronę naszej bramki, Michał zamiast ją podać do bramkarza, poślizgnął się, piłkę przejął szwedzki napastnik i przegrywaliśmy 0:1. W przerwie mocno wsiadłem na Helika: „Michał czy ty myślisz, że jesteś Beckenbauerem, żeby rozgrywać piłkę? Jak masz taką sytuację wywal tę piłkę w trybuny albo dalej”. Widać, że posłuchał, kilka tygodni później miał piłkę na środku obrony, nikt go nie atakował, hektary przestrzeni, patrzymy co on robi, a on wziął i wywalił piłkę na samą górę trybuny krytej. Myślałem, że wszyscy umrzemy ze śmiechu na ławce.

Michał Helik w barwach Oxford City.
Jaka byłaby pana rada dla młodych trenerów?
Dziś już nie ma odwrotu od pracy z dronami, statystykami itd. Ale jeśli miałbym dać jedną radę to, żeby bardziej ufali swoim oczom. W pewnym sensie trenerzy stali się dziś leniwi – wszystkie te informacje mają podane na tacy, ale to nie zwalnia z samodzielnego myślenia. Pep nigdy się nie zatrzymuje, cały czas szuka sposobu, żeby przechytrzyć rywala, komputer mu tego nie da. Sam musi na to wpaść. On wygrał już wszystko, ale wciąż szuka. Myślę, że popracuje jeszcze rok w Anglii i będzie mógł zostawić City w dobrych rękach.
Kto zatem będzie mistrzem Anglii w tym roku?
Arsenal ma niepowtarzalną szansę i łatwiejszy terminarz. City ma jeszcze finał FA Cup w zanadrzu. Jeśli „Gunners” nie zdobędą mistrzostwa teraz, to obawiam się, że już nigdy.
ROZMAWIAŁ GRZEGORZ POŁUBIŃSKI
PRZECZYTAJ WIĘCEJ WYWIADÓW NA WESZŁO:
- Strączek: Lech mocno mnie chciał. Wybrałem projekt, nie pieniądze
- Greenwood: Tabela nie kłamie. Ekstraklasa mnie zaskoczyła