Jeśli złotym dzieckiem darta jest Luke Littler, to Gian van Veen zasługuje co najmniej na to, by przy swoim nazwisku mieć srebro. Holender jest co prawda starszy od Anglika, bo w tym roku świętować będzie 24. urodziny, ale to przy tarczy i tak naprawdę młody wiek. Kariera van Veena nie jest jednak wyłącznie historią wzlotu: znajdzie się w niej walka z darterskim schorzeniem, wygrzebywanie się z dołka i sporo łez – smutku, frustracji, ale i radości. Dużo było też po drodze wątpliwości co do jego faktycznej klasy. Dziś jednak nikt nie może jej podważać. Czy „The Gianta” stać na to, by pokonać obrońcę tytułu?
Gian van Veen, czyli talent wreszcie się obronił. Czy Holender pokona Littlera?
Do niedawna był tylko potencjalną nadzieją darta. Dopiero ten sezon przyniósł absolutny wystrzał jego formy – wygrał pierwszy rankingowy turniej, zaliczył kilka znakomitych meczów, a teraz dotarł do finału mistrzostw świata. A to oznacza też, że nagle – niespodziewanie – Gian van Veen stał się najlepszym Holendrem w stawce.
Bo w światowym rankingu będzie numerem trzy. Wyżej od Michaela van Gerwena, który liderował Holendrom od… października 2012 roku. Gian miał wtedy 10 lat.
– Z podniesieniem nagród finansowych [ranking w PDC opiera się na wygranych pieniądzach – przyp. red.] wiedzieliśmy, że mistrzostwa świata będą mieć znaczący wpływ na ranking. Ale być holenderskim numerem jeden i światową „trójką”… to niesamowite uczucie. Nie mogłem nawet o tym marzyć, gdy byłem dzieckiem. […] Moim celem zawsze było być holenderskim numerem dwa, bo nie myślałem nawet o tym, że mógłbym wyprzedzić Michaela van Gerwena. Dlatego to taki wyjątkowy moment – mówił van Veen.
A jak wyglądała jego droga – do tego finału i do stania się darterem ze światowej czołówki?
Dwa wielkie mecze. I znakomity turniej
Najpierw 98,91. Potem niesamowite 108,28. Później lekki spadek – do 97,91. Wreszcie powrót do tego, co w pierwszym meczu – 98,48. To średnie na jedno podejście do tarczy, jakie w pierwszych czterech rundach mistrzostw świata wykręcał Gian van Veen. Fakt, że tylko raz – i to minimalnie – spadł poniżej 98 punktów, robił wrażenie. Jednak nie sposób było nie zauważyć, że nie miał w tych spotkaniach rywali ze światowej czołówki.
Bo pierwsza runda to Cristo Reyes – kiedyś świetny darter, potem kilka lat właściwie nie grał, teraz wrócił. Hiszpan rozgrywał bardzo dobre spotkanie, owszem, ale chyba zabrakło mu właśnie tej darterskiej rutyny wynikającej z regularnej gry. Potem był Alan Soutar, który od czasu do czasu potrafi zaskoczyć, ale na ogół z lepszymi od siebie rywalami sobie nie radzi. Później – niespodziewanie – Łotysz Madars Razma, nierozstawiony. A wreszcie sensacja w osobie Charliego Manby’ego, który do mistrzostw dostał się nie z rankingu, a przez jeden z międzynarodowych turniejów kwalifikacyjnych. Ten sam Manby po bardzo przeciętnym i trudnym do oglądania pojedynku pokonał Ricky’ego Evansa.
Dopiero w ćwierćfinale czekało na van Veena wielkie wyzwanie.
Przy tarczy razem z nim stanął bowiem Luke Humphries – dla wielu jedyny gość gotowy pokonać Luke’a Littlera w wielkim finale. Mistrz świata z roku 2024, który wtedy właśnie ograł młodego Anglika w meczu o tytuł, wyhamował sensacyjnego debiutanta. Do niedawna lider rankingu PDC, a tytuł ten odebrał mu właśnie Littler. Ale Humphries jest też gościem, który nie radził sobie z Gianem van Veenem – w ich poprzednich czterech meczach zawsze przegrywał.
I ten ćwierćfinał nie był wyjątkiem. Humphries grał naprawdę dobrze, na średniej 101,12… ale co z tego, gdy Holender wykręcił 105,41, a do tego świetnie zamykał legi na podwójnych? To właśnie to robiło różnicę, bo Gian miał 16 udanych rzutów na „double”. Na 29 prób. To 55,17% skuteczności. Mówi się, że 40% to już w darcie względnie okej wynik, to co dopiero ponad połowa? Humphries zaliczył tych udanych rzutów 11 na 32 próby – czyli 34,38%. W efekcie Luke ograł tylko jednego seta, a im dalej w mecz, tym bardziej sfrustrowany się zdawał.
