Gorzej od Piszczka zaczęło niewielu. Ich kluby za chwilę upadły. Tyski dramat

AbsurDB

Autor:AbsurDB

04 marca 2026, 19:39 • 18 min czytania 9

Reklama
Gorzej od Piszczka zaczęło niewielu. Ich kluby za chwilę upadły. Tyski dramat

Na ponad trzysta startów kadencji trenerskich w 1. Lidze w ostatnich latach, tylko sześć zaczęło się gorzej od przygody Łukasza Piszczka w GKS-ie Tychy. Dwa punkty w siedmiu meczach. Tak źle na szczeblu centralnym rozpoczynało bardzo niewielu szkoleniowców w Polsce. A przecież jeszcze niedawno byli tacy, którzy widzieli dla Piszcza miejsce w sztabie reprezentacji Polski. Może nawet na jego czele. Czy jest szansa, że były kadrowicz zostanie trenerem z sukcesami? Jak kończyli jego poprzednicy po kiepskim starcie na nowej życiowej drodze? Czy taki początek da się jeszcze przełamać? Zapraszam na smutną historię trudnych losów trenerów w niższych ligach, którzy nie mieli tyle szczęścia, co Łukasz Piszczek, dla którego nawet dymisja nie będzie końcem świata. Prawda jest jednak taka, że tak słabe debiuty zdarzyły się dotąd tylko w klubach upadłych.

 

Łukasz Piszczek zalicza jeden z najgorszych startów trenerskich w historii szczebla centralnego w Polsce

12 listopada Paweł Paczul pisał:

To bardzo dobra wiadomość, że Łukasz Piszczek został nowym trenerem GKS-u Tychy. W końcu bowiem dowiemy się, jakim szkoleniowcem tak naprawdę jest, na razie poruszaliśmy się w sferze domysłów według czystego chciejstwa – był świetnym piłkarzem, jest więc świetnym trenerem, a jak wiele przypadków pokazało, to nie takie proste.

Reklama

Takiej weryfikacji nie spodziewali się jednak chyba nawet najwięksi antyfani Piszcza:

  • 1:2 ze Stalą Rzeszów
  • 1:6 z Miedzią Legnica
  • 1:1 z Polonią Warszawa
  • 1:3 z Wisłą Kraków
  • 1:1 z Odrą Opole
  • 0:1 z Górnikiem Łęczna
  • 1:2 z Puszczą Niepołomice

Siedem meczów, zero zwycięstw, ostatnie miejsce w lidze, sześć punktów straty do bezpiecznego miejsca. GKS Tychy to główny obok Górnika kandydat do spadku i w najlepszym wypadku ma jakieś 20% szans na utrzymanie. Po prostu totalna katastrofa klubu, który planował miejsce raczej na drugim krańcu tabeli. Bardzo słabo wyglądają wyniki Łukasza Piszczka jako trenera w debiucie na szczeblu 1. ligi. Tak słabo, że każą zadać sobie pytanie: czy byli gorsi?

Reklama

 

Nie każdy musi być Nowakiem lub Płatkiem

Sprawdziłem ostatnie dwadzieścia sezonów na zapleczu Ekstraklasy. Kluby 1. Ligi zmieniały w tym czasie trenerów na co najmniej siedem meczów ponad trzysta razy. Nie wszyscy zaczynali tak, jak Dominik Nowak, który w 2012 roku przyszedł do Floty Świnoujście i wygrał pierwszych osiem meczów. Zresztą pięć lat później niewiele gorzej wystartował w Miedzi.

Niewielu pamięta już, że wiosną 2007 roku fantastyczny początek miał także w Jagiellonii Artur Płatek, który smaku porażki zaznał dopiero w swoim jedenastym meczu w Białymstoku – już po awansie do Ekstraklasy. Warto dodać, że dla Pana Artura była to pierwsza praca w roli pierwszego trenera, zatem był to prawdziwy debiut.

