Walczyli za baseball, pokochali futbol. Jak NFL podbiła USA?

redakcja

Autor:redakcja

08 lutego 2026, 13:33 • 7 min czytania 2

Walczyli za baseball, pokochali futbol. Jak NFL podbiła USA?

Amerykanie kochają futbol. Mają najlepszych na świecie koszykarzy, baseballistów i hokeistów, wszystko pod nosem, ale nic nie działa na nich tak, jak zmagania facetów w kaskach. Skąd ten fenomen? Dlaczego akurat futbol?

Reklama

W obronie „baseballu, matki i szarlotki” mieli ruszać na II wojnę światową młodzi Amerykanie. Aż do początku lat 70. to właśnie baseball był w USA sportem numer jeden. Babe Ruth, Willie Mays czy Ted Williams to nazwiska znane każdemu, również dziś. Futbolistów (i koszykarzy) z pierwszej połowy ubiegłego stulecia mogą kojarzyć tylko maniacy.

Reklama

Jak futbol amerykański pokonał baseball i stał się sportem narodowym USA?

To była inna Ameryka. Kraj bezpieczny, mlekiem i miodem płynący, gdzie wszyscy się bogacili, a listonosz wchodził do domu bez pukania, przez otwarte drzwi, radośnie gaworząc przy kawce z gospodynią. Widzieliśmy to w starych filmach.

Baseball pasował do tego krajobrazu jak ulał. Spokojny, rodzinny sport, który – nawet na trybunach, na żywo – angażował tylko trochę. Można było siedzieć, łupać słonecznik, rozmawiać o głupotach i raz na jakiś czas zachwycać się trzaskiem kija odbijającego piłkę czy głuchym szelestem rękawicy. „Wakacje u dziadka”.

Wszystko zmieniła telewizja.

Na początku lat 60. była już w niemal każdym domu. Trzygodzinne widowiska, jakie fundowali baseballiści, zaczęły jawić się jako mało atrakcyjne. Kijów i rękawic słychać albo nie było, albo słyszalne były ledwo, obiektyw kamery nie potrafił też objąć całego boiska. To dyscyplina z bardzo rozproszoną akcją, więc umykały detale, a skrawek, który pozostawał, prawdziwym fanom nie wystarczał. Zwłaszcza kilkadziesiąt lat temu, gdy możliwości techniczne były znacznie mniejsze. Czasami działo się coś, czego nie tłumaczyły nawet powtórki. A to przecież niedopuszczalne.

Jaxon Smith-Njigba

Jaxon Smith-Njigba – gwiazda tegorocznego Super Bowl

Zmieniały się też nastroje w kraju. Po zabójstwie Kennedy’ego w 1963 roku coś w Amerykanach pękło. Doszło zmęczenie wojną w Wietnamie, zamieszanie z Kubą, „zimne” starcie z Sowietami, rosła bieda i poczucie zagrożenia. Ludzie przestali sobie ufać, a drzwi zamykano już na klucz. Futbol, którego korzeni – w bardzo romantycznym ujęciu – można byłoby szukać w walkach gladiatorów, dawał ujście wszystkim emocjom.

Dobrym i złym.

Mike Ditka, słynny trener, powiedział kiedyś, że „to nie sport kontaktowy; to sport kolizyjny”. I rzeczywiście: starcia zawodników przypominają bardziej zderzenia rozpędzonych pociągów niż zapasy w parterze. Akcja toczy się szybko, całość kontroluje zegar, a oko kamery – w głównym ujęciu – łapie wszystkich zawodników na boisku. Na tle baseballu to jak „Szklana pułapka” przy kinie familijnym. Jedno i drugie ma swoich wyznawców, ale to film z Bruce’m Willisem zarobił 150 milionów dolarów.

„Baseball to to, kim byliśmy” – pisała Mary McGrory, laureatka Pulitzera. – „Futbol to to, kim się staliśmy”.

Joe Namath. Człowiek, który zmienił futbol amerykański na boisku i w reklamie

Choć wypychanie baseballu przez futbol było procesem płynnym, trwającym wiele lat, w literaturze wskazuje się dwa momenty „decydujące”. Bohaterem obu, co ciekawe, był jeden człowiek. Człowiek, który – co pewnie jeszcze ciekawsze – nie był jakąś wielką gwiazdą dyscypliny. Miał swój moment, kilka dobrych lat, można go wcisnąć do pierwszej setki najlepszych w historii, ale żaden z niego Adam Małysz.

To Joe Namath.

Trzecie Super Bowl (i pierwsze nazywane w ten sposób), z 1969 roku, do dziś wskazuje się jako najważniejsze w historii. Przystojny rozgrywający z Nowego Jorku, ze śnieżnobiałym uśmiechem, zapewniał w wywiadach, że jego Jets pokonają niezniszczalnych Colts. „Gwarantuję to” – mówił, a ludzie pukali się w czoło.

Bukmacherzy nie dawali im najmniejszych szans (w całej historii przedmeczowa przewaga jednych nad drugimi nigdy nie była tak duża; ani przedtem, ani potem), wszyscy szykowali się na pogrom, aż w magiczną niedzielę – tak, tak, nie trzymajmy nikogo w napięciu – stało się niemożliwe. Babcia pokonała wilka, Kopciuszek zmienił się w piękną księżniczkę i tak dalej.

Joe Namath i Pele

Joe Namath i Pele

Namath niczego już potem nie wygrał, zmagał się z licznymi kontuzjami, ale i tak został ikoną. Cztery lata później, w 1973 roku, zmienił futbol raz jeszcze. Choć tym razem nawet on nie mógł się tego spodziewać.

Jeden z producentów pianek do golenia, firma Noxema, zaangażowała blond-piękność Farah Fawcett i Namatha właśnie, do reklamy swojego produktu. Koncepcja była banalnie prosta: atrakcyjna aktorka miała smarować twarz sympatycznemu zawodnikowi, który potem – z uśmiechem na ustach – pozbywał się zarostu…

Popularność tej banalnej reklamy, emitowanej premierowo podczas Super Bowl, przerosła najśmielsze oczekiwania. Oglądający mecz panowie nagle zapragnęli używać właśnie takiej pianki, a firma przeżyła kilkusetprocentowy (!) wzrost sprzedaży. I się zaczęło…

Super Bowl – telewizyjny hit, rekordowe zyski z reklam i amerykański rytuał

Producenci, marketingowcy – wszyscy odkryli ogromny potencjał, jaki drzemie w reklamach emitowanych w trakcie najważniejszych dla Ameryki meczów. Od pięćdziesięciu lat wielkie firmy prześcigają się więc w kreowaniu rozmaitych koncepcji, wymyślaniu co bardziej niebanalnych form promocji własnych marek, windując jednocześnie cenę 30-sekundowego spotu do rekordowych w 2026 roku 7 milionów dolarów.

Ale, rzecz jasna, nie tylko o reklamy chodzi. Futbol stał się sportem nowej Ameryki: twardym, konfrontacyjnym, plemiennym. Drużyna to miasto, stan, region. Kibicowanie to deklaracja: „jestem stąd”. W kraju, w którym miliony ludzi co dekadę zmieniają miejsce zamieszkania, taka „flaga” daje poczucie przynależności.

Ważny jest też rytuał. Mecze są w niedzielę. Od września do stycznia (bo wtedy trwa sezon) niemal każdy Amerykanin wie, że w niedzielę będzie mecz. I pewnie będzie go oglądał. Najpierw jeden, potem drugi, a potem trzeci. Potem pójdzie spać, a rano, w pracy, będzie rozmawiał z kolegami o „tej jednej akcji” albo „tym fantastycznym przyłożeniu” – i pewnie każdy będzie wiedział, o co chodzi.

Mecze są też w czwartki i poniedziałki. „Thursday Night Football” i „Monday Night Football” to też już rytuał.

Największe stacje telewizyjne wydają setki miliardów (!) dolarów, żeby móc pokazywać poszczególne spotkania. Eksperci od amerykańskiego rynku przekonują, że właściwie wszyscy wielcy gracze – Fox, ESPN, CBS, NBC czy ostatnio Amazon – tracą na pokazywaniu futbolu sporo pieniędzy. Ale pokazywać muszą, bo jeśli masz prawa do NFL, to znaczy, że liczysz się na rynku.

Gdy Rupert Murdoch w latach 90. zakładał Fox, sporo przepłacił, w krótkiej perspektywie stracił wiele, ale jednym sprytnym ruchem uwiarygodnił markę, którą mógł potem rozwijać w innych gałęziach. – To rzadki przypadek, w którym dwa plus dwa daje pięć, a i tak wszystko się zgadza – mówi o takich ruchach Jerry Jones, kontrowersyjny właściciel Dallas Cowboys.

Futbol amerykański – ulubiony sport USA. Nadchodzi ekspansja NFL

Według sondażu Gallupa, 37 proc. Amerykanów wskazuje futbol jako swój ulubiony sport widowiskowy. Aż 57 proc. określa się mianem „kibiców”. To poparcie jest najsilniejsze wśród mężczyzn, osób powyżej 35. roku życia oraz konserwatystów politycznych. Dla porównania: tylko 11 procent wybiera koszykówkę, 9 procent baseball, a 7 procent piłkę nożną. W niedzielę więcej ludzi chodzi do kolegów oglądać mecze niż do kościoła.

Zresztą, widzieliście kiedyś listę najchętniej oglądanych programów w historii amerykańskiej telewizji? W pierwszej dwudziestce jest 19 transmisji z Super Bowl i… ostatni odcinek kultowego serialu „M.A.S.H.”. Nie załapali się nawet „Przyjaciele”! Finały NBA czy NHL o podobnej oglądalności nie próbują nawet marzyć. To inna galaktyka.

Mecz Seattle Seahawks w NFL

Może to siła przyzwyczajenia. Może sentyment. Może rytuały, może cokolwiek innego. Nie wszystko da się wytłumaczyć, nie wszystko można wyjaśnić liczbami. Faktem jest, że futbol podbił Amerykę i na Ameryce zatrzymywać się nie zamierza. W przyszłym roku mecze sezonu zasadniczego odbędą się w Melbourne, Paryżu, Rio de Janeiro, Londynie, Monachium, Madrycie i Mexico City. Drużyna w stolicy Anglii i skromne powiększenie linii to pewnie nie kwestia „czy”, lecz „kiedy”.

W Polsce – pewnie z powodu pory, pewnie z powodu dużej liczby przerw – futbol amerykański jeszcze nie „kliknął”. Czy najbliższe Super Bowl to zmieni? Wielkie starcie New England Patriots z Seattle Seahawks w nocy z niedzielę na poniedziałek naszego czasu. Transmisja w Polsacie.

WIĘCEJ O FUTBOLU AMERYKAŃSKIM NA WESZŁO:

ADRIAN PUDŁO

fot. Newspix

2 komentarze

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Reklama