Van Veen z kolei wyglądał tak, jakby grał takie spotkanie po raz dziesiąty w karierze. Momentami, owszem, było widać po nim emocje, ale kiedy musiał trafić – to trafiał.
Dzień później zrobił dokładnie to samo.
Z Garym Andersonem dał prawdziwe show. Obaj zagwarantowali spotkanie, które śmiało można uznać (na dzisiaj) za najlepsze na tych mistrzostwach. Żałować można było jedynie, że potrwało nie maksymalnych 11 setów, a tylko dziewięć. Holender i Szkot grali fantastycznie. Gian rzucał na średniej 102,99, Gary – 102,91. Niemal idealnie równo. Zdarzały im się sety niesamowite. Przede wszystkim:
- II set, gdy Gian van Veen osiągnął średnią 113,35.
- IV set, gdy Gian rzucał ze średnią 109,74, a Gary Anderson – 107,59.
- V set, gdy Holender osiągnął średnią 111,46, a Szkot… 117,44!
- VI set, gdy Anderson wykręcił wynik wynoszący 110,86.
Wiecie, co w tym wszystkim jest najciekawsze? Że te dwa równe sety – czyli IV i V – wygrał Gian. Nawet ta partia, w której Anderson absolutnie „oszalał” na średniej, skończyła się wygraną Holendra (swoją drogą obaj zamknęli wtedy lega ze 170!). Van Veena zupełnie nie speszyło to, że rywal grał tak dobrze. W dodatku to nie byle jaki rywal.
– Moim idolem za młodu był Gary Anderson. Gdy zacząłem grać w darta, to on wygrywał turnieje i wydawało się, że robi to bez wysiłku. Oglądanie go było radością – wspominał kiedyś van Veen. Czyli wiecie: półfinał mistrzostw świata, wielka scena, idol obok i to idol grający fantastycznie. I co?
I nic. Gian zrobił swoje. W wielkim stylu. Nie przeszkodziła mu nawet publika, która w pewnym momencie zaczęła wyraźnie dopingować Szkota i buczeć, gdy to Holender był przy tarczy – wiadomo, z sympatii do starego mistrza, ale jednak nie było to najładniejsze zachowanie wobec kręcącego trochę głową van Veena. Na moment wybiło go to z rytmu.
Szybko się jednak uspokoił. I poszedł po swoje.
RTL i tarcza w sypialni
Pierwszy mecz, jaki pamięta, to finał mistrzostw świata z 2011 roku. Adrian Lewis kontra Gary Anderson właśnie. Oglądał go na RTL 7, zapadło mu to w pamięć, utrwaliło się w mózgu. – Od tego dnia wiedziałem, że chcę się znaleźć na tej scenie – mówił. Więc się zaczęło: treningi, turnieje, jazda po całej Holandii. Wielokrotnie wspominał zresztą, że rodzice od początku go wspierali. Nie narzekali, gdy trzeba było jeździć na kolejne imprezy dla młodych darterów.
Miał też szczęście – Holandia była wtedy pod wpływem darterskiego boomu.
Kilka lat wcześniej, w 2006 roku, Raymond van Barneweld przeszedł z BDO do większej, rozwijającej się federacji – PDC. Od razu doszedł do finału mistrzostw świata, gdzie zmierzył się z Philem Taylorem, najlepszym darterem w dziejach. Obaj zagrali genialny mecz, ale lepszy był „Barney”, 7:6 w setach. Wtedy się zaczęło, a niedługo potem na największą scenę zaczął wchodzić Michael van Gerwen.
CZYTAJ TEŻ: BARNEY, IDOL HOLANDII. PIĘĆ MISTRZOSTW ŚWIATA, CZTERY DEKADY PRZY TARCZY
W ojczyźnie Giana wszyscy kupowali tarcze. Lokalne turnieje wyrastały jak grzyby po deszczu. Po prostu było gdzie, komu i z kim grać. Młody van Veen dostał idealne warunki do rozwoju. Zresztą w domu też miał tarczę, kupioną nawet przed tym, jak zainteresował się dartem.
– Kupiłem ją, żeby zrelaksować się po pracy. Poza tym lubiłem oglądać darta już od lat 90., gdy patrzyłem na van Barnevelda. A potem [Gian] chciał rzucać, więc powiesiliśmy ją niżej, a potem podnosiliśmy po trochu, aż dotarliśmy do odpowiednich wymiarów – wspominał John, ojciec Giana.