Co dziesiąty trener potrafił rozpocząć swoją pracę w 1. Lidze od zdobycia co najmniej piętnastu punktów w pierwszych siedmiu spotkaniach. Co czwarty zdołał uciułać w nich dwanaście lub więcej oczek. Połowa daję radę dobić do dziesięciu. Co dziesiąty nie przekracza czterech punktów. Ale zdobyć DWA punkty w pierwszych siedmiu meczach to prawdziwy ewenement.

Reklama

Na 306 kadencji trenerskich w 1. Lidze w bazie Transfermarkt, które trwały co najmniej siedem meczów, tylko siedemnaście nie wiązało się ze zdobyciem na ich starcie nawet trzech punktów, a więc oznaczały dorobek równy lub gorszy z obecnym osiągnięciem Łukasza Piszczka. Zaledwie w sześciu przypadkach szkoleniowcy okazywali się gorsi od obrońcy reprezentacji Polski.
Nie ma co ubierać tego wyniku w piękne słowa. Pisać, że się starał. Że robił, co mógł. Ten wynik to katastrofa. Nie tylko dlatego, że Piszczek nie wygrał żadnego meczu. Przede wszystkim dlatego, że pozostali trenerzy z tak słabym startem pracowali zazwyczaj w klubach upadłych, niepłacących zawodnikom i szykującym się do spadku. Tymczasem w Tychach jeszcze niedawno ambicje były mocarstwowe.

Dwa punkty w siedmiu pierwszych meczach

Zacznijmy od jedenastu trenerów, którzy wystartowali identycznie jak Piszczu – od dwóch punktów w siedmiu pierwszych meczach 1. Ligi. Jak szło ich klubom po takim starcie? W którym meczu udało im się w końcu wygrać? A może nie zdążyli, bo zostali zwolnieni? Jak wyglądała ich dalsza kariera trenerska?

Musimy tę grupę podzielić na dwie. Pierwsza to trenerzy notujący słaby start w 1. Lidze, dla których nie był to jednak początek ich kariery, a kolejny jej etap.

Mieczysław Broniszewski w 2008 roku jesienią został zatrudniony w GKP Gorzów Wielkopolski. Był jednak wtedy już sześćdziesięcioletnim doświadczonym szkoleniowcem, który raczej odcinał kupony od dawnej kariery strażaka. W rodzimym Karczewie prowadził drużynę już na początku lat siedemdziesiątych. Po Bońku plotkowało się nawet, że może zostać selekcjonerem. Uratował przed spadkiem Stomil, Górnika Zabrze, Polonię Warszawa, Radomiaka i GKS Katowice.

Reklama

Tymczasem w Gorzowie zaczął od dwóch punktów w siedmiu meczach i zrzucił klub z 14. na 17. pozycję. Wygranej się nie doczekał. Wyrzucono go przed ósmym spotkaniem. Co ciekawe, GKP (dawny Stilon) ostatecznie się utrzymał. Później Broniszewski pracował tylko raz – cztery lata później w Wiśle Płock, której dał awans do Ekstraklasy.

Prawie siedemdziesiąt lat miał w 2016 roku Andrzej Prawda, gdy identycznie zaczął swą pracę w Zniczu Pruszków. Wcześniej jednak pracował w kilkunastu klubach. Wygrał w Pruszkowie dopiero w dziewiątej kolejce, a chwilę potem został zwolniony. Prowadził później Znicz w 2. lidze. Zmarł na Covid.

Mamrot się doczekał. Czy Piszczkowi się uda?

Nowicjuszem nie był też Dariusz Kubicki, gdy z Dolcanem zaliczał dwa oczka w pierwszych siedmiu meczach w 2010 roku. Ostatecznie nie wygrał w lidze ani razu, bo po dziewiątym spotkaniu go wyrzucono. Co ciekawe, Dolcan się wtedy utrzymał. Wcześniej Kubicki zdobywał z Legią wicemistrzostwo Polski. Po przygodzie w Ząbkach Pan Dariusz pracował w Rosji, Olimpii Grudziądz i Podbeskidziu.

Reklama

W wielu klubach pracowali też wcześniej Kamil Kiereś i Tomasz Asensky, gdy dziesięć lat temu byli zatrudniani w 1. lidze przez odpowiednio: Stomil i MKS Kluczbork. Pan Tomasz po klęsce w Kluczborku pracował już tylko w Olsztynie (a dziś jest prezesem Olimpii Grudziądz), w którym zastąpił go… Kiereś, który okazał się być gorszym od swego poprzednika i zdobył dwa punkty w pierwszych siedmiu meczach.

Kiereś prowadził wcześniej kilkukrotnie GKS Bełchatów, a potem GKS Tychy. W Olsztynie po fatalnym początku dano mu kredyt zaufania i ostatecznie utrzymał klub w lidze z przewagą jednego punktu. Jesienią jednak, gdy był na przedostatnim miejscu, został zwolniony.

Nie załamało to jednak jego dalszej kariery. Zaliczył dwa awanse z Górnikiem Łęczna z 2. Ligi do Ekstraklasy.

Co ciekawe, zaledwie półtora miesiąca przed Piszczkiem, pracę w Mielcu rozpoczął Ireneusz Mamrot. Na zwycięstwo czekał aż do… tej niedzieli, gdy wygrał w końcu w Opolu.  To oczywiście także nie jest absolutny debiutant. Wcześniej odnosił przecież liczne sukcesy w Chrobrym i Jagiellonii.

Reklama

 

Czterej prawdziwi debiutanci

Prawdziwych debiutantów na szczeblu 1. ligi, którzy zaliczyli identyczny start jak Piszczek, jest tylko czterech, a właściwie trzech, ale o tym za chwilę.

Gdy Piotr Pierścionek w 2012 roku obejmował Polonię Bytom, miał na koncie pracę w licznych klubach z okolic Sosnowca, ale w niższych ligach. Zwolniono go po dziesięciu spotkaniach. Nic dziwnego, bo nie wygrał żadnego. Sezon zakończył się spadkiem Polonii. Pan Piotr prowadził potem wyłącznie okoliczne kluby.

Reklama

Dekadę wcześniej swój drugi sezon na zapleczu Ekstraklasy Kmita Zabierzów rozpoczął z nowym trenerem Krzysztofem… Piszczkiem. Wcześniej prowadził on Skawinkę Skawina w okręgówce. Podobnie jak Łukasz, nie miał zatem doświadczenia trenerskiego na tym szczeblu. Łączy ich także to, że Pan Krzysztof też był piłkarzem i to zarówno Cracovii, jak i Wisły.

Został zwolniony z Zabierzowa po piętnastu meczach, z których nie wygrał… żadnego. Nie przeszkodziło to Kmicie ostatecznie się utrzymać! Krzysztof Piszczek trenował jeszcze później LKS Mogilany w IV lidze. Niestety zmarł na raka w 2009 roku.

Niby-debiutant Skrobacz

Fatalnie swoją późniejszą dość udaną oficjalną karierę jako pierwszy trener zaczynał Jarosław Skrobacz. W styczniu 2011 roku został oficjalnie na stałe szkoleniowcem ósmej wtedy Odry Wodzisław. Nie wygrał jednak żadnego z pierwszych ośmiu meczów, a po trzynastu został zwolniony. Odra ostatecznie wtedy spadła.

Dlaczego zatem powierzono zespół w tak dobrej sytuacji tak niedoświadczonemu trenerowi? Bo nie do końca był debiutantem. Otóż jeszcze jesienią 2010 roku był on tymczasowym trenerem Odry. Wygrał wówczas pięć meczów, jeden zremisował, a jeden przegrał. Nic więc dziwnego, że zaproponowano mu stałą pracę. Jak tylko podpisał umowę, jego zespół przestał grać. Jako tymczasowy trener zanotował średnią 2,3 punktu na mecz. Jako stały szkoleniowiec – 0,6 oczka na spotkanie!

