Gdyby wczoraj w bramce Legii stał Alex Paulsen, a w bramce Lechii Otto Hindrich, wynik meczu w Gdańsku mógłby być zupełnie inny – jeden bowiem swojej drużynie ewidentnie przeszkadzał, choćby na przedpolu będąc pewny jak gimnazjalista na pierwszej randce, a drugi ratował kolegów w trudnych sytuacjach. Dla obu to zresztą żadna nowość, bo Paulsen jest regularnie kiepski, a Hindrich regularnie dobry i warto porozmawiać o Rumunie, który ma wielki wpływ na przemianę wynikową Legii.
Ta historia zaczęła się jednak dość dziwnie: choć warszawianie ewidentnie potrzebowali wzmocnień, to przez pewien czas wydawało się, że ściągną tylko rezerwowego golkipera. Rundę wiosenną w ich barwach zaczął Kacper Tobiasz i bronił kiepsko – można było mieć do niego pretensje na przykład o wychodzenie do piłek, gdy w spotkaniach z Arką i GKS-em rywalem strzelali głową z najbliższej odległości, między innymi dlatego, że Tobiasz był przymocowany do linii.
Papszun wytrzymał z nim trzy spotkania i wpuścił Hindricha. Różnica jest zasadnicza – Rumun to zdecydowanie pewniejszy bramkarz, który póki co nie popełnia głupich błędów. Przypomnieliśmy sobie przy okazji tego tekstu wszystkie gole, które Hindrich puścił i w zasadzie można zwrócić uwagę tylko na drugą bramkę Jagiellonii, kiedy odbił futbolówkę wprost w nogi Pankova, tym samym nabijając go na asystę do Pululu. Ale poza tym – gdy coś puszczał, to już po prostu raczej musiał puścić.
Natomiast daje też coś ekstra od siebie, na przykład z Lechią wybronił kilka groźnych strzałów, szczególnie ten Bobcka, gdy instynktownie zareagował nogą. To swoją drogą ciekawe, bo kiedyś Arkadiusz Malarz – wówczas trener bramkarzy Legii – mocno narzekał na takie parady w wywiadzie z Viaplay.
Mówił: – Mnie ten trend przeraża, który jest zaciągnięty z futsalu. Tam bramka jest mała, a my, z tego co wiem, gramy na duże. W mojej akademii wiedzą, że nogami się nie broni. Troszeczkę poszło to za daleko. To jest chyba pójście na łatwiznę, nie ma to skuteczności. Jeszcze z bliskiej odległości, w sytuacjach sam na sam okej, ale jak oglądamy ligę angielską i tam bramkarz broni tak z 10 metrów, to wygląda to komicznie.
Cóż, nogami się jednak czasem broni, a tutaj nie było znowu tak blisko:

W każdym razie Hindrich w dwunastu meczach Ekstraklasy zachował pięć czystych kont i rzetelnie na nie pracował. Z Lechią się ostatecznie nie udało, ale wystarczy sobie przypomnieć mecz z Bruk-Betem: tam momentami w pojedynkę zatrzymywał spadkowicza przed golem wyrównującym. Rewelacyjnie odbijał strzały Ambrosiewicza czy Radu Boboca (swoją drogą – znów nogami):

Gdyby nie on, Legia w tym momencie nie mogłaby już marzyć o europejskich pucharach.
I po pierwsze trzeba pochwalić Legię. Letnie okno było bardzo słabe, pełne transferowych wpadek, ale zimowe wyszło już bardzo dobrze. Dwa ruchy, dwa trafione, i Hindrich, i Adamski są wartością dodaną.
Po drugie: patrząc na całą Ekstraklasę, być może transfer Rumuna jest po prostu najlepszym zimowym ruchem. On niewątpliwie zmienił klub, do którego przyszedł, wprowadził określoną i dużą jakość. Wysoko można też oceniać pojawienie się Wiśniewskiego czy Sadilka, ale określenie Hindricha numerem jeden chyba nie byłoby żadną kontrowersją.
Zdecydowanie łatwiej się gra, gdy nie drżysz o tego gościa za plecami. Nie chodzi nawet o to, że Hindrich w każdym spotkaniu musi wykonywać takie cuda jak z Bruk-Betem, bo Legia przeważnie broni dużo lepiej, ale Rumun daje pewność, na dziś szansa, że się pomyli jest bardzo niska.
Dawno tego w Legii nie grano.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix