To nie było zwycięstwo lekkie, łatwe i przyjemne. Górnik popełniał błędy i grał słabo, ale skorygował swoją grę, zrobił ofensywne zmiany, przycisnął i obronił twierdzę Zabrze.
W pierwszej połowie Górnik wyglądał tak, jakby próbował sprawdzić, czy da się pokonać rywala na stojąco. No cóż, może i by się dało, gdyby w dodatku nie podawał do piłkarzy Śląska w polu karnym. Tak bowiem padła szybka bramka dla beniaminka – Josema przecenił swoje możliwości przy rozegraniu, posłał piłkę do Samca-Talara, a ten przytomnie wypuścił Banaszaka piętą na czystą pozycję.
Górnik Zabrze – Śląsk Wrocław 2:1. Górnik zaczął słabo
Zapachniało sensacją, zwłaszcza że Górnik – jak wspomnieliśmy – był ruchliwy jak pachołki na treningu. Nie działał zwłaszcza jego środek pola, który miał problem z wygrywaniem pojedynków czy zagrywaniem otwierających podań. Zamiast tego, zatrzymywał akcje, a gdy tracił piłkę to nadziewał się na kontry Śląska. Jeśli tak wyglądałby cały mecz, niektórzy mogliby zacząć bić na alarm. Porażkę w Superpucharze można wybaczyć, podobnie jak 0:1 w Stambule, ale niekorzystny wynik z zespołem, który wraca do Ekstraklasy?
Na szczęście Górnika, w drugiej połowie obraz gry znacznie się zmienił. Michal Gasparik chciał wstrząsnąć swoją drużyną i zdecydował się na mocne zmiany – za defensywnego pomocnika (Dietz) wszedł ofensywny piłkarz (Liseth), a za prawego obrońcę (Warczak) klasyczny skrzydłowy (Massimo). Niemiec grał w linii defensywy, a Norweg operował w środku pola, czyli tam, gdzie miał operować w pierwotnym zamyśle władz Górnika.
Zmiany zdały egzamin, bo cały zespół zaczął szybciej wymieniać piłkę, grać odważniej, generalnie prezentować wszystko to, co w zeszłym sezonie w meczach domowych. A szybka gra była niezbędna, żeby myśleć o sforsowaniu dość głęboko ustawionej defensywy Śląska. Górnik wreszcie zaczął stwarzać okazje: mieliśmy próbę Chłania sprzed pola karnego (niecelną) czy strzał Janży wybijany z okolic linii bramkowej, aż w końcu zaczęły wpadać bramki.
Szczęście, nie fart
Przy pierwszej głównym bohaterem został Jehor Macenko, który zaliczył farfocla weekendu. Tak próbował wykopać piłkę, że aż wbił ją sobie do siatki. Sytuacja wcale nie wymagała rozpaczliwej interwencji – to było zupełnie zwyczajne prostopadłe podanie Urbańskiego, które w dodatku nie trafiło by do żadnego z jego kolegów. Były legionista zapoczątkował też drugą akcję bramkową, którą wykończył Dimi strzałem z około piętnastego metra.
Niektórzy powiedzą, że Górnikowi pomogło szczęście, ale to raczej przypadek, który mógłby być omówiony w słynnej książce „Szczęście czy fart”. Gdy zabrzanie ospale wymieniali piłkę – fart im nie sprzyjał. Wrzucili piąty bieg – nagle fortuna się uśmiechnęła. O ile Śląsk w pierwszej połowie wyprowadził kilka ciekawych ataków, o tyle w drugiej nie nadążał za Górnikiem. Zagroził tylko w doliczonym czasie gry za sprawą Samca-Talara, który świetnie strzelił z wolnego (ale jeszcze lepiej wyciągnął się Schulze).
Górnik musi grać znacznie lepiej, jeśli zamierza dostać się do pucharów. A Śląsk ma papiery, żeby stać się ciekawym ligowcem w sezonie 26/27.
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. newspix.pl