Reklama

Na kilka lat zablokowało to jego karierę w zawodzie, ale ostatecznie wrócił na karuzelę. Zaliczył awans z GKS-em Jastrzębie z 3. ligi do czołówki 1. ligi, a z Ruchem z 2. ligi do Ekstraklasy! Wszystko to odbywało się w górnośląskich okolicach dobrze znanych Łukaszowi Piszczkowi. Historia pokazuje, że tamtejsi trenerzy mają nieco łatwiej. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów mają kilkanaście klubów, które prędzej czy później gotowe będą zatrudnić szkoleniowca z czarną plamą w CV. Jak ktoś jest z Łomży albo Piły, raczej nie będzie miał takiego szczęścia i nie dostanie od losu drugiej szansy.

 

Warto być cierpliwym. Nagrodą ćwierćfinał Pucharu Polski

Ostatni z przykładów absolutnych debiutantów z identycznym startem jak Łukasz Piszczek jest chyba najciekawszy. Pokazuje też, że warto być cierpliwym.

Adrian Stawski dołączył w 2010 do sztabu szkoleniowego Bytovii. Cierpliwie pełnił rolę asystenta lub trenera rezerw zarówno za kadencji Pawła Janasa jak i Tomasza Kafarskiego. W marcu 2017 roku otrzymał propozycję prowadzenia pierwszej drużyny, która była na czternastym miejscu w 1. Lidze. Nie wygrał żadnego z pierwszych ośmiu meczów i zsunął się do strefy spadkowej.

Reklama

Nie zwolniono go jednak, a on zaczął stopniowo, krok po kroku odbudowywać drużynę. Ostatecznie pracował w Bytowie przez trzy i pół roku prowadząc zespół w prawie 150 meczach. Utrzymał klub w lidze w tamtym i kolejnym sezonie, a mało brakowało, by dokonał tego także po zakręcenia kurka z pieniędzmi przez Drutex. Zdecydował gorszy bilans meczów bezpośrednich z Wigrami.

Dotarł do ćwierćfinału Pucharu Polski eliminując Lechię i Pogoń. Odszedł dopiero w 2020 roku. Trzy lata temu niewiele zabrakło mu też do utrzymania Stomilu. Od półtora roku projektem jego życia jest Zawisza. Wraz z nowym właścicielem planuje wytrwały marsz w kierunku Ekstraklasy. Bez drogi na skróty.

Latem niewiele zabrakło do awansu do 2. ligi. Teraz też zespół jest w czołówce. Przede wszystkim jednak gra w ćwierćfinale Pucharu Polski. Adrian Stawski jest jednym z niewielu przypadków trenerów, którzy potrafili przełamać początkowy impas dzięki zaufaniu właścicieli klubu.

Selekcjoner najgorszym trenerem ligi

Pracę w klubie 1. ligi od wyniku gorszego nawet niż dwa punkty w siedmiu meczach rozpoczęło tylko pięciu trenerów. Dla trzech z nich nie był to debiut na tak wysokim szczeblu, a wręcz przeciwnie – pracowali wcześniej w kilkunastu klubach.

Reklama

W 2013 roku Krzysztof Pawlak zaczął trenować Wartę Poznań. Wcześniej był między innymi pierwszym (i dotychczas jedynym) niepokonanym trenerem kadry narodowej, gdy poprowadził ją tymczasowo w wygranym meczu z Gruzją w 1997 roku. Był też szkoleniowcem Sokoła Pniewy, Warty, Lecha i GKS-u Bełchatów w Ekstraklasie.
Nie wygrał z Wartą żadnego z trzynastu meczów na drugim szczeblu ligowym i zaliczył spadek. Później pracował tylko w Śremie i Kaliszu.

Po prawie dwóch dekadach prowadzenia klubów w różnych częściach Polski Ryszard Tarasiewicz objął rok temu Wartę Poznań. Zremisował w pierwszym meczu ze Zniczem po czym przegrał siedem kolejnych spotkań. Zieloni oczywiście spadli. Gdy wydawało się, że Pan Ryszard udał się już na zasłużoną emeryturę, źli ludzie zaczęli sugerować, że może zostać szkoleniowcem Śląska Wrocław. Trzymam za to kciuki.