Z czasem tych tarczy przybyło. W rodzinnym domu – gdzie mieszkał jeszcze nawet wtedy, kiedy zaczął być zawodnikiem z szerokiej światowej czołówki – miał w pokoju kilka różnych. Tam głównie też trenował. Kiedy zaczął pracować w biurze przy magazynach lotniskowych – ukończył pięcioletnie studia z tego zawodu w Amsterdamie – to tarczę powiesił i w pracy, często grał ze znajomymi z biura. W 99 procentach przypadków wygrywał, lecz czasem zdarzała się sensacja.
– Gramy w ramach przerwy, po pięć minut, szybkie legi. Osobiście nadal próbuję rzucać po godzinie dziennie. Cieszę się, że wszyscy nie mają problemu z moim „darterskim” stylem życia – mówił. Ale pracę ostatecznie rzucił, by poświęcić się rzutkom na pełen etat. Choć by mogło do tego dojść, potrzebował nieco czasu.
I przezwyciężenia problemów, które go trapiły.
Dartitis, czyli gdy rzucanie nie wychodzi
Gdy miał kilkanaście lat, Gian van Veen zdecydowanie wyróżniał się wśród rówieśników, a nawet nieco starszych darterów. Ci zaczęli mu lekko odjeżdżać rok po roku. Aż przyszedł moment, gdy Holender kompletnie się pogubił. Złapało go dartitis – tak w świecie darta nazywa się swego rodzaju schorzenie (to chyba najlepsze słowo), które objawia się tym, że po prostu nie jesteś w stanie rzucać. To coś, co trudno wytłumaczyć komuś, kto tego nie doświadczył.
Chodzi głównie o sferę mentalną. Zawodnik traci pewność rzutu, nie jest w stanie dobrze „wykończyć” ruchu, często nawet nie może wypuścić rzutki z ręki. Przyczyna może być różna – czasem zaczyna się od kontuzji, czasem chodzi o presję wyniku. Brzmi to wszystko „łagodnie”, to nie faktyczna choroba, nic takiego – choć może mieć w chorobach swoje źródło – ale w zawodowym sporcie (a dart takim już jest) takie rzeczy potrafią kończyć kariery i to już się zdarzało.
A Giana złapało to na jej początku, gdy wydawało się, że idzie w dobrą stronę – ku przyszłym sukcesom.
– Bywało, że płakałem przy tarczy. Przez wiele lat męczyłem się z dartitis. Pamiętam jeden mecz w Challenge Tour, gdy po raz pierwszy mnie „złapało”. Miałem łzy w oczach, a przeciwnik oskarżył mnie o to, że robię to wszystko umyślnie. To łamało mi serce – wspominał. Zresztą po latach, gdy już sobie z tym problemem poradził, przepraszał wielu rywali, których nieumyślnie wybijał z rytmu, bo miał przerywane podejścia przy tarczy, potrzebował chwili.
Niektórzy faktycznie mogli uznać, że robi to umyślnie. A on o niczym innym nie marzył bardziej, niż o rzucaniu bez tych problemów.
Van Veen: “3-4 years ago I was in Barnsley struggling with dartitis, crying at the table. Now look at me. It’s all been worth it.” pic.twitter.com/1VXrFnG9Sv
— Live Darts (@livedarts) January 2, 2026
Sam mówił, że wszystko brało się w jego przypadku z lęków. Bał się tego, że nie trafi, że jak spudłuje na przykład podwójną, to rywal podejdzie i to wykorzysta. W efekcie skończy się przegranym legiem, setem czy meczem. A jak przegra mecz, to będzie dalej od osiągnięcia swoich celów. I tak dalej… Nakręcał się negatywnym myśleniem. Wspominał, że chyba nie pomagało też, iż w jego naturze leżało właśnie myślenie – jest typem człowieka, który woli wszystko rozważyć, na spokojnie.
Presję dokładały też social media. Oceny fanów, ale i krytyków, a czasem hejterów. Niemiłe wiadomości, negatywne komentarze. Pojawiała się mentalna blokada. – Bałem się tego, co pomyślą o mnie ludzie. Co pomyślą moi bliscy. Wtedy to się zaczęło. Po prostu bałem się porażki. Straciłem pewność siebie.
Odmianę przyniosła zmiana myślenia. Van Veen mówi, że w pewnym momencie przestał myśleć o innych, a skupił się na sobie. Uznał, że rzuca właśnie dla siebie – nie dla pieniędzy, fanów czy wyników. Tylko dla siebie. Rzuca, bo to lubi. Nic mniej, nic więcej. Zanim udało mu się do tego dojść, minęło kilka lat, w czasie których wyniki nie przychodziły. Sam wspominał, że ostatecznie pomogła też… pandemia.
