Ponad dziewięć minut. Tyle potrwało w meczu Motoru Lublin z GKS-em Katowice sprawdzanie, czy bramki zostały zdobyte po spalonych. W efekcie sędzia Gryckiewicz uznał tylko jedną z nich. Tę strzeloną przez Czubaka chwilę przed 90 minutą.
Nie był to mecz z gatunku złych, ale nastawiliśmy się na trochę więcej. Trudno, by było inaczej, skoro trzy ostatnie starcia obu zespołów to prawdziwe szaleństwo. Padło w nich łącznie siedemnaście bramek, co daje nam absurdalną średnią 5,66 gola na mecz. Nasze apetyty nie zostały zaspokojone – spotkanie, jak na oba zespoły, było wyjątkowo spokojne.
Motor – GKS. Mecz bramek na styku spalonego
Zapamiętamy je właśnie ze względu na sprawdzanie spalonych. Wszystkie trzy akcje to typowe stykówki, przy których ludzkie oko zawodzi nawet przy zrobieniu stopklatki. Jako pierwszy do siatki trafił Czubak, który po indywidualnej akcji Ndiaye i sparowanym strzale do boku miał tylko jedno zadanie: nie spalić. No i, jak wyszło po długiej weryfikacji, znalazł się na minimalnym ofsajdzie.
Potem strzelił Szkurin. Akcja typowa dla GieKSy – trochę podań na małej przestrzeni, które napędza Nowak i ostatecznie wykłada napastnikowi piłkę jak na tacy. I tutaj arbiter zasądził spalonego po usłyszeniu komunikatu z Warszawy. Tym razem akcję spalił nie strzelec, a podający.
No i w końcówce, również po długiej weryfikacji, zasądzono legalność gola Czubaka. Ta akcja była najbardziej efektowna ze wszystkich – zwłaszcza za sprawą Ndiaye i jego ładnego podania zewniakiem.
Koniec końców Motor wygrywa zasłużenie. To on miał więcej okazji, bo do odwołanej bramki doliczyć należy jeszcze strzał Simona głową sparowany na słupek czy dwie inne dwójkowe akcje duetu Ndiaye-Czubak.
Tym samym trener Misiura może odetchnąć z ulgą i powiedzieć: wreszcie. To bowiem jego pierwsze ligowe zwycięstwo w barwach Motoru, który przeszedł zimą spore roszady kadrowe. Jeszcze za wcześnie by oceniać te odważne decyzje Jakubasa i spółki. Póki co Motor jest trochę bardziej stonowany i dalej pierwsze skrzypce grają w nim starzy liderzy. Dziś mecz wyglądał tak, że jeśliby Ndiaye lub Czubak nie przeprowadzą skutecznej akcji, to skończy się 0:0. No, ale przeprowadzili. A sędzia nie dopatrzył się spalonego, choć stopa napastnika była niemalże na styku z wyrysowaną linią.
GieKSa z kolei wyglądała na wypompowaną pucharowym starciem. Jej jedynym pomysłem na ten mecz było posyłanie długich podań na Szurina, który jednak miał problemy i z zabraniem się z piłką (raz mogąc wyjść na czystą pozycję przyjął sobie futbolówkę ręką), i z wykończeniem (jedna z jego szarż zakończyła się na słupku). Zdecydowanie za mało było w katowickim zespole energii i kreatywności, a więc, jak już napisaliśmy – wynik wygląda sprawiedliwie.
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. newspix.pl