Nie wygrał meczu przez rok

Wybitnym osiągnięciem wykazał się jednak Piotr Mandrysz. Jako jedyny przegrał dziewięć pierwszych spotkań, gdy latem 2020 roku objął Sandecję. W przeszłości prowadził w Ekstraklasie Radomsko, Ruch i Bruk-Bet. Końcówkę kariery miał jednak fatalną. Jeżeli zsumować wyniki z Niecieczy i Nowego Sącza, to okazuje się, że Pan Piotr przez ponad rok nie wygrał meczu ligowego!

Piotr Mandrysz wiedział i słyszał, że za moment poleci ze stanowiska. Właściwie wszystko było już na etapie wybierania jego następcy, niektórzy nawet dotarli już na rozmowy i wstępnie dogadali się z klubem. Pojawił się jednak problem, który uratował Mandrysza przed spadnięciem z chyboczącego się krzesełka.

Reklama

Władze się pokłóciły, trenera nie wybrały i sytuacja się skomplikowała. Wtedy do gry wkroczyli piłkarze, którzy poprosili o to, żeby dać Mandryszowi jeszcze jedną szansę. Niespotykana sytuacja? To fakt, zwykle słyszy się o tym, że szatnia chce się kogoś pozbyć, a nie uratować. Dlatego warto to docenić, bo nie każdy zespół tak zdecydowanie pokazałby, że stoi murem za zagrożonym trenerem.

Po najgorszym wyniku spośród wszystkich trenerów, Piotr Mandrysz wrócił do rodzinnego Rybnika, by prowadzić przez rok tamtejszy ROW.

Dwaj gorsi od Piszcza

Spośród prawdziwych debiutantów gorzej od Piszczka wypadło tylko dwóch i to wiele lat temu.

Jacek Trzeciak był ważną postacią w Polonii Bytom. Choć został jej piłkarzem w wieku dopiero 33 lat, by dotrzeć z nią aż do Ekstraklasy. Po odwieszeniu butów na kołek był asystentem trenera, by w 2012 roku zostać szkoleniowcem Królowej Śląska. Sytuacja była tragiczna, bo był następcą… wymienionego wyżej Piotra Pierścionka. Nic dziwnego, że Trzeciak nie wygrał żadnego z pierwszych ośmiu meczów, a mimo tego prowadził klub do końca sezonu, który zakończył się spadkiem. Prowadził Polonię także w 2. Lidze, a później o szczebel wyżej z kiepskimi wynikami Olimpię Grudziądz i GKS Jastrzębie.

Zapomnianym trenerem jest Robert Orłowski. Na początku wieku pracował w wielu klubach z południa Polski. W sezonie 2001/02 prowadził Koronę w III lidze, ale mimo wielkich ambicji zespół uplasował się w środku tabeli. Jak podaje strona Historia Wisły, dziesięć lat temu znalazł się w sztabie szkoleniowym tego klubu dzięki swojemu teściowi, Bogusławowi Pietrzakowi, który był wtedy trenerem rezerw Białej Gwiazdy. Taki nepotyzm nie spodobał się kibicom, którzy doprowadzili do jego odwołania.

Wiosną 2014 roku został trenerem znajdującego się w beznadziejnej sytuacji Okocimskiego Brzesko grającego w 1. Lidze. Był to jego debiut na tym szczeblu. W dziewięciu spotkaniach zdobył tylko jeden punkt. Od tego czasu pracował tylko w lokalnych klubach z okolicy.

Jak spadać to z wysokiego konia – w Ekstraklasie

W Ekstraklasie od dwóch (lub mniej) punktów w siedmiu meczach w danym klubie w ostatnich dekadach zaczynało jedenastu trenerów. Dla większości nie był to debiut na tym szczeblu, a kolejna praca. Tak było w przypadku Zbigniewa Mygi (Zagłębie Sosnowiec 1990), Jerzego Wyrobka (Sokół Tychy 1996), Bogusława Baniaka (Pogoń 2007), Marka Zuba (Bełchatów 2015), Kazimierza Moskala (Sandecja 2017), Wojciecha Stawowego (ŁKS 2020) i Davida Badii (Lechia 2023).