Bo darterski świat zwolnił. Turnieje były grane online, każdy rzucał u siebie w domu. Gian znalazł spokój, miał trochę czasu na oderwanie się od tarczy, przyłożył się do studiów. – Dobrze mi szło w tych turniejach online. Zbudowałem na tym pewność siebie. Po pandemii zapytałem sam siebie: „Czemu nie miałbym grać w większych turniejach?”. To był punkt zwrotny – mówił. Połączyło się to wszystko ze wspomnianą zmianą myślenia.
Dziś Gian uważa, że dartitis ostatecznie mu pomogło.
– Moje średnie się podniosły, bo myślałem sobie: „Nie wypuścisz lotki, dopóki nie będziesz w stu procentach pewien, że trafi tam, gdzie chcesz”. Trochę to zajęło, ale gdy zacząłem sobie z tym radzić, to nagle grałem lepiej, wygrywałem więcej meczów, moja pewność siebie urosła znacząco. […] Ludzie czasem widzą, że nadal robię „ghost throw”, żeby „zluzować” ramię. To pozostałość po dartitis, wcześniej tego nie robiłem. Ale to mi nie przeszkadza – mówił.
Patrząc na jego wyniki można się z tym zgodzić – ewidentnie nie jest to dla Holendra problemem.
Przełom za przełomem
Najpierw wywalczył kartę do touru, dwuletnią. Udało się, bo zajął 9. miejsce w rankingu europejskich turniejów Q-School, przez które można właśnie zdobyć rzeczoną kartę. W sumie sam się tego nie spodziewał, ale przyjął ten rezultat z radością. Mówił jednak, że podchodzi do tego spokojnie, woli osiągać sukces małymi krokami, niż przeżyć nagły wzlot, by potem zaliczyć też szybki upadek.
Poza awansem do głównego touru, pojawiło się też w jego CV kilka wygranych nad renomowanymi rywalami – pokonywał nawet Michaela van Gerwena, co było dla niego wielkim wydarzeniem. Ulegli mu też wkrótce Stephen Bunting, Daryl Gurney czy Damon Heta. Wszyscy to uznani darterzy.
Ale były i wpadki.
Choćby debiut na MŚ seniorów – w 2023 roku – należał do tych bardzo nieudanych. W pierwszej rundzie był sporym faworytem starcia z Man Lok Leungiem. Totalnie zawalił. Przegrał, co uznano za jedną z większych niespodzianek pierwszych dni mistrzostw. – Wiele sobie obiecywałem po tych mistrzostwach świata, ta porażka bardzo mnie zabolała. Z drugiej strony dość szybko ją za sobą zostawiłem, bo miałem dobry rok i jeden zły rezultat nie mógł tego zmienić – mówił.
Faktycznie, rok miał dobry, a kolejne jeszcze lepsze.
W 2024 roku zaczął w miarę regularnie dochodzić do decydujących faz pomniejszych turniejów, a czasem był ich blisko nawet w tych większych – zaliczył między innymi ćwierćfinał Grand Slam of Darts. Został też mistrzem świata młodzieżowców, co było dla niego ważne – jeszcze do tego wrócimy – bo rok wcześniej przegrał w finale. W 2025 tytuł zresztą obronił. Ale to był już inny sezon, bo Gian powoli stawał się graczem szerokiej światowej czołówki.
Status ten finalnie potwierdził, triumfując w European Championships, jednym z dużych turniejów telewizyjnych. W finale 11:10 w legach pokonał Luke’a Humphriesa, po fenomenalnym, pełnym emocji meczu. To był dla niego piękny moment, ale i wielki oddech ulgi, bo zewsząd słyszał głosy, że może i jest talentem, ale brakuje mu tytułów. A nagle jakiś wywalczył – i to całkiem spory. Zresztą ta wygrana przyszła tydzień po tym, jak przegrał w półfinale German Darts Championship, mimo że prowadził w pewnym momencie 4:0 z Nathanem Aspinallem.
Zwróćcie uwagę na zachowanie GVV przed ostatnim rzutem – ile razy machał ręką „na sucho”, bez lotki. To „ghost throws”, pozostałość po dartitis.
– Tamta porażka bardzo bolała. Widziałem, że wszyscy pisali o mnie: „To fantastyczny zawodnik, ale ponownie zawalił sprawę”. Na szczęście tym razem udało mi się wygrać. Gdybym przegrał i w tym finale, to byłoby naprawdę bolesne przeżyci. I trudno byłoby dojść do kolejnego finału czy wywalczyć pierwszy tytuł w karierze – mówił.
Z tej perspektywy wydaje się więc, że tamten tytuł mógł też być kluczowy dla tego, co Gian zrobił już w Ally Pally.
Rywalizacja na remis. Kto wygra dziś?
Wszyscy na mistrzostwach świata przekonują się ponownie, że nie ma większego wyzwania niż gra z Lukiem Littlerem. Ale Gian van Veen to jeden z niewielu zawodników, którzy z Anglikiem rywalizować potrafią. Choć nie robił tego jeszcze na największej scenie – a Littler ma już za sobą wygrany i przegrany finał MŚ, obył się z tą atmosferą – i możliwe, że to okaże się czynnikiem decydującym.
Jeśli jednak chodzi o samą grę – Gian na pewno jest w stanie zagrać z Anglikiem jak równy z równym. Obaj do tej pory mierzyli się ze sobą sześciokrotnie. I, co rzadkie w przypadku bilansu head to head Luke’a Littlera z kimkolwiek – jest remis. Dziś któryś z nich zyska więc przewagę. Do tej pory wygląda to tak:
- 2023: Finał Młodzieżowych MŚ. 6:4 Littler.
- 2025: UK Open: 10:4 Littler.
- 2025: Players Championship 5: 7:6 van Veen.
- 2025: European Tour: 7:4 van Veen.
- 2025: European Tour: 6:4 van Veen.
- 2025: World Grand Prix: 2:0 (w setach) Littler.
Gian wygrywał w tych mniej znaczących turniejach i meczach, to prawda. Ale wygrywał! Co ważne – robił to, gdy rywalizacja była zacięta, nie bał się kluczowych momentów meczów z Littlerem. Zresztą nawet ich ostatnie spotkanie – wygrane przez Anglika – to genialna gra z obu stron. Gian wykręcił wtedy najlepszą średnią w… historii turnieju! Wynosiła ona 106,47. Littler wygrał, bo zaliczył kilka wysokich checkoutów, ale sam też grał znakomicie – na 105,58.
Gdy obaj są w formie – a na MŚ są – można spodziewać się rzeczy wielkich, naprawdę. Choć Gian van Veen pozostaje w ich porównaniach skromny.
– Luke to czysty talent, na pewno ma tego talentu znacznie więcej ode mnie. Ale ja jestem aktualnie w miejscu, w którym się znalazłem z powodu determinacji i uporu, by nadal grać w darta i że w końcu się to opłaci. Na szczęście tak było. Z tego jestem dumny – mówił. A do ludzi, którzy mimo wszystko próbowali ich porównywać, kierował takie słowa:
– Oczywiście, miło jest być wymienianym w jednym zdaniu razem z Lukiem, ale to, co on robił przez ostatnie dwa lata, to coś fenomenalnego. Nie chce się z nim porównywać, bo wtedy spędziłbym tydzień w łóżku, płacząc. To fantastyczny zawodnik, ale za każdym razem, gdy gramy, „daję” mu dobry mecz. Jak długo będę w stanie to robić, będę zadowolony.
CZYTAJ TEŻ: NAJMŁODSZY I NAJLEPSZY. LUKE LITTLER STANDARDOWO – PRZEKRACZA GRANICE
Czy będzie dzisiaj? Wydaje się, że tak. Eksperci wskazują, że Gian powinien przede wszystkim skupić się na tym, by wykorzystać pierwsze sety – Luke w tym turnieju często wolno się rozkręca, wielu rywali powinno było mu urwać pierwszą czy drugą partię. A właściwie nikomu się to finalnie nie udało, Krzysztofowi Ratajskiemu także. Jeśli van Veen to zrobi… to i tak może przegrać mecz wysoko. Bo to jednak Luke Littler, prawdziwy geniusz darta.
Możliwe też, że Holender pójdzie za ciosem. I dostaniemy jeden z najlepszych finałów ostatnich lat… a może i w całej historii mistrzostw świata PDC?
SEBASTIAN WARZECHA
CZYTAJ WIĘCEJ O DARCIE NA WESZŁO:
- Ratajski przyciągnął tłumy przed ekrany. Rekordowa oglądalność
- Littler nie dał szans Ratajskiemu w ćwierćfinale. To była miazga
- Lokalny pub, rzucenie pracy i dołek psychiczny. Historia Krzysztofa Ratajskiego
Fot. Newspix
Źródła cytatów: BBC, DartsActueel.nl, DartsNews.com, Darts Planet, Flashscore, Oche 180, PDC, Sky Sports, The Darts Insider, The Guardian.