Wyjątkowo wykazał się Ryszard Tarasiewicz, który zdobył jeden punkt w pierwszych siedmiu meczach nie tylko w Warcie w zeszłym roku w 1. lidze, ale także w Koronie w 2014 roku w Ekstraklasie.

Z tego grona Myga, Stawowy i Baniak nie wrócili już do poważnej seniorskiej pracy szkoleniowej. Moskal znalazł zatrudnienie w wielu miejscach, Badia pracował rok na Cyprze, a Marek Zub po przygodach w Chinach, na Łotwie, Białorusi, Kazachstanie, Litwie, ostatnio całkiem nieźle radzi sobie w Stali Rzeszów.

Kuras i Furtok, czyli niepoważna Ekstraklasa

Prawdziwych debiutantów z fatalnym startem w Ekstraklasie było w ostatnich dekadach tylko dwóch:

Mariusz Kuras rozegrał ponad 400 meczów w barwach Pogoni. Tuż po zakończeniu kariery piłkarskiej wiosną 2000 roku przejął prowadzenie klubu po Albinie Mikulskim. Drużyna była na 6. miejscu w tabeli, ale do końca sezonu pod wodzą Kurasa nie wygrała… ani razu i zdobyła tylko punkt. Po nim nastała krótka kadencja Wójcika, a potem Portowców prowadził Edward Lorens. Były to czasy szalonego właściciela Sabriego Bekdasa, o których legenda klubu Florian Krygier mówił: „Rozgardiasz, jakiego nie było w okresie ponad 50-letniej działalności klubu”.

Pod koniec sezonu drużynę znów objął Kuras i skończył z wicemistrzostwem, po czym skompromitował się z Fylkirem Reykjavik. Potem wracał kilka razy do Szczecina. Prowadził też Bełchatów, Odrę Wodzisław i Sandecję.

Pięć lat później do bankrutującego GKS-u Katowice na ławkę trenerską wkroczył Jan Furtok. Nie wygrał żadnego z pierwszych ośmiu meczów i przypieczętował spadek klubu prosto do czwartej ligi. Pan Jan nigdy więcej nie bawił się już w trenowanie. Zmarł w 2024 roku.

Ciężkie przejścia w 2. lidze

Zerknąłem także na absolutnych debiutantów w 2. Lidze w ostatnich latach. W sezonie 2019/20 Łukasz Kowalski prowadził Gryf Wejherowo aż do spadku. Wygraną zanotował dopiero w dwunastym meczu. W całym sezonie zdobył tylko czternaście punktów, a mimo tego nie zwolniono go. Klub był w stanie agonalnym. Kowalski miał później ciężkie przejścia w Elblągu:

Kibice Olimpii Elbląg nie wytrzymali po meczu z Bytovią. Przywołali do siebie zawodników. Pytali ich o zarobki, obrażali, grozili. Uspokoić ich postanowił trener Łukasz Kowalski, który wdał się z nimi w pyskówkę. W konsekwencji pseudokibice postawili ultimatum: przegracie z Chojniczanką, to zobaczycie.

Z Chojniczanką był remis. Atmosfera na trybunach była skrajnie negatywna. Obrażani byli piłkarze, obrażany był trener, obrażani byli działacze. Zarząd klubu podał się do dymisji. Przegląd Sportowy podał, że Łukasz Kowalski mecz opuszczał w karetce.

Trzy lata później podobne wyniki w Sokole Ostróda notował Wojciech Figurski. Jego klub był wtedy także w wielkim kryzysie. Analogicznie było wtedy z przygodą Arkadiusza Batora w Śląsku II. Zaczął na 10. miejscu bez ryzyka spadku, a wiadomo, że w rezerwach wyniki nie są najważniejsze. Z pewnością jego zadaniem nie był jednak awans do 1. Ligi.

Zaczynasz jak Piszczek? Twój klub za dwa lata przestanie istnieć

Podsumowując, udało mi się zidentyfikować zaledwie dziewięciu trenerów, którzy zaliczyli debiut na danym szczeblu notując jako trenerzy pierwszej drużyny wynik co najmniej tak zły, jak ten, który osiągnął Łukasz Piszczek. Sprawdziłem też, co później działo się z ich klubami:

  • Mariusz Kuras, Pogoń Szczecin 2000 (2001: katastrofa finansowa, 2003 spadek)
  • Jan Furtok, GKS Katowice 2005 (2005: start od IV ligi)
  • Krzysztof Piszczek, Kmita Zabierzów 2007 (2008: wycofanie z rozgrywek)
  • Jarosław Skrobacz, Odra Wodzisław 2011 (2011: karna degradacja do C-klasy)
  • Piotr Pierścionek i Jacek Trzeciak, Polonia Bytom 2012 (2013: spadek, 2014: brak licencji na 2. Ligę)
  • Adrian Stawski, Bytovia 2017 (2018: utrata sponsora, 2019: spadek, 2021: karna degradacja do 4. ligi)
  • Łukasz Kowalski, Gryf Wejherowo 2019 (2020-21: dwa spadki, IV liga)
  • Wojciech Figurski, Sokół Ostróda 2022 (2022: spadek, 2023: wycofanie z rozgrywek do okręgówki)

Czy GKS Tychy to klub upadający?

To zestawienie jest po prostu porażające. Wygląda na to, że trenera na tak wiele meczów z tak katastrofalnymi wynikami utrzymują wyłącznie kluby upadające, bankrutujące, walące się i sypiące! W niezwykle złym świetle stawia to też Łukasz Piszczka. Wygląda na to, że jest pierwszym trenerem w historii, który zaliczył tak słaby debiut w klubie poważnym, stabilnym i wypłacalnym. No chyba, że GKS Tychy takim klubem nie jest.

Te przykłady są fatalne dla Tyszan. Pokazują bowiem, że tak żenujące wyniki na starcie pracy na szczeblu centralnym notowali przede wszystkim trenerzy zatrudniani przez kluby upadłe lub/i mające szalonych właścicieli. W normalnych stabilnych drużynach nie są stosowane tak daleko idące eksperymenty. A nawet jeżeli, to nie daje im się szansy przez aż siedem kolejek. Pewnie dziesiątki słabszych trenerów zostały odpalone już wcześniej i nie dane im było dotrwać do siódmego meczu.

Na tym tle nie ma co się użalać nad Piszczkiem. On i tak jest w tej sytuacji, że niepowodzenie nie zaprzepaści mu jedynej szansy na sukces w piłce nożnej. On już swoje osiągnął. Przed nim było wielu wcale nie gorszych od niego szkoleniowców, którzy nie mieli takiego komfortu.

Dobry trener musi znać zapach piłkarskiej szatni. Owszem: żeby się skompromitować

Warto poruszyć jeszcze jedną kwestię. Z wymienionego grona dziewięciu szkoleniowców, siedmiu nic więcej już w trenerce nie osiągnęło. Udało się wybić z marazmu jedynie Jarosławowi Skrobaczowi i Adrianowi Stawskiemu. Co takiego odróżnia ich od pozostałych? Co łączy resztę, a nie dotyczy tych dwóch? Być może zorientowany czytelnik połączy fakty.

Adrian Stawski – trener Zawiszy

Tylko oni dwaj nie byli piłkarzami. Obaj Piszczkowie, Kuras, Furtok, Pierścionek, Trzeciak, Kowalski i Figurski grali w piłkę. Czasem w reprezentacji, czasem w niższych ligach, ale jak to się mówi: znali zapach piłkarskiej szatni. Można zatem zauważyć nie tylko nadreprezentację byłych piłkarzy wśród najgorszych trenerów, ale także niezwykle małą ich umiejętność do przełamania tragicznego startu.

Pozostaje mieć nadzieję, że Łukasz Piszczek będzie inny i wyłamie się z tego schematu. Oby tak było, ale warto też, by włodarze polskich klubów przestali przeceniać boiskowe doświadczenie, a zaczęli patrzeć na wiedzę, umiejętności i doświadczenie trenerskie.

Nie użalajmy się nad Łukaszem Piszczkiem

Łukasz Piszczek ma to szczęście, że niezależnie od tego, jak źle skończy się jego przygoda w Tychach, z całą pewnością otrzyma jeszcze szanse od klubu podobnej klasy. Ma tak dobrze wyrobioną markę medialną, że któryś prezes zapewne uzna, że warto dać mu szansę. Może nawet w Ekstraklasie. A jak tam się znów nie powiedzie, to i tak pewnie dostanie trzecią i czwartą szansę.

Inni przed nim takiego szczęścia nie mieli. Tak fatalny start kończył się dla nich wypadnięciem z karuzeli trenerskiej na stałe. A wtedy trudno na nią wskoczyć. Warto, by Łukasz Piszczek zrozumiał, w jak dobrej jest sytuacji. Zawsze może wrócić do swoich Goczałkowic-Zdroju. Wielu przed nim nie miało takiego komfortu.

O dramatycznej wręcz sytuacji życiowej trenerów z pogranicza 2. i 1. Ligi opowiadał w poruszającej rozmowie Przemysławowi Michalakowi Kamil Socha.

Inni mają gorzej, ale warto dać szansę

Byłem bardzo mocno rozczarowany niektórymi wydarzeniami, nie ukrywam. Trafiałem jak trafiłem, moje wybory nie do końca były słuszne. Czasami komuś brakowało cierpliwości, innym razem ktoś okazywał się fałszywym człowiekiem…

Byłem bardzo rozżalony całą sytuacją i miałem już zwyczajnie dość tego, co się dzieje. Niestety nadal w wielu miejscach, nie boję się tego powiedzieć, panuje zwykła patologia. A sam przepis pozwalający na rozwiązanie klubu i rozpoczynanie jego odbudowy od IV ligi, to już patologia w najczystszej postaci. To wręcz zachęca, żeby tworzyć kluby na wielki kredyt. A jak nie wyjdzie? No to co, najwyżej ogłosimy upadłość, założymy nowy klub i zaczniemy w IV lidze. OZPN nam pozwoli ze względu na historię. To jest patologia i każdemu powiem tak prosto w oczy.

Wciąż panuje przekonanie, że każdy może mieć depresję, ale nie trener. Znam trenerów od Ekstraklasy do C-klasy i kiedy widzę, że coś jest nie tak, zachęcam i opowiadam o własnych doświadczeniach, jak pomogło mi poszukanie profesjonalnej pomocy. Nieraz rozpoznaję pewne symptomy u kolegów po fachu, którzy uparcie twierdzą, że nic im nie jest. To tak jednak nie działa. Warto dla siebie i swojej rodziny zastanowić się nad pewnymi rzeczami, które nas dotykają. Nie wierzę, że są trenerzy z większym bagażem doświadczeń, którzy przynajmniej nie otarli się o początki stanów depresyjnych. Z kim nie rozmawiam, praktycznie każdy coś takiego przeżywał, natomiast nie każdy się do tego przyzna. To już ich sprawa. Ja się tego nie wstydzę.

Kamil Socha zrezygnował z pogoni za klubami z najdalszych zakątków Polski, by zostać nauczycielem w rodzinnych Skierniewicach, co łączył z trenowaniem miejscowego trzecioligowego klubu. Nie liczyły się dla niego wyniki w pierwszych siedmiu meczach, tylko spokojna praca blisko domu. Efekt? W trzecim sezonie od objęcia Unii Skierniewice jest ona obecnie zdecydowanym liderem 2. Ligi.

CZYTAJ WIĘCEJ O 1. LIDZE NA WESZŁO:

 

Fot. Newspix.pl

9 komentarzy
AbsurDB

Kocha sport, a w nim uwielbia wyliczenia, statystki, rankingi bieżące i historyczne, którymi się nałogowo zajmuje. Kibic Górnika Wałbrzych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Betclic 1. Liga